• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[18.09.1972] Chcę, by mi natychmiast, w tej chwili, zwrócono mego ukochanego Mistrza

[18.09.1972] Chcę, by mi natychmiast, w tej chwili, zwrócono mego ukochanego Mistrza
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#1
30.03.2026, 17:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.04.2026, 13:45 przez Lorien Mulciber.)  
[Obrazek: imgproxy.php?id=nhPUKDc.png]
18.09.1972 późny wieczór prawie noc. Mieszkanie Aarona Moody'ego w Camden
Nie do końca miało tak wyjść.
W repertuarze było tylko ewentualne wyskoczenie na jednego drinka po meczu, bo przecież nie liczyło się, że Zjednoczeni jakimś cudem wygrali pomimo dwóch goli wbitych przez kapitana Gargulców. Jutro... Jutro będą musieli iść do pracy, więc należało się położyć wcześniej, ale… no właśnie ale.
Wylądowali w jakiejś zapyziałej knajpce (o dziwo całkiem urokliwej i jak na porę niedzielną pustawej) pomiędzy stadionem, a centrum Londynu, która swojej wódki nie chrzciła, a i niedawno wprowadziła do swojej karty rzecz wręcz niezwykłą - espresso martini. Połączenie kawy i alkoholu brzmiało wspaniale, smakowało jeszcze lepiej. Lorien aż się zaświeciły oczy, gdy znudzona życiem barmanka wymieniała składniki tego zwieńczenia ludzkiego geniuszu Co prawda w połowie trzeciego kawowego drinka (w ogóle jej nic nie siekło!) pani Mulciber zaczęła czuć, że ciepło uderza jej do policzków, a i głowa zaczyna nieco lecieć, ale przecież zaraz wróci do domu i pójdzie spać jak przystało na grzeczną dziewczynkę, prawda? Nieprawda.
Bo pan Moody zapytał czy wie, że ma kota. Nie wiedziała.
Więc zapytał czy chce jego kota zobaczyć. Oczywiście, że chciała. No głupi by tylko chyba nie chciał.
W dodatku kot Aarona nazywał się “Kot” co ją szalenie ubawiło, bo przecież jej własny nosił dumne imię “Le Chat”. Przypadek? Jaka była szansa na taki zbieg okoliczności?
Więc tylko dopiła śmietankowo-kawowy ulepek z trudem trzymając się na nogach, tylko troszkę (całą sobą) wsparta o ramię Aarona, który jeszcze walczył z zatrzaskami jej pelerynki.

Takim oto sposobem pani sędzia wylądowała na kanapie u starszego aurora w jego własnym mieszkaniu, przytulając do siebie rozanielonego sierściucha (kota, nie aurora) i szczebiocząc nad nim wszelkie możliwe czułostki - głównie po włosku.
Przecież przyszła tylko na herbatę. Miętową poprosiła, gdy Moody zapytał na co ma ochotę. Z cukrem? Zawahała się. Niech pan przyniesie cukierniczkę. Tak chyba było prościej. Jakimś cudem dorwała w knajpie najnowsze wydanie Czarownicy, które teraz zajmowało większość jej uwagi. Druga półkula spitego mózgu zastanawiała się czy może kota panu Moody’emu ukraść.
Saoirse Spencer-Moon szczerzyła się do niej z okładki tak paskudnie, że Lorien czuła nieodpartą chęć domalowania jej wąsów i okularów. Gwiazdka współczesnego pożal się bogowie popu reklamowała jakiś quiz dla nastolatek. Miło było czasem zajrzeć do bardziej… odmóżdżającej prasy. Bo o ile Proroka Codziennego, zwłaszcza po pożarach, czytać należało, to niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie lubił sobie raz na jakiś czas rozwiązać testu w stylu “z którego wielkiego czystokrwistego rodu będzie pochodził twój Twój mąż?”. Wyszedł jej Mulciber, więc nie mogła nic dziennikarskiemu instynktowi pismaków z Czarownicy zarzucić. Ale parę dni później w teście na żonę (wypełnionym tylko z czystej ciekawości naprawdę!) wyszła jej Malfoy. Może Eleonora? Chyba jednak wolałaby szanownego pana Ministra Fortinbrasa… Chłopak dziewczyna normalna rodzina czy coś.

„Jaki jest twój język miłości?”
Zanim spojrzała w ogóle na pytania, zrobiła to co robiła zawsze - zerknęła na odpowiedzi na końcu. W końcu jakiś język mógł jej się podobać bardziej niż inny i wtedy należało nieco nagiąć prawdę.
Spędzanie wspólnie wartościowego czasu - niektórzy przywiązują wagę do spędzania czasu z kimś kto jest w pełni obecny. Lubią kontakt wzrokowy, wartościowe rozmowy oraz uwagę poświęconą tylko i wyłącznie im.
Zastanowiła się przez moment. Oczywiście wartościowe i głębokie rozmowy były czymś co lubiła, ale z drugiej strony… ciężko było spędzać czas z potencjalnym partnerem, kiedy się pracowało tyle co ona.

Słowa afirmacji - osoba, której językiem miłości są słowa afirmacji ceni sobie pisemne lub ustne wyrazy miłości i uznania. Lubi listy miłos…
Nope. Na pewno nie to. Co za bzdura. Mało to człowiek miał spamu i ulotek? Naprawdę niektórzy lubowali się w wyjcach romantyczne serenady? Okropieństwo.
Kontakt fizyczny… Ach seks? Ludzie ci czują się bardziej kochani, gdy okazujemy im “fizyczne uczucia”. Czyli seks. Dotyk jest dla nich potężnym łącznikiem emocjonalnym - lubią przytulanie, trzymanie się za ręce, siedzenie blisko siebie i całowanie. Czyli nie seks.
Akty służby. To brzmiało jak coś co pasowało do Pana Moody’ego, ale z pewnością nie do niej. Ceni sobie uczynność, bez względu na to czy czyn jest duży czy mały. Takim osobom może zaoferować pomoc w obowiązkach domowych czy przygotowaniu obiadu. Zmarszczyła nos. Nie zaproponowała Aaronowi że pomoże mu z herbatą, ale uno - była gościem, due - Kot ułożył się na jej piersiach, mrucząc zaciekle, więc nie mogła go zrzucić, tre - istniała obawa, że jak wstanie to padnie na podłogę. Martini przyjemnie huczało jej w głowie.

Ale został jeszcze jeden język, prezenty. Dla tych osób językiem miłości jest otrzymywanie podarunków. Lubiła prezenty. Nawet bardzo. Nie chodzi tu o wartość prezentu… co za bzdura oczywiście, że chodzi. ale o symboliczny gest i wysiłek, który został włożony w jego przygotowanie. Ktokolwiek to pisał musiał być, jak to mówiła jej dobra przyjaciółka, u b o g i. Przewróciła oczami. Takie osoby czują się szczególnie kochane, gdy prezent pokazuje jak dobrze zna je partner.
Ciekawe czy pan Moody wiedziałby co jej kupić? Trudno było przebić prezent, który sprawił jej wraz z ojcem, gdy miała szesnaście lat… Nie. Po chwili zastanowienia się stwierdziła, że makieta Azkabanu się nie liczy, bo pewnie swojej córce też takie piękne rzeczy na urodziny sprawiał. Zresztą byli tylko znajomymi z pracy, po co miałby jej w ogóle sprawiać jakiś prezent?  No ale mógłby, krzywda by mu się żadna nie stała. Takie na przykład kwiaty. Dawno nie dostała od nikogo już kwiatów...

Westchnęła ciężko, całując koci łebek. Po to były kocie łebki, żeby je całować. Stwierdziła, że sam test zrobi jak już pan Moody wyłoni się z kuchni. Albo lepiej - najpierw zrobi test jemu, a sama sobie dopasuje co powinno jej wyjść. Ciekawe czy wolał kobiety doceniające słowa afirmacji czy może nie stroniące od kontaktu fizycznego… Poczuła jak ciepłe policzki rumienią się na nowo na samą myśl, która wcale nie powinna się w jej głowie pojawić! Wszystko przez ten nieszczęsny alkohol.
Ani myślała się przy tym ruszać z kanapy, więc Aaron zastał ją w półleżącej pozycji pod Kotem, opartą wygodnie o wszystkie poduszki jakie zdołała znaleźć z gazetą w rękach. Z jedną nogą wygodnie wspartą o kolano drugiej, sukienka obsunęła się… no dość znacznie, prezentując prześliczne pończoszki zakończone koronką jakie miała na nogach.
- Jaki jest pana język miłości?- Zapytała, unosząc kota na wyprostowanych rękach. Na aurora nawet nie spojrzała.
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#2
11.04.2026, 06:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 17:18 przez Aaron Andrew Moody.)  
Jaki jest pana język miłości?

– Angielski? – rzucił podejrzliwie Aaron, marszcząc przy tym lekko brwi. Po alkoholu zawsze zachowywał się z większą swobodą, co widoczne było w jego ruchach, gdy rozsiadł się na kanapie obok Lorien. Oparł wygodnie zgiętą rękę o podłokietnik, obracając się, żeby móc patrzeć na kobietę w przeciwnym kącie kanapy. Osunął się nieco niżej w miejscu, aby porządnie wyciągnąć nogi na podłodze. Wygodnie założył jedną na drugą, po czym odchylił głowę do tyłu, poruszywszy przy tym barkami. Zrobił to bardziej z nawyku niż z realnej potrzeby, dawno już bowiem zniknęło z nich napięcie. Jedynie jego twarz pozostawała ściągnięta w skupieniu, jak gdyby napotkał na jakiś niespodziewany problem, który należy rozwiązać. Wyczuwał jakiś podstęp w tym pytaniu, tylko jeszcze nie wiedział dokładnie jaki. Czasem wystarczyło słowo, aby w jego oczach pojawił się ten charakterystyczny błysk ożywienia. Zwykle spotykało się to z natychmiastowym działaniem, teraz jednak mężczyzna trwał rozwalony na kanapie, zdawałoby się, że bez żadnej troski. Nawet poluzowany kołnierzyk i rękawy koszuli, zawiniętej teraz na przedramionach, żeby było wygodniej, nie miały w sobie tej sztywności, jaka zwykła cechować Aarona. Czy auror kiedykolwiek zdejmował zbroję? Marynarka zwisała z oparcia kuchennego krzesła, porzucona podobnie jak pelerynka Lorien, którą pomógł jej nałożyć, a potem zrzucić z ramion. Tatuaże powoli zaczynały się przeświecać spod nałożonych na skórę zaklęć maskujących. A może to była kwestia postawy, spuszczonej gardy, gdy wolną ręką swobodnie oparł się o wezgłowie. Wystarczyłoby poruszyć nadgarstkiem. Wystarczyłoby nieznacznie przesunąć dłoń,  aby móc powieść palcem wzdłuż opartej o nogę nogi, którą bujała w powietrzu. Przesunął tylko wzrokiem, zaczepiając po drodze o odsłonięte udo, po to aby ostatecznie skupić spojrzenie na twarzy półleżącej Lorien, starannie ominąwszy miejsce, w którym podwijała się jej sukienka. Powstrzymał się przed poprawieniem jej. Palcami poruszył jak gdyby od niechcenia, pozbywając się natrętnej pokusy czającej się tuż pod ich opuszkami. Pokusy nie pozbył się tak do końca. Jak mógłby, skoro wciąż siedziała obok. Sprawiało mu to jednak przyjemność. To, że była na wyciągnięcie ręki. To, że była. Pociągnął łyk piwa z trzymanej butelki, żeby zyskać na czasie.
Nie był pijany. Był w tym perfekcyjnym stanie lekkiego podchmielenia, gdy czuł euforię, ale wciąż był w stanie myśleć w pełni logicznie. Rzadki był to stan. Zwykle chlał wystarczająco szybko, żeby płynnie przejść do tych bardziej upadlających etapów upojenia alkoholowego. Ale czasami potrzebował się trochę upodlić, żeby dalej móc na siebie patrzeć. Żeby móc spokojnie zasnąć w nocy. Dopóki był w stanie wstać w porę do pracy, nie miało to znaczenia.
Nie myślał jednak o tym, gdy poszli do baru, wypełnionego śmiechem, odgłosami rozmów, oraz zapachem likieru kawowego. Nie myślał o tym, gdy robił jej herbatę miętową, którą potem wysłał różdżką na tacy prosto na stolik w salonie, nie został bowiem wystarczająco długo sam na sam ze swoimi myślami. Z lekko uchylonych drzwi na balkon doleciał go zapach jaśminu, który skojarzył mu się z jej perfumami. No i jego kot ją polubił.

Kot, jak to kot, chociaż był Kotem, a nie takim sobie byle kotem, przepadał za pieszczotami. Zwłaszcza, gdy głaskało się go po łebku. A potem pod łebkiem. A potem jeszcze całowało i drapało za uszami, za co odwdzięczył się, oczywiście, głośnym mruczeniem. Kot lubił, gdy chwaliło się go za bycie ślicznym, bo nie po to przecież codziennie lizał swoje futerko, żeby wyglądać jak jakiś oszemłany dachowiec. Był kotem domowym, i szalenie inteligetnym, chociaż łebek miał foremny, i wcale nieduży, tylko taki w sam raz na całowanie. Ale był kotem o bardzo dużym rozumku, więc od razu zrozumiał, że przed panią, która go całowała, nie należy uciekać. Zwłaszcza, że pachniała trochę podobnie do jego pana. Pani mówiła dużo rzeczy do kota, trochę tak jak pan, gdy nie mógł zasnąć, tylko nie zawsze mógł ją zrozumieć, bo mówiła jakoś dziwnie. Ale Kot wiedział, że mówiła po włosku, bo mówiła z takim samym akcentem, jak gruby kot właściciela lokalnej pizzerii, którego czasem spotykał podczas łazęgi po ulicach. Ale to było wtedy, gdy był jeszcze pospolitym dachowcem, i nikt nie chciał go całować w łebek. Nie, żeby było mu z tego powodu smutno, ponieważ już wtedy był bardzo pięknym kociakiem, po prostu ludzie zwykli zauważać takie rzeczy z opóźnieniem. Ale nie musiał się wcale tak dużo namiauczeć, żeby jego pan zauważył. W każdym razie, może i nie rozumiał tak do końca, co mówiła do niego pani, ale nie było to takie ważne jak to, jak mówiła. A Kot bardzo dobrze wiedział, że to miało większe znaczenie, bo pan cały czas mówił mu, że jest paskudnym grubasem, i nierobem, i leniem śmierdzącym, ale oczywiście wszystko to były żarty, bo bardzo kota kochał, tylko nie umiał wyrażać swoich uczuć w zdrowy sposób. Kot takich problemów nie miał, dlatego rozłożył się pani na brzuszku. No, może czasem miał problemy, bo przed większością ludzi uciekał, i chował się pod łóżkiem, żeby go nie ukradli.  Co było niby w tym domu cenniejszego niż Kot? Usadowiony na ramionach pana Kot przeczytał wiele raportów o zaginionych ludziach, słyszał też, jak pan czyta sobie na głos coś o porwaniach, o torturach... Może dlatego zaczął się ludzi trochę bać. Ale tylko troszeczkę. Po godzince wychodził przecież ze swojej kryjówki pod łóżkiem. No, może po trzech... Pograżając się w kociej drzemce, zignorował kompletnie pana, który zmianę w zachowaniu zwierzęcia zauważył, ale nic nie powiedział.

Aaron zakołysał w zamyśleniu trzymanym w ręku browarem.

– Chociaż umiem podobno wcale udanie naśladować niemiecki akcent – dodał, kryjąc uśmiech za podniesioną do ust butelką piwa.


!Strach przed imieniem


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#3
11.04.2026, 06:01  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. Przerażenie narasta w tobie z każdą chwilą, aż nagle wbrew swojej woli wypluwasz z siebie słowa: Kiedy znów przyjdzie dzień sądu, klęknijcie przede mną, albowiem jestem początkiem lepszej drogi..
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#4
11.04.2026, 06:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 06:33 przez Aaron Andrew Moody.)  
– Kiedy znów przyjdzie dzień sądu, klęknijcie przede mną, albowiem jestem początkiem lepszej drogi – wykrztusił gardłowo Aaron, przemówiwszy, co prawda, po angielsku, ale z najgorszym niemieckim akcentem, jaki kiedykolwiek miała w swoim życiu usłyszeć Lorien.

Przymknął na chwilę oczy, czując się tak, jak gdyby serce miało mu wyskoczyć z piersi. Odchylił głowę, oparłszy się o kanapę, tak, że widać było tylko jak drgnęła mu nerwowo grdyka, gdy odchrząknął, próbując odzyskać władzę nad aparatem mowy.

Kurwa mać.

Nie wymyślono jeszcze słów, które byłyby w stanie lepiej oddać to, jak się teraz czuł.

Wziął głęboki oddech, zanim z powrotem obrócił twarz w stronę Lorien.

– Po włosku też znam parę słów – dodał ze zbolałą miną. – Wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciw państwu – wyrecytował płynnym włoskim Aaron. – To, i jeszcze buongiorno.

Słowo "dzień dobry", w przeciwieństwie do hasła włoskich faszystów, wymówił z bardzo pokracznym akcentem, jak gdyby używał tego zwrotu o wiele rzadziej.

Szybko wziął kolejny łyk piwa, coby wypłukać zalegające wciąż w gardle zażenowanie.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#5
11.04.2026, 17:07  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.04.2026, 13:52 przez Lorien Mulciber.)  
- Angielski?
Niegłupia odpowiedź.- Pomyślała czarownica, leniwie wzrok podnosząc znad gazetki. Usłużnie zgięła nieco nogę, gdy usiadł na kanapie, starając się zrobić mu miejsce, kompletnie nie zwracając przy tym uwagi na fakt, że nawet półleżąc zajmowała zaledwie połowę kanapy. Ale liczył się gest, prawda?
Zmarszczyła delikatnie brwi - nie nad aurorem (choć Aaron z pewnością mógł poczuć, że pani Mulciber papuguje jego grymas na twarzy), a nad samą sobą. Nigdy nie piła tyle, żeby poczuć się w towarzystwie swobodnie. Miała wizerunek do utrzymania. Jeden zły ruch, jeden komentarz rzucony w nieodpowiednim momencie, gdy wino rozwiązało język - a jej kariera i reputacja mogły legnąć w gruzach. Zbyt wiele było do stracenia, żeby warte było podejmowanie ryzyka. Piła tylko w towarzystwie najbliższych; ludzi, którym po prostu ufała. Ilu ich było? Dwóch? Trzech? A jednak wylądowała u pana Moody’ego na kanapie, w jego własnej prywatnej przestrzeni, po spotkaniu, które zdecydowanie nie było randką, w sytuacji na tyle dwuznacznej, że sam fakt doprowadzenia do niej wydawał jej się co najmniej absurdalny. Do tego przytulała jego kota, wypijała jego herbatę i zapewne opróżni z połowę cukiernicy.
I wcale nie czuła się z tym źle.
Zdusiła w sobie tą jedną naiwną myśl, że mogłaby tak żyć. Tak po prostu spokojnie żyć. Z nim? Tego nie była już tak pewna.
Kiedy ostatnio czuła się w czyimś towarzystwie tak dobrze? Kiedy miała poczucie bycia słuchaną i rozumianą? Kiedy ktokolwiek pamiętał co plecie, żeby jej wypomnieć ten nieszczęsny "aparat kognitywny"? Dlaczego wcale jej te drobne uszczypliwości nie przeszkadzały? Dlaczego spędzanie z tym człowiekiem czasu było dla niej tak naturalne jak oddech? Dlaczego nie miała nic przeciwko, a może nawet podobało jej się, że taksuje ją wzrokiem, a mimo to zachowuje stosowny dystans? Dlaczego podświadomie czuła, że w jego towarzystwie nic jej nigdy nie zagrozi? Dlaczego mieli tyle tematów do rozmów? No i na bogów, dlaczego ktoś taki jak Aaron Moody pomimo swojego wieku wyglądał tak dobrze z lekko rozpiętą koszulą i podwiniętymi rękawami?! Naprawdę starała się nie patrzeć na tatuaże, które powoli uwalniały się spod prostego zaklęcia.
Przygryzła wnętrze policzka.
Opanuj się kobieto. Nie możesz go rozszarpać. - Zganiła się naraz wyjątkowo zajęta patrzeniem gdziekolwiek indziej niż w stronę aurora.
A w sumie, dlaczego nie? Nigdzie nie było napisane, w żadnym ministerialnym regulaminie, że sędzia Wizengamotu nie może sobie raz na jakiś czas rozszarpać takiego aurora. A przynajmniej ona w aktualnym stanie nie była sobie w stanie przypomnieć takiego zapisu, więc skoro nie pamiętała - to na pewno go nie było! Ta jedna trzeźwa komórka mózgowa powiedziała “nie i basta”, więc z ciężkim sercem Lorien wróciła do zdecydowanie bezpieczniejszego tematu. A konkretnie debilnego testu w Czarownicy.

- Widzę, że jest pan zupełnie nieobeznany z tematem.- Stwierdziła niemal sucho, zupełnie jakby wiedza o językach miłości była wiedzą powszechną i nauczaną od najmłodszych lat w Hogwarcie. W końcu nawet popularne powiedzenie głosi, że “miłość jest najpotężniejszym zaklęciem”. Lorien osobiście uważała, że było to Imperius, ale nikt jej o zdanie nie pytał. Postukała palcem w stronę z artykułem i już otwierała usta, żeby nieszczęśnika uświadomić, że będzie musiał się już teraz zaraz doedukować, bo ona chce wiedzieć czy są kompatybilni, ale zaczął coś mówić o niemieckim akcencie

A potem… Potem z ust pana Moody’ego wyrwało się coś co sprawiło, że czarownica aż zamknęła usteczka i przyjrzała mu się zdecydowanie uważniej.
Wiedziała, że Aaron był radykałem. Ale żeby wynajdować teksty faszystowskie pewnie wyrwane z jakiegoś przemówienia tego tam nazistowskiego mugolskiego przywódcy już na pierwszej randce? A może to było coś… Grindelwalda? Nie daj boże Voldemorta? Nieważne. Kogokolwiek tak namiętnie cytował - trafiło to wprost do serduszka czarownicy, a to zaczęło bić zdecydowanie szybciej niż ustawa przepisuje.
Gdy Moody odwrócił twarz w jej stronę mógł dostrzec, że naraz Lorien zdała się być najtrzeźwiejszą osobą na świecie. Co gorsza, ewidentnie zignorowała to na czym wolał, żeby się skupiła - na znanych jej zasadach włoskiego faszyzmu. Choć sądząc po kąciku ust, który uniósł się, gdy bezgłośnie powtórzyła za nim tutto nello Stato, niente al di fuori dello Stato, nulla contro lo Stato idea zyskała w jej myślach aprobatę. Ale innym razem przyjdzie jej opowiadać o jej dziadku stryjecznym Benito, który kiedyś uratował jednego mugola, a ten obiecał, że nazwie po nim syna.
Nie zaśmiała się ze zmasakrowanego “dzień dobry”, nie westchnęła flirciarsko, że “chyba należy pana Moody’ego podszkolić z języka”, nie zmusiła go do powtarzania słowa raz po raz niczym zrezygnowany belfer. Zamiast tego po prostu na czarodzieja patrzyła.
Odłożyła gazetkę na bok. Tak naprawdę pozwoliła jej spaść na podłogę.
Po co jej test, skoro pan Moody ewidentnie preferował słowa afirmacji, a ona chyba właśnie odkryła, że ją to kręci i może się odwdzięczyć kontaktem fizycznym. Nawet prezentów nie potrzebowała. Ale mógł zdecydowanie pokusić się o akt służby wobec niej.
Trwało to tyle ile może trwać kilka ciągnących się w nieskończoność sekund.
Potem przełożyła Kota na kanapę, pilnując żeby go nie obudzić. Dziwnie ostrożna. Dziwnie zdecydowana na dalszy ruch. Wsparła się o oparcie fotela, przesuwając swoje wychudzone przedramię niebezpiecznie blisko ręki aurora. Osuwający się szeroki rękaw jej szaty odsłonił drobne blizny, którymi zroszona była skóra czarownicy. Przejście z rozwalonej na kanapie pozy do przysiadu na własnych piętach nie było zbyt proste zwłaszcza w jej stanie upojenia, więc spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że pewnie nie był to też pełen gracji manewr i niewątpliwie się przy tym parę razy zachwiała. Suma summarum znalazła się znacznie bliżej swojego gospodarza, nosem o cal od jego nosa. Pan auror niech oceni czy mieszanka jaśminu, alkoholu i kawy mogła zostać uznana za przyjemną.
- A teraz jeszcze raz…- Powiedziała cicho. W jej głosie brakowało tej niemal dziewczęcej nuty, Nie było w nim słodkiej prośby, a jednak brzmiał znajomo - dokładnie tego tonu, pozbawionego wymuszonej uprzejmości, Lorien Crouch czy tam Mulciber używała na salach Wizengamotu.
Nie przerywając kontaktu wzrokowego, poprawiła aurorowi poluzowany kołnierzyk. Nie dotykała go, tak jak harpia nie dotyka swojej dogorywającej ofiary. Miała czas. Miała całą wieczność.
- Jeszcze raz, ale bez niemieckiego akcentu.
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#6
25.05.2026, 17:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.05.2026, 17:32 przez Aaron Andrew Moody.)  
Oplotła się wokół niego jak jaśmin, którego wiotkie pędy wiły się wdzięcznie, pnąc po barierkach balkonu. Jaśmin… Aaronowi kręciło się w głowie od zapachu jaśminu. Zwodniczy był to krzew. Jego kwiaty były niepozornymi, ale przytłaczały zapachem, słodkim, odurzającym wręcz. Nie powinna pachnieć jaśminem. W przeciwieństwie do niej wydawał się tak stonowanym, skromnym wręcz w swoim pełnym prostoty pięknie, a w tej kobiecie nie było nic skromnego. Zbliżyła się do niego budząc do życia świecidełka, którymi była obwieszona. Patrzył na biżuterię, podzwaniającą delikatnie przy gwałtowniejszych ruchach, na odblask złotego naszyjnika na piersi, wznoszącej się i opadającej w rytm jej oddechów. Na kolczyki, które zakołysały się, gdy nieoczekiwanie wsparła się na rękach. Gdy przechyliła głowę w znajomej mu, ptasiej manierze.

Wyciągnął niemal odruchowo ramię, aby podtrzymać Lorien, łagodnie asekurując ją, gdy zmieniała pozycję. Zignorował łaskoczące iskierki magii, przeskakujące między ich ciałami. Wszystko elektryzowało się przez kocią sierść. Zwłaszcza, że ręka Aarona nie oparła się o kibić Lorien tak od razu, lecz trwała w niecierpliwym oczekiwaniu na to, jak blisko zdecyduje się podsunąć. Nie zagarnął jej od razu, nie narzucił bliskości. Nie chciał się spieszyć. Nie lubił się spieszyć. Usiadł w rozkroku, przesuwając nogi tak, aby mogła usiąść pomiędzy nimi. Odstawił butelkę po piwie na ławę, tuż obok tacy z herbatą, nie spuszczając przy tym wzroku z twarzy Lorien. Palce prześlizgnęły się po materiale podwijającej się na udach sukienki, gdy nachyliła się nad Aaronem, łaskocząc go włosami w policzek. Kilka kosmyków wysunęło się z misternego koku spiętego grzebieniem w kształcie złotego znicza. Oto było trofeum, o które kilka godzin temu szukający zabijali się na boisku. Palce aż świerzbiły Aarona, żeby wyciągnąć go z gęstwiny ciemnobrązowych loków. Znicz, mały, trudny do schwytania, a jednak prowokujący do tego swym złotym blaskiem. Schwytać go, oznaczało uwolnić włosy z misternego uczesania. Pozwolić, aby opadły na ramiona, rozpleniły się wokół jak pędy jaśminu… Schwytać go, oznaczało wygrać.
Ale dla Moody'ego to nigdy nie była gra.

"A teraz jeszcze raz", powiedziała cicho Lorien. "Jeszcze raz."

– Przy tak pięknej… – Głos Aarona zadrżał, tak bliski załamania pod ciężarem uczuć, które próbował stłumić. – Przy tobie byłoby to łatwym. – Ulec. Uklęknąć. Powtórzyć słowa, które ktoś inny włożył mu w usta, dlatego tylko, że o to prosiła. Nie, Lorien nie prosiła, zdał sobie sprawę. Lorien rozkazywała.
Sam nie wiedział, kiedy uniósł dłoń. Kiedy ujął jej podbródek, przechyliwszy go swoją stronę, jak do pocałunku. Pozwolił, aby ich nosy delikatnie zetknęły się ze sobą, aby to samo powietrze owionęło lekko rozchylone wargi. Przesunął po nich spojrzeniem. Przesunął po nich kciukiem, tak lekko, jak gdyby dotykał płatków dopiero co rozkwitłego kwiatu. A więc miała w sobie coś z jaśminu, pomyślał. Kruchość podobną jego kwiatom, których płatki pod naporem palców ustępowały miękko, łamliwie.
Nie pocałował jej.
Gdy znowu się odezwał, jego głos był niewiele głośniejszym od szeptu, nie słychać było w nim jednak wcześniejszego drżenia. Była w nim ta sama pewność, z jaką zawsze patrzył jej w oczy.
– A jednak nie byłoby cię tutaj, gdybyś chciała mężczyzny, który łatwo klęka. 

Posłuszeństwo nie mogło być jej językiem miłości. Być może była to myśl narodzona w przystępie szaleństwa, choć umysł Aarona wydawał się tak samo jasnym, jak jasne były kwiaty jaśminu. Spojrzenie miał klarowne, a w jego głosie wybrzmiewała pewność. Nie powodowała nim arogancja. Nie, nie było w nim choćby krzty arogancji, gdy wygłosił przed nią swoją deklarację. Była tylko intensywność. Skupienie. Koncentracja. Tak mówił człowiek, który poświęcił życie zgłębianiu motywacji czarnoksiężników. Wnikaniu w umysły spaczone, zanim jeszcze czarna magia odcisnęła na nich swe piętno. Musiał być do nich na swój sposób podobnym, skoro był w stanie myśleć jak oni. A podobnym był do nich w swojej obsesyjności. Czy to właśnie widziała na dnie jego oczu? Wyglądał tak czasem, gdy podchwycił trop, gdy wiedział, że ma sprawę niemal w garści, jeszcze nie w pełni pod kontrolą, choć kontrola była na wyciągnięcie ręki. Nie o kontrolę tu chodziło. Na kontrolę było miejsce w strukturach Wizengamotu. Tam wznosiły się posady świątyni prawa magicznego. Jego przykazania wpisane były w porządek obrad, w architektoniczną symetrię sądowych sal. To, co Lorien mogła zobaczyć w Aaronie, nie należało do gmachu Ministerstwa, chociaż tylko tam był w stanie to ostatnimi czasy poczuć. Ten szczególny stan ducha, gdy świat zdawał się wręcz wirować od możliwości.
Nawet jeżeli ten świat ograniczał się w tej chwili do wytartej kanapy w jego mieszkaniu.
Mogli więc zasłaniać się kodeksami, obowiązkiem, mienić strażnikami porządku, którego świat tak desperacko potrzebował, ale uległość zawsze była czymś, co wymuszali na innych. Coś, do czego dążyli siłą swych charakterów, nie naturalną inklinacją. Posłuszeństwo nie było ich językiem natywnym. Było tak samo wyuczonym, jak posługiwanie się literą prawa. Oboje doskonale znali różnicę między uznaniem przewagi autorytetu a bezwolnym podporządkowaniem. Lorien, jako sędzia, wydawała wyroki, więc jej język musiał brzmieć autorytarnie. Nie powodowana była w tym wyłącznie kaprysem charakteru, lecz przekonaniem, że jej słowo ma moc ostateczną. Aaron, jak na aurora przystało, z jednej strony wykonywał polecenia wyższej instancji, z drugiej, wymuszał posłuch na innych. Oboje byli ludźmi władzy. Ona przez interpretację prawa, on przez jego egzekucję. Ona przez wyrok, on przez interwencję. Ona przez słowo, on przez czyn.
Oboje odnajdywali się w tej hierarchii. Żyli nią. Potrzebowali jej, bo tylko dzięki temu ich świat nie pogrążył się jeszcze w chaosie. Wielką moc miała ta struktura, a jednak niewystarczającą. To, co Aaron widział w Lorien, nie mieściło się w gmachu Ministerstwa. Nie mieściło się nawet w jej własnym ciele, pokrytym bliznami po piórach, jak gdyby coś próbowało wyżreć ją od środka.

Tak jak w głosie Lorien dało się usłyszeć pogłos pustych sal Wizengamotu, tak w głosie Aarona gościło wspomnienie opustoszałej sali przesłuchań.

W obu tych miejscach należało mówić wyłącznie prawdę, i tylko prawdę.

A prawdą było, że Aaron tak długo nie miał kobiety w ramionach, że było to tak, jak gdyby odkrywał coś po raz pierwszy. Nie był niedoświadczonym młokosem, ale samotność uczyniła go na swój sposób kalekim. Nie umiał wypoziomować wagi żadnego doznania. Dotyk był intymniejszym, bliskość znaczyła więcej, instynkty, których nie używał od lat, budziły się do życia na nowo. Wszystko wydawało się tak obce, a zarazem tak znajome.
Gdy przemówił, był o krok od zrozumienia czegoś, czego nie potrafił dotychczas zrozumieć. O krok od nazwania tego. Słowa wyszły spomiędzy jego warg w pełni uformowane, ale brakowało im puenty, na którą czekał. Może gdyby ją pocałował, może wtedy zbliżyłby się do poznania. Na razie wiedział tylko, że nie chciał sprowadzić do zwykłego pożądania tego, że jej pożądał.
Choć mógłby upić się nią, i zrzucić to wszystko na jaśmin.
W końcu bowiem zapach wyleje się z kwietnych kielichów, tych, których Aaron nie zdoła wychylić samemu. Jaśmin przekwitnie. Pozostanie po nim tylko wspomnienie upojnej nocy, zakorkowane na dnie pustej butelki. Mógłby upić się samym tylko wspomnieniem, chociaż to nie byłoby to samo. Nie z Lorien. Z Lorien chciałby więcej. Wciąż więcej. Nawet gdyby on przestał być pijanym, ona nie przestałaby przecież być piękną. Nie pragnął jedynie przemijającego posmaku kobiety na podniebieniu. Gdyby ulegał takim pragnieniom, może szukałby ukojenia w miejscu innym niż dno butelki.  Nie chciał tego zepsuć, pomyślał Aaron, odsuwając na bok gazetę, którą niechcący przygniótł, przesuwając się po kanapie. Bogowie, tak bardzo nie chciał tego zepsuć.

Odetchnął.

– Przepraszam – wyszeptał. – Przy tobie zapominam, że język miłości jest mi językiem obcym. – A jednak nie cofnął dłoni, swobodnie zaplecionej na jej talii. Wciąż próbował tym językiem mówić, tak samo, jak próbował mówić po włosku, nawet jeżeli robił to nieporadnie, z błędami. Tam gdzie zawodził język, zostawały bowiem gesty. Był delikatnym, gdy odsunął z twarzy Lorien ten jeden kosmyk, który wpadał jej w oczy, nawet jeżeli jego dłoń była szorstką.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#7
07.06.2026, 00:37  ✶  
Powinna się odsunąć.
Naprawdę powinna była się od niego odsunąć. Wykorzystać moment między szeptem, a ułożeniem dłoni na swojej talii; wyślizgnąć się, zbyć go śmiechem. Oprzytomnieć.
Tak po prostu wypadało. Tak byłoby lepiej dla ich obojga. Jedno z nich powinno położyć temu wszystkiemu kres - tu i teraz. Może za parę minut. Może za godzinkę. Może jutro. Może…
Jedyne o czym była w stanie teraz myśleć to to, że Aaron jest kurewsko daleko i wcale jej nie przytrzymywał.

- Tak piękna…
Prychnęła niezadowolona. Piękna? Tylko tyle? Spodziewała się po zaprawionym w bojach Aurorze czegoś bardziej kreatywnego. Była piękna - oczywiście, że była. Odziedziczyła to po matce. Nawet jeśli zasłaniała lustra na swojej drodze, jeśli w snach wciąż i wciąż widziała swoje trupie odbicie, dla postronnych wciąż była tą samą Lorien Mulciber.
Piękno było najnudniejszą z cech, które mógł wspomnieć.
Poprawił się.
Dobrze. Punkt ciężkości się zmienił. Nie chodziło już o twarz, o ciało, o biżuterię, którą zwyczajnie lubiła się obwieszać. Przestał mówić jak gość, któremu dziewczyna się po prostu podoba i jakoś trzeba do niej zagadać, choć miotał się w słowach równie mocno.
Nie przerywała mu.
Zadrżała, gdy ujął jej podbródek. Zapomniała już co chciała, żeby powtórzył. To nie mogło być aż tak ważne, prawda? Rozchyliła delikatnie usta; resztka czerwonej szminki pobrudziła mu kciuk jak tusz, którego używali do zdjęcia odcinków palców od zwykłych złodziejaszków. Ślad pozostał na jego skórze. Sam się naznaczył.
Szalenie jej się to spodobało.

Nawet bardziej niż fakt, że wstrzymał się od pocałunku.
Mężczyźni całowali ją już wcześniej. Pragnęli jej lub jej pieniędzy. Mówili czułe i piękne słówka. Ofiarowywali prezenty, by wkupić się w jej łaski. Ale każdemu z nich brakowało zwykłej cierpliwości.
Wszyscy po kolei uważali, że mogą dostać to czego chcą. Byli zbyt pewni siebie. Wszyscy po kolei zaczynali zachowywać się tak jakby byli zwycięzcami, choć jedną nogą wciąż tkwili na linii startu. A przecież cała przyjemność tkwiła właśnie w tym napięciu; w niedopowiedzeniach; w krótkich chwilach, gdy role myśliwego i zwierzyny zacierały się między sobą.

Pożądanie go byłoby czymś prostszym.
Był w końcu niezgorszym mężczyzną. Może szorstkim w obyciu, ale nie powstrzymywało to zmęczonych życiem pracownic Departamentu przed cichym wzdychaniem pod nosem i uciekaniem spojrzeniem, gdy tylko pojawiał się w zasięgu wzroku.
Lorien mogła się napatrzeć za wszelkie czasy. Może gdyby nie była pijana to coś by nawet zapamiętała. Aaron miał twarz człowieka, któremu życie nie dało nic za darmo. Odrobinę plebejską. Gdyby miała się nad tym dłużej zastanowić. Przesunęła palcami nad jego zarysowaną linią szczęki. Wyżej - nad zapadłe policzki, na skronie, by wreszcie wpleć je w jego jasnobrązowe włosy. Tylko po to, by poczuć drobny dreszcz ekscytacji. W każdej chwili mogłaby zacisnąć palce. Szarpnąć. Odsunąć go od siebie.
– A jednak nie byłoby cię tutaj, gdybyś chciała mężczyzny, który łatwo klęka.
Och. Ktoś tu zaczynał grać nieczysto.
Nie chodziło o same słowa. Te były tylko słowami. Mogłaby je rozebrać na pojedyncze sylaby, sprawić, żeby się nimi udławił, odszczekał je. Mogła analizować wciąż i wciąż jego ton, intencję, ukryte podteksty, choć te ostatnie niemal podsuwał jej pod nos na srebrnej tacy. Robiła to przecież każdego dnia.
Ale w przeciwieństwie do przesłuchiwanych, Aaron nie próbował nawet jej oszukać. Oddał się w ręce pijanej sprawiedliwości dobrowolnie.
- To odważne założenie. Niemal aroganckie.- Powiedziała, drażniąc paznokciami skórę na jego karku. Pewnie gdyby miał dłuższe włosy, dosłownie owinęłaby go sobie wokół palca. Dziwnym przypadkiem przytyk miał w sobie wiele z komplementu, gdy padł z lekko rozchylonych, wykrzywionych w uśmiechu ust pani Mulciber.

Puściła jego przeprosiny mimo uszu. Nie rozliczała go. Nie miała ku temu żadnych podstaw. Po prostu cieszyła się tą krótką chwilą intymności, nawet jeśli ta miałaby trwać tylko do rana.
- "Obcy"? Co pan przez to rozumie, panie Moody?- Spytała cicho. Przysunęła się na tyle blisko, moszcząc się wygodnie między jego nogami, że granica dobrych obyczajów już dawno została przekroczona. Aaron wreszcie trzymał ją w talii, stabilnie, mocno ale nie zbyt mocno; jak na kogoś kto kobiety dotykał przed paroma wiekami (nie zaprzątała sobie głowy matematyką i odliczaniem od kiedy nosi żałobę po pierwszej żonie) całkiem pewnie.
Obie dłonie miała już wsparte o jego ramiona.
- Ale w Czarownicy napisano, że każdy jakiś zna! Nie powiesz mi, że kłamią?- Złapała głębszy oddech zszokowana samą insynuacją.- Czego ja powinnam chcieć, hm? Kogoś kto będzie mnie obsypywał pięknymi słowami.- Zmrużyła powieki. Trochę jak kot, który czuje się bezpiecznie i zaraz zacznie mruczeć.- Ale takimi naprawdę ładnymi. Starannie dobranymi. Albo kogoś kto z rozkoszą odda się aktom służby i każdym dobrym gestem będzie dawać mi dowód swojego oddania? Może powinnam chcieć prezentów? Kwiatów? Błyskotek? Mężczyzny, który gotów będzie wybrać wieczór ze mną nad kolejne nadgodziny? Może tego właśnie powinnam szukać.
Ostatnie słowa wypowiedziała tak cicho, że zmieszały się z jej własnym oddechem. Zamarła nieruchomo trzymając usta nie więcej niż cal od jego ust. Nie pocałowała go.
Zamiast tego przesunęła głowę tak by szeptać mu resztę wprost do ucha. Tak na wszelki wypadek, gdyby miał w salonie podsłuch, oczywiście.
- Nie ma nic złego w mężczyźnie, który chce przede mną uklęknąć, Aaronie. W pewnych okolicznościach i sytuacjach jest to co najmniej mile widziane.
Musnęła wargami jego gładko ogolony policzek i… odsunęła się.

Wyślizgnęła się z objęć aurora. Wymknęła spod jego dotyku. Ani się obejrzał a Lorien siedziała dobre pół metra obok, nachylona nad filiżanką herbaty, do której systematycznie dodawała niebotyczne ilości cukru. Kot na nowo umościł się na jej kolanach.

Mam nadzieję, że wycisnęłyśmy co się da z tego zadania i możemy przejść dalej Serduszko
!BINGO C3
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#8
07.06.2026, 00:37  ✶  
Walentynkowe Bingo
adres pola: C3
wariant: 1
typ: KLĄTWA

CO ZA PECH!!

Jedno z was padło ofiarą klątwy poltergeista lub zjadło nieodpowiednią czekoladkę... Efektem jest to, że przez najbliższe godziny nie jest w stanie skłamać w sprawach sercowych. Każde pytanie o uczucia kończy się brutalnie szczerą odpowiedzią, nawet jeśli robi się niezręcznie. Efekt minie samoistnie po dwunastu godzinach lub pomocy klątwołamacza, ale nie możesz usunąć klątwy samemu sobie!
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#9
01.07.2026, 06:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.07.2026, 15:18 przez Aaron Andrew Moody.)  
— Kłamią jak cholera — mruknął pewnie, jak gdyby od niechcenia przesuwając rękoma wzdłuż talii Lorien. W odpowiedzi nachyliła się bliżej, oparłszy się rękami o jego ramiona. — Taka już natura tych pismaków. Wystarczy przeczytać przewidywania przedmeczowe, żeby się zorientować. — Policzek drgnął mu lekko, gdy zdusił uśmiech. Oczywiście, że się z nią droczył. Nie umiał sobie tego odmówić, gdy była taka. W obecności Lorien wrodzona mrukowatość Aarona łatwo dochodziła do głosu, nie wydawała się jednak przytłaczającą. Tkwiła w tym wszystkim dziwna lekkość: nie traktowali tej rozmowy nazbyt poważnie, a jednocześnie nie istniało nic ważniejszego od tego głupiego quizu, w którym pewnie wyszłyby mu te całe "akty służby", nawet jeżeli Aaron nie wiedział do końca, czym były. Wydawało mu się to jednak całkiem logicznym. Auror nigdy nie przestawał być na służbie. Nie tak naprawdę.

Musnęła ustami ten sam policzek, który zadrgał, gdy powstrzymywał cisnący się na twarz uśmiech.

"Nie ma nic złego w mężczyźnie, który chce przede mną uklęknąć. W pewnych okolicznościach i sytuacjach jest to co najmniej mile widziane."

Nie powiedział, że byłoby to czymś złym, a jednak pewną ręką oddzielił człowieka od fantazji o człowieku. Nadał im kształt, aby mogła wypowiedzieć imię, jakie nosił. A jego imię tak ładnie brzmiało w jej ustach. Lorien uroczo przeciągała tworzące je głoski, przypominając łaszącego się kota. Lubił te stworzenia, bo wiele było w nich niezależności. Było w kotach coś charakternego. Może dlatego, że nie ufały łatwo.

— To jakie kwiaty lubisz? — Poza jaśminem i… Trzciną cukrową, pomyślał, przyglądając się, jak Lorien pakuje do herbaty kolejne łyżeczki cukru.

Wydało mu się to zabawnym, bo kawę najchętniej pijała gorzką.


———


Chcesz, żebym została, spytała w końcu, choć w jej ustach nie do końca wybrzmiało to pytaniem: dużo pewności kryło się w tych słowach; lekkim był przecież jej ton. Plasował się gdzieś między rozbawieniem, a pełnym rozbawienia niedowierzaniem. Jak gdyby już znała odpowiedź, a jednak potrzebowała usłyszeć potwierdzenie z jego ust.

Chcę, odpowiedział. Przejechał ręką po twarzy, zanim na nią spojrzał. Policzki mu płonęły. Tym paleniem przypominał o sobie alkohol, chociaż Aaron nie czuł się pijany. Żar w piersi był gorszym od tego w gardle po wypiciu wódki. Zachowywał się poważnie, ale szczególny był to rodzaj powagi. Chcę, powtórzył. Nigdy nie był przecież mężczyzną, który wstydziłby się swoich pragnień, a jednak na przestrzeni lat zapomniał, że wciąż może je mieć.
Właśnie dlatego nie powinnaś zostawać, wyszeptał.


Koniec sesji


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (2722), Lorien Mulciber (2927), Pan Losu (123)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa