14.04.2026, 22:26 ✶
Poranne światło podnosiło się wyżej, wyciągając z trawy chłodną wilgoć i rozganiając resztki mgły, która jeszcze chwilę temu przyklejała się do błoni, niczym wilgotny całun, być może zwiastujący śmierć moich bębenków w uszach albo szarych komórek w głowie - wszystko to wyglądało bowiem stanowczo zbyt spokojnie jak na skalę katastrofy, którą właśnie przeżywała dziewczynka stojąca przede mną, i może… Może właśnie to było w tym najbardziej absurdalne - świat w ogóle nie reagował na jej dramat, więc czemu ja miałbym to robić? Nie wyglądałem na szczególnie skruszonego, bo taki nie byłem, naginanie rzeczywistości wedle własnego uznania to nie był nawyk, którego zamierzałem się pozbywać tylko dlatego, że ktoś uznał go za „głupi i niepotrzebny”, a pytanie „co z tego masz” miało sens tylko z jej perspektywy, ponieważ z mojej było oczywiste - rozrywka, kontrola sytuacji, sprawdzenie granic - nie potrzebowałem niczego więcej.
- Jak już mówiłem, to nie jest oszustwo dla samego oszustwa. To sprawdzenie, czy ktoś się zatrzyma i pomyśli, czy poleci dalej, bo ktoś powiedział coś wystarczająco pewnym tonem. - Kącik ust drgnął mi lekko. - Ty poleciałaś. - Nie było w tym szczególnej złośliwości, lecz sucha obserwacja, która i tak pewnie miała zabrzmieć dla niej jak przytyk. - A czy to mnie bawi? No, trochę. Nie będę udawał, że nie. - Nie poprawiałem tego, nie było w tym skruchy, to było zwykłe, najzwyklejsze stwierdzenie faktu, które dla mnie miało sens, nawet jeśli dla niej było kolejnym dowodem na to, że jestem, w jej słowniku, „wredny”. Kiedy zaczęła mówić o tym, że wszystko się zmienia i że można od tego zwariować, skrzywiłem się lekko, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnego sprzeciwu, każde zdanie, które wypowiadała, rozgałęziało się na trzy kolejne, każde pytanie rodziło następne, a ja stałem w tym wszystkim z miotłą opartą o ramię i coraz wyraźniejszym poczuciem, że jeśli nie zacznę tego jakoś prowadzić, to utkniemy tu do obiadu. Wizję domu, który zawsze jest „najlepszy na świecie”, skwitowałem krótkim wydechem przez nos, który trudno było uznać za śmiech, ale niewiele mu ku temu brakowało, po czym spojrzałem przed siebie - na zamek, który w porannym świetle wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać, jakby nic na świecie nie mogło być z nim nie tak…
- Zmienia się. - Potwierdziłem. - I nie, nie wariujesz od tego. Przyzwyczajasz się.
Zrobiłem krótką pauzę, zanim dodałem ciszej:
- Pewne miejsca zawsze są „najlepsze”, dopóki nie spędzasz poza nimi wystarczająco dużo czasu. - Nie rozwinąłem tego, bo nie było takiej potrzeby, w moim odczuciu, to była jedna z tych rzeczy, które i tak rozumie się dopiero później, a nie w trakcie rozmowy na ścieżce, z mokrą trawą i zroszonym zielskiem wokół kostek i kotem, który gdzieś zniknął.
Wykład o byciu miłym skwitowałem krótkim, niemal niezauważalnym sapnięciem i uśmieszkiem, który nie miał w sobie zgody, raczej coś w rodzaju cichego „powodzenia z tym”.
- To teoria. Działa, dopóki działa. Tak samo jak to, że ludzie powinni myśleć, zanim coś zrobią. A jednak nie robią jednego ani drugiego. - Rzuciłem. - Miłym się bywa, kiedy się chce, nie kiedy „powinno”. W praktyce ludzie są mili, kiedy im się to opłaca. - Nie zamierzałem jej tego osładzać, bo i tak prędzej czy później ktoś inny zrobiłby to za mnie, tylko mniej czytelnie. - Im szybciej to zrozumiesz, tym mniej będziesz się obijać o rzeczy, które są twardsze od ciebie. - Wzruszyłem ramionami, jakby to było coś oczywistego, postanawiając porzucić dalsze próby wyjaśnienia jej różnic między byciem miłym a byciem dobrym człowiekiem, nie zamierzałem z nią o tym dyskutować, bo to nie była rozmowa do wygrania - ona jeszcze wierzyła, że świat działał według zasad, które ktoś kiedyś jej wpoił, natomiast ja wiedziałem, że te zasady działały tylko wtedy, kiedy ktoś miał na to ochotę.
Próba znalezienia we mnie „pozytywu” była… Interesująca, co prawda, nie skomentowałem tak tego wprost, ale spojrzałem na nią przez chwilę uważniej, próbując zrozumieć, po co ktoś w ogóle robił coś takiego - nie potrzebowałem, żeby ktoś mnie klasyfikował w tej kategorii, szczególnie ktoś, kto jeszcze przed chwilą był przekonany, że mogę go zamordować przed śniadaniem. Natomiast temat drzwi i futryn był na tyle absurdalnie konkretny, że aż mnie rozbawił, chociaż nie dałem tego po sobie wprost poznać, wzruszając ramionami.
- Schylam się. - Odpowiedziałem krótko. - Albo nie wchodzę. - Przesunąłem dłonią po karku. - Ludzie są różni, budynki też. Na ogół wystarczy raz walnąć głową w futrynę, żeby zapamiętać wysokość. - To było najprostsze podsumowanie, jakie mogłem jej dać, bez wchodzenia w zbędne szczegóły o domach, ministerstwie i architekturze, które najwyraźniej zaczęły ją interesować w najmniej odpowiednim momencie. Przyglądałem jej się z góry z czymś pomiędzy rozbawieniem a rosnącą, dość niechętną świadomością, że to nie będzie szybka sprawa - słuchałem tylko częściowo, skupiając się bardziej na terenie wokół nas niż na kolejnych argumentach, które i tak sprowadzały się do jednego - tego, że ten kot był dla niej wszystkim… Nadzieja, że „zrozumiem”, kiedy zobaczę Salema, została przyjęta milczącym skinieniem głowy, bardziej dla świętego spokoju niż z przekonania, bo w tej chwili znacznie bardziej interesowało mnie to, gdzie ten kot faktycznie mógł być, niż jak bardzo będzie elokwentny, kiedy już się pojawi.
- Jeśli twoja rodzina naprawdę opiera wszystko na jednym kocie na łebka, na całe życie, to macie dziwne, sekciarskie priorytety. A systemy, które się sypią przez jeden błąd, i tak są słabe. - Nie brzmiało to szczególnie delikatnie, ale nie miałem w zwyczaju owijać takich rzeczy w ładniejsze słowa - to nie był mój problem, jak już mówiłem. - W porządku, rozumiem. - Powiedziałem w końcu krótko, chociaż mój ton wskazywał raczej na to, że rozumiałem wagę problemu, nie całą tę konstrukcję wokół niego. - Choć to nadal kot, nie magiczny artefakt. Nie wydziedziczą cię za to. - Jeśli nie wyłapała tego z intonacji, teraz z pewnością mieliśmy już jasność, co do mojego podejścia. Nie rozwijałem tego dalej, bo i tak wiedziałem, że to się rozbije o granitową ścianę, jaką był jej aktualny stan, który należało uznać za tak daleki od „nie traktowania serio”, jak tylko się dało. Nie było w tym przeprosin za brak zrozumienia ani próby złagodzenia, raczej zwykłe stwierdzenie faktu, który dla mnie był oczywisty, a dla niej najwyraźniej nie.
- Ciemno, cicho i nikt nie zawraca głowy. - Wyliczyłem, gdy przeszliśmy do tematu trybun. - Wystarczy. - Nie potrzebowałem więcej powodów, nawet jeśli teraz głównie ironizowałem, nie zamierzałem tłumaczyć jej całej logiki siedzenia w miejscach, które inni ignorują, bo to była rzecz, do której dochodziło się samemu - sam nie potrzebowałem słońca i kolorów, żeby uznać jakieś miejsce za dobre - nie byłem pewien, czy to do niej trafi, ale dla mnie brzmiało wystarczająco sensownie.
Uwaga o tym, że „dobrze, że trafiło na mnie”, wywołała u mnie krótki, cichy wydech przez nos.
- Tak. - Mruknąłem. - Zdecydowanie nie planowałem budować fortuny na handlu kotami. - Spojrzałem na nią kątem oka, a kiedy przeszła do Quidditcha i całej tej teorii o nudzie, pozwoliłem sobie na krzywy półuśmiech, tym razem bardziej wyraźnie pobłażliwy - taki, który pojawiał się zawsze, kiedy ktoś nieopatrznie próbował sprowadzić coś, co dla mnie było naturalne, do „głupiej zabawy”. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, przez sekundę rozważając odpowiedź, która nie byłaby ani przesadnie długa, ani całkiem uprzejma, a potem wzruszyłem lekko ramionami. Samo wyobrażenie o tym, że ktoś mógłby „postanawiać” wsadzać ludzi na miotły, by kazać im robić akrobacje za i przed piłkami, było wystarczająco absurdalne, by nie trzeba było go specjalnie komentować, a jednak je skomentowałem, bo trudno było mi to zostawić bez odpowiedzi, skoro właśnie powiedziała coś, co słyszałem już wiele razy, zwykle od ludzi, którzy nigdy nie wznieśli się wyżej niż kilka stóp nad ziemię. Trzydzieści metrów nad ziemią, wiatr, ludzie próbujący zrzucić cię z miotły, tempo, w którym nie masz czasu na zastanawianie się dwa razy - trzeba widzieć wszystko naraz i reagować szybciej, niż większość ludzi w ogóle myśli - a ona nazywała to…
„Latanie za piłkami”...
Cóż, przynajmniej wiedziała, że to stresujące.
- Stres jest częścią gry. Jeśli ktoś go nie lubi, to odpada na starcie. Na twoje szczęście nikt nikogo nigdzie nie „wsadza”. - Odwróciłem głowę w jej stronę, ponownie patrząc na nią bezpośrednio, z czymś ostrzejszym w spojrzeniu, choć nadal podszytym rozbawieniem. - Albo chcesz latać, albo nie. Jeśli nie chcesz, to nawet nie podchodzisz do miotły i problem znika. - Przechyliłem lekko głowę, mierząc ją wzrokiem z góry. - To trochę bardziej skomplikowane niż bieganie po podwórku za gumową kulką. I nie, to nie jest „chłopięca rzecz”. W drużynie grają też dziewczyny. Te, które nie mają problemu z tym, że ktoś próbuje je zrzucić z miotły na pełnej pi…przy pełnej prędkości. Reszta rzeczywiście stoi na ziemi i w nielicznych - podkreśliłem - przypadkach mylnie nazywa to „nudnym”, dopóki się nie doedukuje, co to właściwie znaczy dobry mecz. - Krótka pauza. - To tempo, którego nie ogarniesz z ziemi. Decyzje w sekundach. I moment, kiedy wszyscy patrzą, czy trafisz, czy sp…artolisz. - Nawet nie wiedziałem, skąd miałem w sobie tyle taktu, by kolejny raz posunąć się do odruchowej cenzury. - To jest rzecz dla ludzi, którzy lubią wygrywać i mają coś takiego jak refleks... - Nie zamierzałem tego bronić ani tłumaczyć bardziej, bo to był jeden z tych elementów mnie, które po prostu były, bez potrzeby uzasadnienia - poza tym, frustracja bijąca od tej dziewczynki była wyraźna i, co gorsza, całkiem logiczna w jej własnych ramach, chociaż wciąż nie zamierzałem dostosowywać się do niej bardziej niż już to robiłem, stojąc tu zamiast iść dalej własną drogą.
- Mantikora ma skrzydła i kły. I ogon, którym też może cię zabić szybciej, niż zdążysz to dobrze wymówić. - Poprawiłem ją. - Nie jest dobrym przykładem czegokolwiek, co chcesz spotkać. - To było maksimum, jakie zamierzałem w to włożyć, nie chciałem, żebyśmy zeszli na bestiariusz, tym bardziej, że opieka nad magicznymi stworzeniami - jak było widać po interakcji z tym konkretnym chochlikiem - nie należała do moich ulubionych przedmiotów. Nie brzmiało to szczególnie łagodnie, ale nie było też złośliwe wprost, była to raczej sucha obserwacja - taka, jaką mógłbym rzucić po treningu komuś, kto uparcie powtarzał ten sam błąd - to było jedno z tych zdań, które wypowiadało się bez większego wysiłku, bo wynikało z logiki, nie z potrzeby pouczania.
Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując się na tych wszystkich drobnych oznakach oburzenia, które pojawiały się i znikały szybciej, niż zdążyła je kontrolować… I wtedy ruszyłem, schodząc ze ścieżki w stronę muru i krzaków, a ona ruszyła za mną. Słyszałem jej kroki, szybkie i nierówne, słyszałem też to ciche liczenie pod nosem, które początkowo zignorowałem wraz z pytaniem blondyny, dopóki nie dotarło do dziesięciu i nie przerodziło się w to przeciągłe, piskliwe wołanie.
Przenikliwe „SAAAAAALem” rozeszło się po błoniach, z siłą, która spokojnie mogłaby obudzić pół zamku, odbijając się echem od murów i ulatując gdzieś dalej. Zatrzymałem się na moment i spojrzałem w bok, sprawdzając, czy przypadkiem nie wywołała właśnie jakiejś reakcji z zupełnie innej strony, niż planowała, bo z tą pojemnością mikrych płucek z powodzeniem mogła wywołać lawinę gdzieś na drugim końcu kraju.
- No to teraz wie o nas wszystko w promieniu kilku mil. - Mruknąłem. - Włącznie z twoim kotem, jeśli faktycznie tu jest. - Nie powiedziałem, że to źle, nie powiedziałem też, że dobrze, kącik ust drgnął mi tylko lekko, bo ironia tej sytuacji była aż zbyt oczywista, ale tym razem jej nie podkreśliłem, teraz faktycznie chodziło o to, żeby coś znaleźć, a nie tylko komentować… Ruszyłem dalej, wolno, prowadząc małą wzdłuż muru, bo mimo całej tej zgorzkniałości, która nadal gdzieś się we mnie trzymała, byłem już w tym momencie naprawdę skupiony na jednym - by znaleźć tego przeklętego kota, zanim zdąży wymyślić sobie kolejną przygodę.
- Jak już mówiłem, to nie jest oszustwo dla samego oszustwa. To sprawdzenie, czy ktoś się zatrzyma i pomyśli, czy poleci dalej, bo ktoś powiedział coś wystarczająco pewnym tonem. - Kącik ust drgnął mi lekko. - Ty poleciałaś. - Nie było w tym szczególnej złośliwości, lecz sucha obserwacja, która i tak pewnie miała zabrzmieć dla niej jak przytyk. - A czy to mnie bawi? No, trochę. Nie będę udawał, że nie. - Nie poprawiałem tego, nie było w tym skruchy, to było zwykłe, najzwyklejsze stwierdzenie faktu, które dla mnie miało sens, nawet jeśli dla niej było kolejnym dowodem na to, że jestem, w jej słowniku, „wredny”. Kiedy zaczęła mówić o tym, że wszystko się zmienia i że można od tego zwariować, skrzywiłem się lekko, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnego sprzeciwu, każde zdanie, które wypowiadała, rozgałęziało się na trzy kolejne, każde pytanie rodziło następne, a ja stałem w tym wszystkim z miotłą opartą o ramię i coraz wyraźniejszym poczuciem, że jeśli nie zacznę tego jakoś prowadzić, to utkniemy tu do obiadu. Wizję domu, który zawsze jest „najlepszy na świecie”, skwitowałem krótkim wydechem przez nos, który trudno było uznać za śmiech, ale niewiele mu ku temu brakowało, po czym spojrzałem przed siebie - na zamek, który w porannym świetle wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać, jakby nic na świecie nie mogło być z nim nie tak…
- Zmienia się. - Potwierdziłem. - I nie, nie wariujesz od tego. Przyzwyczajasz się.
Zrobiłem krótką pauzę, zanim dodałem ciszej:
- Pewne miejsca zawsze są „najlepsze”, dopóki nie spędzasz poza nimi wystarczająco dużo czasu. - Nie rozwinąłem tego, bo nie było takiej potrzeby, w moim odczuciu, to była jedna z tych rzeczy, które i tak rozumie się dopiero później, a nie w trakcie rozmowy na ścieżce, z mokrą trawą i zroszonym zielskiem wokół kostek i kotem, który gdzieś zniknął.
Wykład o byciu miłym skwitowałem krótkim, niemal niezauważalnym sapnięciem i uśmieszkiem, który nie miał w sobie zgody, raczej coś w rodzaju cichego „powodzenia z tym”.
- To teoria. Działa, dopóki działa. Tak samo jak to, że ludzie powinni myśleć, zanim coś zrobią. A jednak nie robią jednego ani drugiego. - Rzuciłem. - Miłym się bywa, kiedy się chce, nie kiedy „powinno”. W praktyce ludzie są mili, kiedy im się to opłaca. - Nie zamierzałem jej tego osładzać, bo i tak prędzej czy później ktoś inny zrobiłby to za mnie, tylko mniej czytelnie. - Im szybciej to zrozumiesz, tym mniej będziesz się obijać o rzeczy, które są twardsze od ciebie. - Wzruszyłem ramionami, jakby to było coś oczywistego, postanawiając porzucić dalsze próby wyjaśnienia jej różnic między byciem miłym a byciem dobrym człowiekiem, nie zamierzałem z nią o tym dyskutować, bo to nie była rozmowa do wygrania - ona jeszcze wierzyła, że świat działał według zasad, które ktoś kiedyś jej wpoił, natomiast ja wiedziałem, że te zasady działały tylko wtedy, kiedy ktoś miał na to ochotę.
Próba znalezienia we mnie „pozytywu” była… Interesująca, co prawda, nie skomentowałem tak tego wprost, ale spojrzałem na nią przez chwilę uważniej, próbując zrozumieć, po co ktoś w ogóle robił coś takiego - nie potrzebowałem, żeby ktoś mnie klasyfikował w tej kategorii, szczególnie ktoś, kto jeszcze przed chwilą był przekonany, że mogę go zamordować przed śniadaniem. Natomiast temat drzwi i futryn był na tyle absurdalnie konkretny, że aż mnie rozbawił, chociaż nie dałem tego po sobie wprost poznać, wzruszając ramionami.
- Schylam się. - Odpowiedziałem krótko. - Albo nie wchodzę. - Przesunąłem dłonią po karku. - Ludzie są różni, budynki też. Na ogół wystarczy raz walnąć głową w futrynę, żeby zapamiętać wysokość. - To było najprostsze podsumowanie, jakie mogłem jej dać, bez wchodzenia w zbędne szczegóły o domach, ministerstwie i architekturze, które najwyraźniej zaczęły ją interesować w najmniej odpowiednim momencie. Przyglądałem jej się z góry z czymś pomiędzy rozbawieniem a rosnącą, dość niechętną świadomością, że to nie będzie szybka sprawa - słuchałem tylko częściowo, skupiając się bardziej na terenie wokół nas niż na kolejnych argumentach, które i tak sprowadzały się do jednego - tego, że ten kot był dla niej wszystkim… Nadzieja, że „zrozumiem”, kiedy zobaczę Salema, została przyjęta milczącym skinieniem głowy, bardziej dla świętego spokoju niż z przekonania, bo w tej chwili znacznie bardziej interesowało mnie to, gdzie ten kot faktycznie mógł być, niż jak bardzo będzie elokwentny, kiedy już się pojawi.
- Jeśli twoja rodzina naprawdę opiera wszystko na jednym kocie na łebka, na całe życie, to macie dziwne, sekciarskie priorytety. A systemy, które się sypią przez jeden błąd, i tak są słabe. - Nie brzmiało to szczególnie delikatnie, ale nie miałem w zwyczaju owijać takich rzeczy w ładniejsze słowa - to nie był mój problem, jak już mówiłem. - W porządku, rozumiem. - Powiedziałem w końcu krótko, chociaż mój ton wskazywał raczej na to, że rozumiałem wagę problemu, nie całą tę konstrukcję wokół niego. - Choć to nadal kot, nie magiczny artefakt. Nie wydziedziczą cię za to. - Jeśli nie wyłapała tego z intonacji, teraz z pewnością mieliśmy już jasność, co do mojego podejścia. Nie rozwijałem tego dalej, bo i tak wiedziałem, że to się rozbije o granitową ścianę, jaką był jej aktualny stan, który należało uznać za tak daleki od „nie traktowania serio”, jak tylko się dało. Nie było w tym przeprosin za brak zrozumienia ani próby złagodzenia, raczej zwykłe stwierdzenie faktu, który dla mnie był oczywisty, a dla niej najwyraźniej nie.
- Ciemno, cicho i nikt nie zawraca głowy. - Wyliczyłem, gdy przeszliśmy do tematu trybun. - Wystarczy. - Nie potrzebowałem więcej powodów, nawet jeśli teraz głównie ironizowałem, nie zamierzałem tłumaczyć jej całej logiki siedzenia w miejscach, które inni ignorują, bo to była rzecz, do której dochodziło się samemu - sam nie potrzebowałem słońca i kolorów, żeby uznać jakieś miejsce za dobre - nie byłem pewien, czy to do niej trafi, ale dla mnie brzmiało wystarczająco sensownie.
Uwaga o tym, że „dobrze, że trafiło na mnie”, wywołała u mnie krótki, cichy wydech przez nos.
- Tak. - Mruknąłem. - Zdecydowanie nie planowałem budować fortuny na handlu kotami. - Spojrzałem na nią kątem oka, a kiedy przeszła do Quidditcha i całej tej teorii o nudzie, pozwoliłem sobie na krzywy półuśmiech, tym razem bardziej wyraźnie pobłażliwy - taki, który pojawiał się zawsze, kiedy ktoś nieopatrznie próbował sprowadzić coś, co dla mnie było naturalne, do „głupiej zabawy”. Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, przez sekundę rozważając odpowiedź, która nie byłaby ani przesadnie długa, ani całkiem uprzejma, a potem wzruszyłem lekko ramionami. Samo wyobrażenie o tym, że ktoś mógłby „postanawiać” wsadzać ludzi na miotły, by kazać im robić akrobacje za i przed piłkami, było wystarczająco absurdalne, by nie trzeba było go specjalnie komentować, a jednak je skomentowałem, bo trudno było mi to zostawić bez odpowiedzi, skoro właśnie powiedziała coś, co słyszałem już wiele razy, zwykle od ludzi, którzy nigdy nie wznieśli się wyżej niż kilka stóp nad ziemię. Trzydzieści metrów nad ziemią, wiatr, ludzie próbujący zrzucić cię z miotły, tempo, w którym nie masz czasu na zastanawianie się dwa razy - trzeba widzieć wszystko naraz i reagować szybciej, niż większość ludzi w ogóle myśli - a ona nazywała to…
„Latanie za piłkami”...
Cóż, przynajmniej wiedziała, że to stresujące.
- Stres jest częścią gry. Jeśli ktoś go nie lubi, to odpada na starcie. Na twoje szczęście nikt nikogo nigdzie nie „wsadza”. - Odwróciłem głowę w jej stronę, ponownie patrząc na nią bezpośrednio, z czymś ostrzejszym w spojrzeniu, choć nadal podszytym rozbawieniem. - Albo chcesz latać, albo nie. Jeśli nie chcesz, to nawet nie podchodzisz do miotły i problem znika. - Przechyliłem lekko głowę, mierząc ją wzrokiem z góry. - To trochę bardziej skomplikowane niż bieganie po podwórku za gumową kulką. I nie, to nie jest „chłopięca rzecz”. W drużynie grają też dziewczyny. Te, które nie mają problemu z tym, że ktoś próbuje je zrzucić z miotły na pełnej pi…przy pełnej prędkości. Reszta rzeczywiście stoi na ziemi i w nielicznych - podkreśliłem - przypadkach mylnie nazywa to „nudnym”, dopóki się nie doedukuje, co to właściwie znaczy dobry mecz. - Krótka pauza. - To tempo, którego nie ogarniesz z ziemi. Decyzje w sekundach. I moment, kiedy wszyscy patrzą, czy trafisz, czy sp…artolisz. - Nawet nie wiedziałem, skąd miałem w sobie tyle taktu, by kolejny raz posunąć się do odruchowej cenzury. - To jest rzecz dla ludzi, którzy lubią wygrywać i mają coś takiego jak refleks... - Nie zamierzałem tego bronić ani tłumaczyć bardziej, bo to był jeden z tych elementów mnie, które po prostu były, bez potrzeby uzasadnienia - poza tym, frustracja bijąca od tej dziewczynki była wyraźna i, co gorsza, całkiem logiczna w jej własnych ramach, chociaż wciąż nie zamierzałem dostosowywać się do niej bardziej niż już to robiłem, stojąc tu zamiast iść dalej własną drogą.
- Mantikora ma skrzydła i kły. I ogon, którym też może cię zabić szybciej, niż zdążysz to dobrze wymówić. - Poprawiłem ją. - Nie jest dobrym przykładem czegokolwiek, co chcesz spotkać. - To było maksimum, jakie zamierzałem w to włożyć, nie chciałem, żebyśmy zeszli na bestiariusz, tym bardziej, że opieka nad magicznymi stworzeniami - jak było widać po interakcji z tym konkretnym chochlikiem - nie należała do moich ulubionych przedmiotów. Nie brzmiało to szczególnie łagodnie, ale nie było też złośliwe wprost, była to raczej sucha obserwacja - taka, jaką mógłbym rzucić po treningu komuś, kto uparcie powtarzał ten sam błąd - to było jedno z tych zdań, które wypowiadało się bez większego wysiłku, bo wynikało z logiki, nie z potrzeby pouczania.
Przesunąłem wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując się na tych wszystkich drobnych oznakach oburzenia, które pojawiały się i znikały szybciej, niż zdążyła je kontrolować… I wtedy ruszyłem, schodząc ze ścieżki w stronę muru i krzaków, a ona ruszyła za mną. Słyszałem jej kroki, szybkie i nierówne, słyszałem też to ciche liczenie pod nosem, które początkowo zignorowałem wraz z pytaniem blondyny, dopóki nie dotarło do dziesięciu i nie przerodziło się w to przeciągłe, piskliwe wołanie.
Przenikliwe „SAAAAAALem” rozeszło się po błoniach, z siłą, która spokojnie mogłaby obudzić pół zamku, odbijając się echem od murów i ulatując gdzieś dalej. Zatrzymałem się na moment i spojrzałem w bok, sprawdzając, czy przypadkiem nie wywołała właśnie jakiejś reakcji z zupełnie innej strony, niż planowała, bo z tą pojemnością mikrych płucek z powodzeniem mogła wywołać lawinę gdzieś na drugim końcu kraju.
- No to teraz wie o nas wszystko w promieniu kilku mil. - Mruknąłem. - Włącznie z twoim kotem, jeśli faktycznie tu jest. - Nie powiedziałem, że to źle, nie powiedziałem też, że dobrze, kącik ust drgnął mi tylko lekko, bo ironia tej sytuacji była aż zbyt oczywista, ale tym razem jej nie podkreśliłem, teraz faktycznie chodziło o to, żeby coś znaleźć, a nie tylko komentować… Ruszyłem dalej, wolno, prowadząc małą wzdłuż muru, bo mimo całej tej zgorzkniałości, która nadal gdzieś się we mnie trzymała, byłem już w tym momencie naprawdę skupiony na jednym - by znaleźć tego przeklętego kota, zanim zdąży wymyślić sobie kolejną przygodę.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)