– Zawsze mogły zeżreć jakiegoś Śmierciożercę – rzucił, ruszając korytarzem prowadzącym do salonu. I tak, Victoria żartowała, ale Flint najwyraźniej mówił to szczerze, bo po chwili wzruszył ramionami, spoglądając na nią nieswojo, jakby doszukiwał się znaków, czy nie powiedział czegoś nie tak. – Ja im nie kazałem stracić rozumu.
Wspomnienie egzorcyzmu, po którym musiał uciekać zażenowany było w nim tak żywe, jakby to zdarzyło się wczoraj, ale na szczęście posiadał w sobie tyle charyzmy, żeby nie dać tego po sobie poznać.
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr