09.06.2026, 19:15 ✶
– Sprawdzałem, jak daleko sięga twoja naiwność.
Nie brzmiało to zbyt dobrze, ale szczerość była dla niego o wiele bardziej wartościowa niż siłowanie się z własną głową w celu nadwyrężania złożonej Pani Księżyca obietnicy. Prawda miała go w jakimś sensie wyzwolić. Przysięga wiążąca go z boginią stanowiła prawdopodobnie jedyną gwarancję bezpieczeństwa przy tak irytującym charakterze. Była jednym, co uchroniło go od egzystencji perfidnego łgarza i kłamcy. Uwielbiał przecież na przeróżne sposoby unikać odpowiedzialności, uciekać od zaangażowania i spojrzeń innych. Wmawiał sobie, że to dla ich i jego dobra, ale w glebie duszy wiedział jak bardzo go to umartwia. Kobieta, której powierzył swoje serce zaręczy się zaraz po raz trzeci, a druga strona jego łóżka pozostawała zimna. Wydawało mu się, że nawet powściągliwy i skryty Peregrinus przywiązał się do kogoś w ten sposób, tylko nie dojrzał jeszcze do podzielenia się tą rewelacją ze światem. Nawet kiedy tym światem była ledwie garstka przyjaciół.
Nie chciał nikogo czynić uwiązanym do włóczęgi, ale uwiązywał ich i tak, a później cierpiał razem z nimi. Wbrew temu co mógł pomyśleć o nim teraz Eugene, Dægberht był człowiekiem pełnym ciepła. Skwasił się teraz i napiął, bo cyrkowiec nieświadomie nadepnął mu na odcisk.
Oczy mu błysnęły, nos się zmarszczył. Kiedy ludzie o jego urodzie się gniewali, mogło to wręcz rozbawić – ale ten gniew był realny, a ręce marynarza były o wiele silniejsze niż wskazywała na to delikatna postura.
– Jak mnie nazwałeś? – Głos mu się momentalnie zmienił. Zabrakło w nim piękna, chociaż jeszcze przed chwilą tam było. Zastąpiły je ciężar oburzenia i szorstkość. – Nie nazywaj mnie tak nigdy więcej. I nie jestem dziewczyną.
Nie trzeba było dodawać, że do środka nie wszedł. Stał w progu, z rękoma splecionymi na wysokości klatki piersiowej. Czerwień nie wypełzła na opaloną skórę, ale skoro o herbacie mowa – ktoś kto spróbował niegdyś fasolek Bertiego Botta wiedział dobrze, że do dopełnienia tegoż obrazu oburzonej księżniczki i zignorowania przez wysłannika Matki pytania o nią, brakowało jedynie buchnięcia parą z odstających uszu. Niewątpliwie przypominałby wtedy wkurwiony czajnik. Wypolerowany, błyszczący i rozgrzany aż z niego leciało.
Nie brzmiało to zbyt dobrze, ale szczerość była dla niego o wiele bardziej wartościowa niż siłowanie się z własną głową w celu nadwyrężania złożonej Pani Księżyca obietnicy. Prawda miała go w jakimś sensie wyzwolić. Przysięga wiążąca go z boginią stanowiła prawdopodobnie jedyną gwarancję bezpieczeństwa przy tak irytującym charakterze. Była jednym, co uchroniło go od egzystencji perfidnego łgarza i kłamcy. Uwielbiał przecież na przeróżne sposoby unikać odpowiedzialności, uciekać od zaangażowania i spojrzeń innych. Wmawiał sobie, że to dla ich i jego dobra, ale w glebie duszy wiedział jak bardzo go to umartwia. Kobieta, której powierzył swoje serce zaręczy się zaraz po raz trzeci, a druga strona jego łóżka pozostawała zimna. Wydawało mu się, że nawet powściągliwy i skryty Peregrinus przywiązał się do kogoś w ten sposób, tylko nie dojrzał jeszcze do podzielenia się tą rewelacją ze światem. Nawet kiedy tym światem była ledwie garstka przyjaciół.
Nie chciał nikogo czynić uwiązanym do włóczęgi, ale uwiązywał ich i tak, a później cierpiał razem z nimi. Wbrew temu co mógł pomyśleć o nim teraz Eugene, Dægberht był człowiekiem pełnym ciepła. Skwasił się teraz i napiął, bo cyrkowiec nieświadomie nadepnął mu na odcisk.
Oczy mu błysnęły, nos się zmarszczył. Kiedy ludzie o jego urodzie się gniewali, mogło to wręcz rozbawić – ale ten gniew był realny, a ręce marynarza były o wiele silniejsze niż wskazywała na to delikatna postura.
– Jak mnie nazwałeś? – Głos mu się momentalnie zmienił. Zabrakło w nim piękna, chociaż jeszcze przed chwilą tam było. Zastąpiły je ciężar oburzenia i szorstkość. – Nie nazywaj mnie tak nigdy więcej. I nie jestem dziewczyną.
Nie trzeba było dodawać, że do środka nie wszedł. Stał w progu, z rękoma splecionymi na wysokości klatki piersiowej. Czerwień nie wypełzła na opaloną skórę, ale skoro o herbacie mowa – ktoś kto spróbował niegdyś fasolek Bertiego Botta wiedział dobrze, że do dopełnienia tegoż obrazu oburzonej księżniczki i zignorowania przez wysłannika Matki pytania o nią, brakowało jedynie buchnięcia parą z odstających uszu. Niewątpliwie przypominałby wtedy wkurwiony czajnik. Wypolerowany, błyszczący i rozgrzany aż z niego leciało.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr