15.04.2026, 23:23 ✶
Nie.
Przyglądała mu się w milczeniu, zupełnie tego nie kwestionując. Miał w sobie coś, co sprawiało, że umiała mu uwierzyć, nawet jeśli coś wydawało się jej nielogiczne względem tego, jak się zachowywał. Z drugiej jednak strony, nosił maskę i czarną pelerynę, czyż Rodolphus nie był wybitnym aktorem? Spojrzenie Cynthii przesunęło się odrobinę wyżej, napotykając stalowe tęczówki jego oczu, wciąż przypominające ostrze skalpela lub mgłę unoszącą się nad lodem o poranku. Nie mogła zdecydować. Nie wyglądała na przestraszoną tonem jego odpowiedzi, nie miała wyrzutów sumienia o zadane pytanie, nawet jeśli mogło wywołać w nim jakiś dyskomfort. Nosił ciężar na ramionach, tego była pewna, podobnie jak ran tkwiących głęboko na jego duszy, odciśniętych na sercu. Każdy takie miał, radził sobie z nimi lepiej lub gorzej, ale jego zdawały się kształtować wyjątkowo mocno. Może dlatego bezpieczniej się czuł, lawirując dookoła osoby, z którą rozmawiał, zamiast zdradzać własne sekrety? Lestrange miał jednak pecha, bo Flint nie była tego typu kobietą, która zwyczajnie robiła to, czego mężczyźni od niej oczekiwali — oczywiście nie chodzi tu o maski noszone na pokaz w towarzystwie, gdzie pilnowała tego, aby wpasować się w ramy wymagań ojca i społeczeństwa. Chodziło o coś więcej, o podejście do spraw osobistych, prywatnych, sięgających pod lodową zbroję. A ich przecież to łączyło, jedno miało informacje, które mogło pogrążyć drugie, więc dlaczego nie brnąć w to dalej?
Miłość w tych czasach nie była czymś prostym, często nie była też drogą do szczęśliwego zakończenia. Coraz więcej osób sobie na nią nie pozwalało, chowając się za kurtyną, podobnie zresztą, jak blondynka. Dla niej emocje zawsze było skomplikowane, trudne, bo nie mogła ich kontrolować, chciała więc żyć tak, aby je ograniczać. I trudno było z tego zrezygnować. Jeśli już poświęciło się jakąś cząstkę siebie.
Siedzisko było miękkie, a dystans pomiędzy nimi nie wprawiał jej w dyskomfort, nawet jeśli siedziała prosto. Ta cała sytuacja była absurdalną, wykraczająca poza to, na co w normalnych okolicznościach sobie pozwalała. Obróciła głowę w jego kierunku, gdy poruszył jej włosami, bez większego skrępowania patrząc na jego twarz, w jego oczy. Lodowy wizerunek, lodowa królowa, lodowa zbroja — wszystkie te nazwy sprowadzały się tylko do strachu przed doświadczeniem emocji tak intensywnych, że utrata ich rozbiłaby ją na tysiące kawałków i tym razem nie była pewna, czy umiałaby się skleić. Była odważna we wszystkim, poza tym jednym aspektem — nie bała się przecież nawet śmierci. Wysłuchała go w milczeniu, przez jej twarz przemknął cień rozbawienia, a kąciki ust uniosły się ku górze. Pokręciła głową.
- Nie. I to jest w tym najgorsze Rodolphusie. Wyglądasz mi na człowieka, który nie ma nic do stracenia, a przez to niebezpieczeństwo jest jeszcze większe, bo nie bierzesz pod uwagę ryzyka. Bagatelizujesz je. To odważne, ale często prowadzi do zguby. - przerwała na chwilę, przenosząc wzrok na swoje dłonie. Nie chodziło o to, że wstydziła się wypowiadanych słów lub całej tej konwersacji, tak nietypowej i sięgającej znacznie dalej, niż sugerowały słowa, wypełnionej wszystkim, co mogłoby się tylko znaleźć pomiędzy wierszami. Lestrange był odważny w sposób, który mógł być balansowaniem na linie między życiem a śmiercią. - Gdy człowiek traci przyczepność, gdy nie ma kotwicy.. Doskonale wiesz, jak czarna magia i nekromancja zmienia esencję duszy. - nie musiała dobierać słów, bo była pewna, że doskonale zrozumie, o co jej chodziło. Zawsze wiedział, czasem nawet tylko przez wymianę spojrzeń, a czasem po jednym zdaniu, ale odnajdywał sens i przekaz, nawet jeśli nie było to oczywiste.
Przyglądała mu się w milczeniu, zupełnie tego nie kwestionując. Miał w sobie coś, co sprawiało, że umiała mu uwierzyć, nawet jeśli coś wydawało się jej nielogiczne względem tego, jak się zachowywał. Z drugiej jednak strony, nosił maskę i czarną pelerynę, czyż Rodolphus nie był wybitnym aktorem? Spojrzenie Cynthii przesunęło się odrobinę wyżej, napotykając stalowe tęczówki jego oczu, wciąż przypominające ostrze skalpela lub mgłę unoszącą się nad lodem o poranku. Nie mogła zdecydować. Nie wyglądała na przestraszoną tonem jego odpowiedzi, nie miała wyrzutów sumienia o zadane pytanie, nawet jeśli mogło wywołać w nim jakiś dyskomfort. Nosił ciężar na ramionach, tego była pewna, podobnie jak ran tkwiących głęboko na jego duszy, odciśniętych na sercu. Każdy takie miał, radził sobie z nimi lepiej lub gorzej, ale jego zdawały się kształtować wyjątkowo mocno. Może dlatego bezpieczniej się czuł, lawirując dookoła osoby, z którą rozmawiał, zamiast zdradzać własne sekrety? Lestrange miał jednak pecha, bo Flint nie była tego typu kobietą, która zwyczajnie robiła to, czego mężczyźni od niej oczekiwali — oczywiście nie chodzi tu o maski noszone na pokaz w towarzystwie, gdzie pilnowała tego, aby wpasować się w ramy wymagań ojca i społeczeństwa. Chodziło o coś więcej, o podejście do spraw osobistych, prywatnych, sięgających pod lodową zbroję. A ich przecież to łączyło, jedno miało informacje, które mogło pogrążyć drugie, więc dlaczego nie brnąć w to dalej?
Miłość w tych czasach nie była czymś prostym, często nie była też drogą do szczęśliwego zakończenia. Coraz więcej osób sobie na nią nie pozwalało, chowając się za kurtyną, podobnie zresztą, jak blondynka. Dla niej emocje zawsze było skomplikowane, trudne, bo nie mogła ich kontrolować, chciała więc żyć tak, aby je ograniczać. I trudno było z tego zrezygnować. Jeśli już poświęciło się jakąś cząstkę siebie.
Siedzisko było miękkie, a dystans pomiędzy nimi nie wprawiał jej w dyskomfort, nawet jeśli siedziała prosto. Ta cała sytuacja była absurdalną, wykraczająca poza to, na co w normalnych okolicznościach sobie pozwalała. Obróciła głowę w jego kierunku, gdy poruszył jej włosami, bez większego skrępowania patrząc na jego twarz, w jego oczy. Lodowy wizerunek, lodowa królowa, lodowa zbroja — wszystkie te nazwy sprowadzały się tylko do strachu przed doświadczeniem emocji tak intensywnych, że utrata ich rozbiłaby ją na tysiące kawałków i tym razem nie była pewna, czy umiałaby się skleić. Była odważna we wszystkim, poza tym jednym aspektem — nie bała się przecież nawet śmierci. Wysłuchała go w milczeniu, przez jej twarz przemknął cień rozbawienia, a kąciki ust uniosły się ku górze. Pokręciła głową.
- Nie. I to jest w tym najgorsze Rodolphusie. Wyglądasz mi na człowieka, który nie ma nic do stracenia, a przez to niebezpieczeństwo jest jeszcze większe, bo nie bierzesz pod uwagę ryzyka. Bagatelizujesz je. To odważne, ale często prowadzi do zguby. - przerwała na chwilę, przenosząc wzrok na swoje dłonie. Nie chodziło o to, że wstydziła się wypowiadanych słów lub całej tej konwersacji, tak nietypowej i sięgającej znacznie dalej, niż sugerowały słowa, wypełnionej wszystkim, co mogłoby się tylko znaleźć pomiędzy wierszami. Lestrange był odważny w sposób, który mógł być balansowaniem na linie między życiem a śmiercią. - Gdy człowiek traci przyczepność, gdy nie ma kotwicy.. Doskonale wiesz, jak czarna magia i nekromancja zmienia esencję duszy. - nie musiała dobierać słów, bo była pewna, że doskonale zrozumie, o co jej chodziło. Zawsze wiedział, czasem nawet tylko przez wymianę spojrzeń, a czasem po jednym zdaniu, ale odnajdywał sens i przekaz, nawet jeśli nie było to oczywiste.