Lipiec 1956, Pustostany na Nokturnie
Lipcowy wieczór rozlał się nad Nokturnem ciężkim, dusznym gorącem. Powietrze stało nieruchomo między kamienicami, niosąc zapach rozgrzanego bruku, ścieków i starych murów. Stał tu taki szereg pustostanów bardziej nadających się do zawalenia niż zamieszkania. Powybijane szyby w oknach straszyły pustką, a ściany trzymały się tu wyłącznie siłą przyzwyczajenia. To właśnie tutaj zbierali się wieczorami. Kilku chłopaków siedziało na murku i stertach cegieł. Łyse głowy błyszczały od potu w pomarańczowym świetle zachodzącego słońca. Wyglądali niemal identycznie. Chudzi, kościści, w za dużych kurtkach odziedziczonych po starszych braciach albo znalezionych na śmietniku. Jeszcze nie mężczyźni, ale bardzo na takich aspirujących. Maddox siedział wśród, oparty plecami o ścianę pustego budynku. Pod palcami czuł chropowatą cegłę, przysłuchując się reszcie obracał w dłoniach, tak jak cała reszta, cierpkie jak cholera piwo, które kompletnie mu nie smakowało. Wyróżniał się już na pierwszy rzut oka. Jako jedyny nie miał głowy ogolonej do skóry. Włosy nosił krótko przycięte, ale zostawiał ich tyle, by nie wyglądać jak kolejny odlew z tej samej formy co reszta. Nie dlatego, że się próbował się buntować. Po prostu nie miał jeszcze przyzwolenia, by wyglądać tak samo jak oni. W Sforze nawet na to trzeba było sobie wypracować. Ogolona głowa, połatane ubrania, spojrzenie młodego zbira; to nie był przypadek. To był mundur. Przywilej i oznaka przynależności. W ich rozumieniu wyglądanie zwyczajnie było czymś niemal wstydliwym. Zwyczajni byli ludzie z powiezrchni. Ułożeni uczniowie Hogwartu. Dzieciaki wracające wieczorem do domów. Dopiero wygląd odszczepieńca robił z człowieka kogoś wartego uwagi. Maddox kpił sobie z tego w myślach. Nie zależało mu na tym, by wyglądać jak wszyscy. Właściwie nie musiał wyglądać w ogóle. Gdyby mógł, najchętniej pozbyłby się całego tego przedstawienia. Włosów, ubrań, póz, min i wszystkich tych głupich rytuałów, które miały udowadniać, kim się jest. Ale nie czuł się od nich przez to lepszy i nie czuł by byli od niego głupsi, gorsi. Bo patrząc na nich, miał czasem wrażenie, że wszyscy próbują zbudować sobie tożsamość z rzeczy, które można zgubić albo ukraść. Rozumiał to. Przecież bez Sfory byli właściwie niczym. Świat dbał o to, żeby nigdy o tym nie zapomnieli. W ich świecie, jedynym który znali, byli tylko brudnymi bachorami, którymi można było pomiatać. Niektórych wyżucono z domów. Inni nigdy żadnego nie mieli. Część znała głód lepiej niż własnego ojca. Każdy z nich miał historię, której nikt nie chciał słuchać. Sfora była jedyną rzeczą, która pozwalała uwierzyć, że znaczą coś więcej. Że są kimś. Nie pojedynczo. Razem. Bo kiedy świat przez całe życie powtarzał ci, że jesteś nikim, każda oznaka przynależności zaczynała mieć wartość większą niż.
Jak co tydzień chłopaki zebrali się na odludziu. Opowiadali historie, które z każdym kolejnym powtórzeniem stawały się coraz bardziej nieprawdopodobne. Wyciągali z kieszeni fanty zdobyte w ciągu tygodnia: zegarki, portfele, srebrne papierośnice, czasem kilka sykli albo coś, czego wartość nawet sami nie znali. Jeden z chłopaków opowiadał właśnie o bójce z grupą starszych. Z każdą minutą przeciwników przybywało, a ich różdżki stawały się coraz większym zagrożeniem. Reszta słuchała z rozbawieniem, rzucając przekleństwa i śmiejąc się z najbardziej absurdalnych fragmentów. Wszyscy wiedzieli, że zmyśla, ale nikt nie miał zamiaru go poprawiać. Prawda nigdy nie była najważniejsza. Liczyło się samo opowiadanie. Budowanie legendy większej od własnego życia. Maddox słuchał w milczeniu. Był tu dopiero od kilku tygodni. Wystarczająco długo, żeby znać twarze. Zbyt krótko, żeby należeć. Czuł na sobie spojrzenia. Oceniające. Sprawdzające. Czekające na moment, w którym pokaże, czy jest jednym z nich, czy tylko synem przywódcy bawiącym się w wilka. Więzy krwi dawały Maddoxowi protekcję, ale nie akceptację. Nikt nie zamierzał łamać mu nosa bez zgody Fenrisa, ale też nikt nie zamierzał szanować go za darmo. Na to musiał dopiero zapracować. Nauczyć się, jak być gnojkiem. Jak kraść tak, żeby nie dać się złapać. Jak uciekać szybciej od innych. Jak patrzeć ludziom w oczy i nie odwracać wzroku pierwszy. Złodziejaszki. Bo na mordercę - czy, jak mawiali starsi, żołnierza Sfory - każdy z nich był jeszcze za wąski w karku.
Rozmowy płynęły swoim rytmem, a opróżnione butelki od razu były rozbijane o ścianę, kiedy tylko uchodziła z nich ostatnia kropla piwa. - Patrzcie no! Kilka głów odwróciło się w tym samym kierunku. Helloise najwyraźniej szła sama. Nie była szczególnie wysoka, ale przy nich sprawiała takie wrażenie. Większość chłopaków miała dopiero piętnaście, może szesnaście lat. Chudzi, niewyrośnięci jeszcze do końca, z barkami dopiero uczącymi się być barkami. Połowa była mniej więcej jej wzrostu, druga zaś, gdyby zabrać im te buciska na grubych podeszwach, mogłaby krzyczeć najwyżej do dziewczyny spod jej brody. - Ładna sukienka. Jeszcze ktoś pomyśli, że cię na nią stać. - Co tam chowasz po kieszeniach? - Nie bądź goblin, podziel się! Kilku chłopaków wybuchło śmiechem, zadowolonych bardziej z własnych komentarzy, niż z całej sytuacji. W gruncie rzeczy nie chodziło nawet o Helloise. Była po prostu kimś nowym, kto pojawił się na ich ulicy i przez kilka minut mógł stać się punktem wspólnej zabawy. Maddox obserwował całe zajście jedynie kątem oka. Siedział na skrzynce zbitej z desek, zajęty czymś znacznie ciekawszym od kolejnej nokturnowej zaczepki. W dłoni obracał nóż motylkowy, raz po raz powtarzając układ ruchów pokazany mu wcześniej przez jednego ze starszych chłopaków. Ostrze migało w świetle zachodzącego słońca, obracając się wokół palców i zatrzaskując z charakterystycznym kliknięciem. Za każdym razem próbował odtworzyć sekwencję dokładniej, szybciej, płynniej. Na razie wychodziło mu przeciętnie.