• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [19.10.72 Maida Vale] Fugazi

[19.10.72 Maida Vale] Fugazi
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
18.03.2026, 08:20  ✶  

Drzwi zamknęły się za nim ciężko, z tym charakterystycznym, głuchym kliknięciem, które w pustych korytarzach rezydencji Maida Vale niosło się dłużej, niż powinno. Louvain oparł się na moment o chłodne drewno, jakby potrzebował tej jednej, krótkiej chwili, by upewnić się, że naprawdę jest sam. Że nikt nie patrzy. Że nikt nie będzie zadawał pytań, na które i tak nie miał odpowiedzi. Pokój dziecięcy przywitał go ciszą, nie tą spokojną, lecz pustą, zalegającą w powietrzu, jakby ktoś zamknął ją tu lata temu i zapomniał wypuścić. Kurz unosił się w smugach światła wpadającego przez wysokie okno, a wszystkie meble i zabawki skrywały się pod pożółkłymi prześcieradłami, jak rzędy zapomnianych ciał. To tutaj biegał kiedyś z Lorettą, tu śmiech odbijał się od ścian, tu pierwszy raz uniósł się na miotle, zbyt szybko, zbyt wysoko, aż w końcu przebił szybę i wyleciał na zewnątrz, zatrzymując się dopiero na żywopłocie ogrodu, zadyszany ale za to rozbawiony. Teraz okno było całe, a on czuł się jakby rozbity na kawałki. Przeszedł przez pokój bez celu, z ciężarem w krokach, który bardziej przypominał ciągnięcie się niż ruch. Rzucił płaszcz w kąt i opadł na jedną z dziecięcych leżanek, zbyt krótką i zbyt lekką dla dorosłego mężczyzny. Skrzypnęła pod jego ciężarem, jakby protestowała przeciwko temu, kim się stał. Samhain. Słowo pojawiło się w jego głowie jak zimny dotyk. Niewiele ponad tydzień. Kilkanaście dni do chwili, w której Zimno upomni się o zapłatę. Za Baltane, za to, co zostało naruszone, za porządek, którego nie powinien był dotykać. Miał tyle czasu. I zmarnował go. Nie zamknął żadnej ze spraw, które miały znaczenie. Wszystko tylko bardziej się splątało.

Uniósł butelkę ginu i pociągnął długi łyk. Alkohol palił w gardle, lecz za to przynosił ulgę. Zapalił papierosa. Dym wypełnił płuca ciężko, a potem zaczął gromadzić się pod sufitem, tworząc coraz gęstszą warstwę. Jeden niedopałek zgasł niedbale w pościeli, drugi wylądował obok. Materiał zaczął się tlić. Najpierw ledwie zauważalnie, potem żar rozpełzł się powoli, centymetr po centymetrze. Nie było jeszcze płomienia. Tylko ciepło. Powolne, nieubłagane. Louvain leżał nieruchomo, z jedną ręką zwisającą z leżanki, z drugą zaciskającą butelkę. Patrzył w sufit, gdzie dym rozmywał światło. I dopiero wtedy poczuł to wyraźnie. Nie gniew. Nie wściekłość. Żal. Ogromny, przytłaczający, rozlewający się w nim powoli. Nie miał jednego źródła. Był sumą wszystkiego co już było. Niewypowiedzianych słów, zmarnowanych szans, wyborów, które prowadziły tylko do kolejnych ślepych zaułków. Loretta. Desideria. Cynthia. Baltane. Samhain. Każde z nich było kolejnym pęknięciem, aż w końcu wszystko zaczęło się kruszyć jednocześnie. Powinien był coś zrobić inaczej. Powinien był zatrzymać się wcześniej. Powinien był… Urwał myśl, bo była już bezużyteczna. Z jego oka spłynęła łza. Jedna, potem druga. Cicho, bez ruchu twarzy, jakby ciało działało niezależnie od niego. Wsiąkły w materiał pod głową. Nie próbował ich powstrzymać. Jego dłoń zwisająca z leżanki była chłodna, nienaturalnie chłodna. Nie wziął dziś eliksiru imitującego temperaturę ciała. Zapomniał, a może nie chciał pamiętać. Nie było nikogo, przed kim musiałby udawać. Zimno było szczere. Czuł je teraz wyraźnie, jak przenika przez palce, nadgarstek, wyżej, jakby coś już zaczynało się o niego upominać. Nie gwałtownie. Ale nieuchronnie. Zaciągnął się jeszcze raz papierosem. Żar na materacu przesunął się dalej, cicho pożerając kolejne włókna. Ciepło zaczynało być wyczuwalne pod jego bokiem, kontrastując dziwnie z chłodem jego własnego ciała. Leżał między tymi dwoma skrajnościami. Między żarem, a zimnem i po raz pierwszy od bardzo dawna nie był pewien, które z nich nadejdzie pierwsze.




i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#2
04.04.2026, 16:35  ✶  

Dwanaście dni minęło od momentu, kiedy pośród sal Maida Vale dało się usłyszeć grającą do tańca muzykę i uświadczyć tłumy zamaskowanych czarodziejów. Bal Maskowy był niewątpliwie przyjemnym wydarzeniem, które miało pozwolić zapomnieć o strachach Spalonej Nocy, ale też zadbać o szczytny cel jakim była zbiórka pieniędzy na rzecz szpitala. Znaczy tak zapewne odbierali to wszystko inni, bo ona pamiętała głównie swoja kłótnię z Louvainem. Wciąż czuła ból i rozgoryczenie, pokładające się gdzieś wewnątrz niej grubą warstwą. Miała wrażenie, że każdy skrawek myśli, który przechodził przez jej głowę na przestrzeni ostatnich dni, obtoczony był w gorzkich słowach, jakie padły między nimi. A mimo tego miała wrażenie, że tylko ona tak naprawdę cierpiała w tym duecie. On był tylko zły, jakby wściekłość paliła go od środka i nie pozwalała na cokolwiek innego. Było to według niej zwyczajnie nienaturalne, ale może jej się wydawało, a może okazywało się że wcale go nie zna. Że nigdy nie udało im się skrócić dystansu jaki ich dzielił, kiedy wsuwał na jej palec pierścionek zaręczynowy. Byli tylko nieznajomymi, dla których rodziny utkały jakiś wielki plan.

Tak naprawdę przyszła porozmawiać z Lorelei, ale rozmowa z zarządczynią ogrodów wcale nie trwała długo. Czarne róże były ewenementem, ale Zabini ciekawiły głównie dlatego, że może ich działanie w jakiś sposób byłoby w stanie wpływać na ludzki umysł. Jeśli tak, stanowiłyby całkiem przyjemny element do badania w Komnacie Mózgu. Ale kiedy już wszelkie wątpliwości i zaciekawienie zostały zaspokojone, przeszło jej przez głowę że skoro tu była, może był to odpowiedni czas by wreszcie porozmawiać z Louvainem po balu jak ludzie.

Wciąż była zła, a irytacja zagrała na nowo, gdy okazało się że nie było do końca wiadomo, w którym pokoju posiadłości poszedł się zaszyć. Krążyła więc, powoli i metodycznie, chyba bardziej zajęta swoimi własnymi myślami niż faktycznie go szukając. Obserwowała mijane obrazy, nawet nie pytając czy przodkowie widzieli jej narzeczonego. Przyglądała się rzeźbom, bardziej rozważając spod czyjej ręki mogły wyjść i jakież to sekrety Maida Vale przyszło im oglądać.

Ogrody i posiadłość Lestrange były ładne, ale nigdy nie były jej domem. Nie były ani słoneczną Sycylią, ani nawet ciepłymi wysepkami archipelagu Scilly. Brakowało tutaj odpowiednich temperatur i charakterystycznego zapachu morza w powietrzu. Zamiast tego był brud miasta i jego hałas. Przystanęła w pewnym momencie, czując zapach papierosów, ulatniający się zza jednych z drzwi. Delikatny, subtelny, który pewnie dałby radę umknąć percepcji, gdyby nie to że korytarz posiadał swój własny, zastany zapach. Pozostawało pchnąć drzwi.

- Louvain? - zapytała, zanim jeszcze rozejrzała się po pomieszczeniu. Zapach dymu już nie był lekki, a gryzł nieco w nos, nagromadzony w zamkniętym pomieszczeniu. Ale było w nim coś jeszcze. Coś co nie było znajomą nutą tytoniu, a... - Co ty robisz?! - podniosła głos, nagle zaalarmowany tlącym się prześcieradłem. Parę kroków, szybkich bo różdżka była niezwykle nieporęczna w niektórych sytuacjach. Szczególnie kiedy zaplątana była w kieszeni czarodziejskiej szaty. Dziecięcy kocyk był pod ręką i to nim przydusiła żar. - Co ty robisz - powtórzyła, z niezrozumieniem przyglądając się przeżartemu prześcieradłu, sprawdzając czy już się nie tliło. - Mogło ci się coś stać. Dziecięcy pokoik to nie najlepsze miejsca na stos pogrzebowy - podjęła, ale w jej głosie nie było nagany. Nie takiej wyraźnie, jak mogłaby się tam znaleźć. Więcej tam było troski i jakiegoś zawahania, szczególnie kiedy złapała go wreszcie za ramię.



Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#3
07.04.2026, 00:00  ✶  

Jej dotyk nie zniknął od razu, nawet kiedy się odsunął. Jakby został pod skórą, w miejscu, które jeszcze chwilę temu było tylko kolejnym fragmentem ciała, a teraz nagle zaczęło mieć znaczenie. Musiała to wyczuć, ale on nie nie chciał o tym mówić. Wracało do niego to uczucie, nie to obecne, spięte, obce, lecz wcześniejsze. Sprzed tygodni, sprzed miesięcy. Pamiętał przecież, jak jej dłoń potrafiła przynieść ulgę, jak była czymś naturalnym, czymś, co nie wymagało myślenia ani kontroli. A teraz jego mięśnie odpowiedziały napięciem. Odruchowo. Jakby ciało rozpoznało w niej zagrożenie, zanim zdążył to zakwestionować. I to było gorsze niż sama kłótnia. Myśl o niej wracała do niego od tamtej nocy. Nie raz, nie dwa, ale uparcie, jak coś, co nie daje się odsunąć. Wciąż widział jej twarz, słyszał własne słowa, czuł tamtą narastającą w nim złość, która pojawiła się zbyt szybko, zbyt intensywnie, jakby ktoś ją w nim włączył, zamiast by rzeczywiście narodziła się z czegoś realnego. Pamiętał tę pogardę. I nie rozumiał jej. To było najgorsze. Potrafił być okrutny. Znał to w sobie aż za dobrze. Wiedział, jak działa jego własny gniew, wiedział, kiedy jest wyuczonym instynktem, kiedy służy uniknięciu kłopotów, kiedy jest narzędziem. A kiedy chciał kogoś zranić naprawdę, zawsze istniało źródło. Przekonanie. Powód. Coś, co usprawiedliwiało każde słowo. Tutaj, cóż, nie było nic. Nie zrobiła niczego, co zasługiwałoby na to, co jej powiedział. A jednak powiedział. Wstyd pojawił się szybko. Ostry, niewygodny, jak coś wbitego pod skórę. Ale nie utrzymał się długo. Bo im bliżej myślami był przy niej, przy jej głosie, przy jej twarzy, przy sposobie, w jaki na niego patrzyła, tym szybciej coś w nim się przestawiało. Wstyd ustępował miejsca złości. Jakby jedno nie mogło istnieć obok drugiego. Jakby coś w nim nie pozwalało na przyjęcie winy do końca. Poderwał się nagle. Ruch był gwałtowny, nieskoordynowany, jakby ciało wyprzedziło decyzję. Leżanka zaskrzypiała pod nim, powietrze poruszyło się ciężko, a dym nad ich głowami zawirował, rozrywając się na chwilę. Chciał coś powiedzieć. To było jasne. Czuł to w gardle, ciężar słów, które powinny paść, które układały się gdzieś w nim w coś na kształt szczerości. Może nawet przeprosin. Może czegoś więcej. Ale utknęły. Zatrzymały się dokładnie tam, gdzie zaczyna się coś, czego nigdy nie robił. Zamiast tego milczał przez ułamek sekundy za długo. Patrzył na nią. I dopiero teraz, naprawdę, zobaczył. Nie była już tą samą osobą co tamtej nocy. Nie była wybuchowa, nie była agresywna. Była… łagodna. Zbyt łagodna. W sposób, który był dla niego niemal nie do zniesienia. Ciepła. W kontraście do jego własnej skóry, która była zimna. Martwo zimna. To zestawienie było niepokojące. Niepasujące. Jakby należeli do dwóch różnych porządków. Przesunął dłonią po twarzy, powoli, jakby próbował odzyskać kontrolę nad czymś, co wymykało się spod niej coraz bardziej. - Znasz lepsze miejsca na stosy pogrzebowe? - zapytał nagle. Jego głos był niski, chropowaty, jakby przechodził przez coś, co go tłumiło. Nie patrzył na nią bezpośrednio. - Takie… gdzie jest bliżej. Krótka pauza na łyk alkoholu. - Bliżej piekła? I choć słowa zabrzmiały jak drwina, coś w sposobie, w jaki je wypowiedział, zdradzało coś zupełnie innego. Nie było w tym już tylko pogardy. Było coś znacznie bardziej niepokojącego. Coś, co przypominało człowieka, który zaczyna rozumieć, że naprawdę może tam trafić.



i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
the way of water
This could be perfection
Or venom dripping in your mouth
wiek
24
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowna
Pierwsze co rzuca się w oczy to intensywnie błękitna barwa tęczówek. Błękitne, dokładnie tak jak morze, które gra nieustannie gdzieś wewnątrz jej duszy. Ma ciemne, brązowe włosy, które jednak farbuje regularnie na blond. Zawsze ma też pomalowane paznokcie; na czerwony lub czarny kolor.

Desideria Zabini
#4
13.04.2026, 04:40  ✶  

Gdyby tylko wiedziała, co robiła mu jej obecność... Gdyby tylko wycisnął z siebie więcej niż niespokojne syki i znaczące spojrzenie, może zabrałaby się do tematu na poważnie. Zajrzałaby mu do głowy na swój sposób, rozpracowała go kawałeczek po kawałku i znalazła jakieś rozwiązanie na problem, który dzielił ich od dłuższego już czasu. Zamiast tego zadawała sobie tylko pytania, bo kiedy celowała nimi w niego, tylko się niecierpliwił. Może gdyby była klątwołamaczem, dostrzeżenie nieprawidłowości przyszłoby jej łatwiej, a tak? Jej własne ambicje wyłupały jej oczy i przez długi czas nie mogła powiązać jego niechęci z tym, jak Loretta traktowała wszelkie dziewczyny, które znalazły się w jego okolicy. Traktowała jego zachowanie jako pewien przejaw szczerości, jakby wreszcie znudził się udawaniem i niczego przed nią nie ukrywał.

A dzisiejszego dnia, leżał na leżance w swoim dziennym pokoiku i wyglądał, jakby chciał umrzeć. Jakby wszystko już było mu jedno i ciężko było jej nie uważać, że wydarzyło się coś strasznego, co podjudzało jego złą, nieprzystępną stronę. Dlatego była cierpliwa. Och, jakże ona starała się, by zagryzając zęby nie poranić własnych policzków i nie zachłysnąć się czarną krwią, która niespokojnie płynęła w jej żyłach. Zdążyła przy nim przykucnąć, a może przy tym prześcieradle, dogaszając żar, kiedy on postanowił poderwać się ku górze. Wzdrygnęła się, ale nie nie było w tym lęku. Prędzej odruch ciała, które chciało się odsunąć, a przez to opadło na ziemię. Bokiem podparła się o leżankę i podciągnęła do siebie nogi.

Drobne zmarszczenie brwi mogło zwiastować, że kwestia ciepłoty nie przeszła w jej głowie bez echa. Obróciła ją w głowie parę razy, z największą starannością, ale wnioski nie prowadziły ją w stronę która kazałaby go potępić czy wzdrygnąć się na wszelkie możliwości. Był zimny. Lodowato zimny. Zimniejszy niż sposób w jaki chłodniały trupy, bo te zazwyczaj były temperatury pokojowej, gdy zostawiło się je na świeżym powietrzu. Stawały się jednością z naturą, ziemią i powietrzem. A on? Dlatego tak ciągnęło go do piekła?

Na to słowo na czole pojawiła się drobna zmarszczka. Mugolski zabobon, który zdawał się przeniknąć do języka mówionego czarodziejów niemalże niepostrzeżenie. Ciekawe, kiedy to się stało. Za czasów palenia czarownic, kiedy wysyłano je na stosy za konszachty z diabłem? Za to drobne potknięcie, chciała go zrugać. Odwarknąć coś, pokazać na nowo zęby, ale tylko jej oczy zmieniły się wzburzone morze.

- Nie istnieje coś takiego jak piekło - odparła, lustrując go uważnie spojrzeniem. - Kiedy czarodziej umiera - z zaznaczeniem na to, kim faktycznie byli. - Jego dusza wraca do cyklu. Odradza się, wraca do obiegu, ostatecznie zradza z siebie nowe życie. Jeśli chcesz potępienia, to śmierć ci tego nie da.



Illusions... or real illusions.
Within the illusions hide real illusions... from the real illusions, the illusions are created.
Within the truth hides the lie... within the lie hides the truth.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Desideria Zabini (977), Louvain Lestrange (1100)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa