26.05.2026, 13:18 ✶
Był piątek trzynastego.
Brenna doskonale o tym wiedziała, bo oznaczyła go kółeczkiem w kalendarzu już na początku roku, żeby przypadkiem nie robić na ten dzień planów. Żadnych spotkań na kawę z koleżankami, żadnych randek (nie żeby jakaś jej groziła), żadnych wypadów na sportowe wydarzenia, żadnych działań dla Zakonu Feniksa, żeby nie zarazić innych członków pechem i żadnych bardzo ważnych działań detektywistycznych (chociaż wyjaśnienie komuś, dlaczego muszą przełożyć nalot na dziuplę przestępców na sobotę mogłoby być trochę trudne). Dlatego w tym terminie zapisała sobie pod tymże kółeczkiem „spotkanie z Basiliusem”. Nie wiedziała jeszcze jak, gdzie i o której, ale była pewna, że się spotkają. Posłała mu nawet na wszelki wypadek karteczkę, czy pamięta, że pewnie widzą się jutro, i żeby nie planował niczego istotnego.
Tym czego nie mogła przewidzieć, planując wszystko tak dokładnie, to były oczywiście czynniki zewnętrzne. Na przykład takie jak ataki śmierciożerców, którzy w piątek trzynastego nie robili sobie wolnego. Z początku oczywiście nikt nie wiedział czy to atak śmierciożerców czy coś innego – sąsiedzi jeszcze przed pojawieniem znaku powiadomili Ministerstwo o jakichś hukach w sąsiedztwie, i… cóż, skończyło się na tym, że Bren pojawiła się na miejscu w drugim rzucie, w samą porę, aby wygrzebać ze zwalonego domu poranionego, nieprzytomnego brygadzistę, który trzymał coś bardzo czarnomagicznego. Brenna nie znała się szczególnie na przeklętych przedmiotach, ale miała niejasne wrażenie, że jak coś było otoczone czernią, i ta czerń wrastała w ciało trzymającego to coś mężczyzny, to prawdopodobnie to było przeklęte.
Miała wielką, wielką nadzieję, że nie stało się to wszystko tylko dlatego, że był piątek trzynastego, i że po prostu ona przez ten piątek trzynastego znalazła się na miejscu.
W każdym razie dość szybko z Little Hangleton trafiła do Munga, pewnie w ramach zasady, że skoro ona już dotknęła przeklętego, to lepiej niech nie robią tego inni, jakby ta cała czerń miała się czepić także ich. Tak oto znalazła się w specjalnie zabezpieczonej izolatce, z Brygadzistą (któremu jeden uzdrowiciel podał jakiś eliksir i rzucił jakieś czary) i czarnomagicznym pudełeczkiem, czekając na Basiliusa. To znaczy na klątwołamacza, ale była całkiem pewna, że to będzie Prewett, nawet jak nikt jej tego nie powiedział.
Brenna doskonale o tym wiedziała, bo oznaczyła go kółeczkiem w kalendarzu już na początku roku, żeby przypadkiem nie robić na ten dzień planów. Żadnych spotkań na kawę z koleżankami, żadnych randek (nie żeby jakaś jej groziła), żadnych wypadów na sportowe wydarzenia, żadnych działań dla Zakonu Feniksa, żeby nie zarazić innych członków pechem i żadnych bardzo ważnych działań detektywistycznych (chociaż wyjaśnienie komuś, dlaczego muszą przełożyć nalot na dziuplę przestępców na sobotę mogłoby być trochę trudne). Dlatego w tym terminie zapisała sobie pod tymże kółeczkiem „spotkanie z Basiliusem”. Nie wiedziała jeszcze jak, gdzie i o której, ale była pewna, że się spotkają. Posłała mu nawet na wszelki wypadek karteczkę, czy pamięta, że pewnie widzą się jutro, i żeby nie planował niczego istotnego.
Tym czego nie mogła przewidzieć, planując wszystko tak dokładnie, to były oczywiście czynniki zewnętrzne. Na przykład takie jak ataki śmierciożerców, którzy w piątek trzynastego nie robili sobie wolnego. Z początku oczywiście nikt nie wiedział czy to atak śmierciożerców czy coś innego – sąsiedzi jeszcze przed pojawieniem znaku powiadomili Ministerstwo o jakichś hukach w sąsiedztwie, i… cóż, skończyło się na tym, że Bren pojawiła się na miejscu w drugim rzucie, w samą porę, aby wygrzebać ze zwalonego domu poranionego, nieprzytomnego brygadzistę, który trzymał coś bardzo czarnomagicznego. Brenna nie znała się szczególnie na przeklętych przedmiotach, ale miała niejasne wrażenie, że jak coś było otoczone czernią, i ta czerń wrastała w ciało trzymającego to coś mężczyzny, to prawdopodobnie to było przeklęte.
Miała wielką, wielką nadzieję, że nie stało się to wszystko tylko dlatego, że był piątek trzynastego, i że po prostu ona przez ten piątek trzynastego znalazła się na miejscu.
W każdym razie dość szybko z Little Hangleton trafiła do Munga, pewnie w ramach zasady, że skoro ona już dotknęła przeklętego, to lepiej niech nie robią tego inni, jakby ta cała czerń miała się czepić także ich. Tak oto znalazła się w specjalnie zabezpieczonej izolatce, z Brygadzistą (któremu jeden uzdrowiciel podał jakiś eliksir i rzucił jakieś czary) i czarnomagicznym pudełeczkiem, czekając na Basiliusa. To znaczy na klątwołamacza, ale była całkiem pewna, że to będzie Prewett, nawet jak nikt jej tego nie powiedział.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.