• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic Ministerstwo Magii v
1 2 3 4 Dalej »
[noc, 22.09.1972] Biblia ludzkich błędów i słabości

[noc, 22.09.1972] Biblia ludzkich błędów i słabości
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#1
26.07.2026, 13:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2026, 13:13 przez Aaron Andrew Moody.)  
Ministerstwo Magii

W razie czego, jesteśmy w kontakcie, rzucił Aaron, odprawiając do domu swojego towarzysza. Wszyscy mówili do niego Nowy, chociaż Nowy przestał być "nowym" jakieś dobrych kilka lat temu, kiedy zdał testy aurorskie. Wciąż nie utracił jednak młodzieńczego zaangażowania właściwego ludziom głęboko wierzącym w sens służby pełnionej na rzecz kraju. Im, pomyślał nieco cynicznie Moody, oraz stażystom w pierwszym tygodniu pracy. Niech Nowy nacieszy się dzisiejszym świętem, postanowił. Niech się cieszy póki może, bo dzisiaj w nocy i tak czeka ich wspólne kiblowanie na dyżurze. A zawsze to przyjemniej było odbywać służbę, mając w odwodzie resztki kolacji. Nowy niedawno się ożenił, nie wyszedł więc jeszcze ze swoją żonką z fazy miesiąca miodowego. Z gadki wynikało, że była to kobieta godna szacunku, taka z gatunku porządnych… Z gadki wynikało, że w Nowym bardzo zakochana. Aaron spodziewał się więc, że Nowy wróci objuczony skrzętnie zapakowaną wałówką, której zapewne wystarczy, żeby obdzielić pół Biura Aurorów. Zakochane kobiety nie znały umiaru w takich rzeczach. Zakochani mężczyźni również. Nowy wciąż wplatał przecież imię żony w każdą możliwą rozmowę.
Nie, nie było sensu, żeby oboje siedzieli na baczność w biurze, zwłaszcza, że nic wielkiego się nie działo. Aaron na bieżąco kontrolował przecież sytuację. Pozostałych w biurze brygadzistów powysyłał samopas na rutynowe interwencje. Tych zawsze było więcej w święto. Kilka naruszeń porządku publicznego, zakłócanie ciszy nocnej, kolejne instancje kłótni w rodzinnym gronie, które należało mimo wszystko sprawdzić, podobnie jak i łzawe zgłoszenia o przemocy w domu… Nic, co mogłoby być przedmiotem zainteresowania aurora.
Nie lubił czytać raportów z tych wezwań.
Nie dlatego, że czuł potrzebę wywyższenia się ponad brygadzistów pozycją czy doświadczeniem zawodowym: dobrze wspominał przecież młodość w dochodzeniówce, ale za robotą krawężnika zwyczajnie nie przepadał. Można było stracić wiarę w ludzkość, gdy codziennie trzeba było babrać się w tym samym gównie. Zło posiadało w głowie Aarona swoją gradację, a hierarchia ważności popełnianych wykroczeń nie zawsze korespondowała u niego z tą wyznaczoną przez akty prawne. Oczywistym było, że na szczycie niegodziwości znajdowali się ci, którzy dopuszczali się zbrodni przeciwko ludzkości. Grindelwald i jego naśladowcy, którzy próbowali pogrążyć w chaosie cały świat, wraz z całym jego prawodawstwem oraz wartościami, po to tylko, aby ustanowić własny porządek. Masowe mordy, gwałty. Ludobójstwo. Zbrodnie wojenne. Systemowe niewolnictwo, tortury i prześladowania prowadzone na masową skalę. Po nich następowało całe spektrum mniejszych niegodziwości. Z tym najczęściej musiał mierzyć się Moody. Człowieczeństwo oskalpowane, odarte że skóry. Obmierzłe, otoczone odorem spaczenia tak silnym, że aż zaczynały łzawić oczy. Seryjne i wielokrotne zabójstwa. Te ze szczególnym okrucieństwem. Te na tle rytualnym. Te na tle ideologicznym. Te bez żadnego tła. Te dokonywane tak po prostu. Porwania i gwałty. Handel ludźmi i istotami magicznymi. Tortury, okaleczenia, brutalne napaści. Jeżeli mugole byli rasą kreatywną, co dopiero mógł powiedzieć o czarodziejach, którzy mieli dostęp do mocy magicznej? Przestępczość zorganizowana miała nieco inną specyfikę, podobnie jak oszustwa na wielką skalę, szantaże, korupcja oraz przemyt. Wszystkim tym żył, wszystkiego doświadczył… Może dlatego był tak zgorzkniały. Dawno przecież utracił przywilej posiadania złudzeń.
Stworzenie najbardziej przez Aarona znienawidzone znajdowało się jednak na samym dnie hierarchii zła.
Tym stworzeniem była wsza.
Nie dało się o wszy powiedzieć nic pozytywnego poza tym, że istniała. Sensem jej istnienia było natomiast pasożytować. Żywić się innymi, rozmnożyć, a potem zdechnąć. Wsza była mała, trudno było ją wypatrzyć gołym okiem: dopiero swędzący łeb sprawiał, że człowiek przypominał sobie o jej obecności. Nawet wtedy niełatwo było jednak takiej wszy się pozbyć. Chowała się między włosami, wychylając się czasem tylko, aby bezczelnie ugryźć w skalp.
Nadpsuć jeszcze trochę krwi.
Na tym jednak problem się nie kończył. Wszy przenosiły bowiem choroby. W czasie pierwszej wojny światowej wszy okazały się groźniejszym przeciwnikiem niż żołnierze wrogiej armii: więcej umarło z powodu przenoszonej przez nie gorączki okopowej, niż za przyczyną ran zadanych w bitwie. Po co takie coś w ogóle żyło, taka wsza? Aaron Andrew Moody powiedziałby, że po to, żeby rozgnieść ją pięścią. Innej odpowiedzi na to pytanie nie znajdował. Przez wszy chorowało bowiem całe społeczeństwo. Nie dało się tej choroby zdusić, dopóki nie pozbyło się wszy. Było to zadanie żmudne, chociaż przeciwnik nie stanowił w żadnym razie wyzwania: siła jego leżała w liczebności, w jego dojmującej nieistotności. W tym, że był zbyt mały, żeby zwrócić na siebie uwagę, zadawał rany zbyt powierzchowne, żeby potraktować go poważnie, a jednocześnie zbyt był powszedni, żeby zwycięstwo nad nim zasługiwało na jakąkolwiek celebrację.

Korolev był w jego oczach właśnie taką wszą.

Może dlatego Aaron tak straszliwie nie cierpiał wszystkich tych drobnych złodziejaszków, kanciarzy i oszustów. Nie znosił sutenerów, prostytutek, handlarzy żywym towarem. Obrzydzeniem zdejmowali go lichwiarze, naciągacze oraz alimenciarze. Nienawidził mężów, którzy tłukli swoje żony, tak, że musiał zbierać od nich zeznania w obecności uzdrowiciela. Nienawidził ojców, którzy robili to samo swoim dzieciom. Nienawidził ćpunów, handlarzy narkotykami i wszystkich tych, którzy żerowali bezwstydnie na ludzkiej słabości, jak gdyby sycić się umieli wyłącznie cudzą niedolą, paść brzuchy cudzym upodleniem.
Wreszcie, nienawidził świata, za to, że im na to pozwalał.

Zło dla wielu ludzi było czymś odległym. Czymś, o czym zwykło się czytać na kartach podręczników historii, gdy już pozwolono mu nabrać wystarczającego rozmachu. Zło było czymś historycznym, czymś monumentalnym. Pomnikiem mijanym codziennie w drodze do pracy, znajomym, a jednak kompletnie zapomnianym. A jednak imię Grindelwalda wciąż budziło w ludziach grozę. Pamieć o jego czynach była wciąż żywą. Złe były to czasy, kręcili głowami starsi czarodzieje. Zło stawało się monumentem przeszłości, czymś abstrakcyjnym, niewyobrażalnym w swojej złożoności i potędze.
Aaron uważał, że zło było przerażająco wręcz banalne. Zło było czymś codziennym, spowszedniałym wręcz, a przede wszystkim: zło było małym. Tak małym, że świat przywykł do jego ignorowania, udzielając tym samym przyzwolenia na jego istnienie.
Grindelwald stawał się w jego oczach Korolevem. Korolev stawał się w jego oczach Grindelwaldem.
Wiedział, że nie wytrzymałby, gdyby dzień w dzień przyszło mu widzieć to wszystko. Wiedział, że w końcu by się złamał, i jakąś wszę po prostu zapierdolił.

Nie poruszył się, gdy podchwycił odgłos znajomych kroków na korytarzu. Nie musiał patrzeć w stronę drzwi, żeby rozpoznać, do kogo należą.

Ach, pomyślał, odchyliwszy głowę do tyłu. Przymknął na chwilę powieki, przetarłszy zmęczone oczy dłonią, w której trzymał tlący się papieros. A więc przyszłaś mnie osądzić?

Odwrócił twarz w stronę kobiety, gasząc papierosa w stojącej na biurku popielniczce, w której kąpał się papierowy dementorek.

Czy rozproszyć moje myśli?

— Lorien. — Obrócił jej imię na języku, jak gdyby zastanawiał się, czy pasowałoby do posmaku krwi, jaką za jego przyczyną utoczył. Wyprostował się, a jednak nie wstał z krzesła: wciąż siedział rozwalony w swoim miejscu, chociaż odsunął się od biurka, aby patrzeć na nią na wprost. Na bok odłożył nawet dokumenty, żeby mogła oprzeć się wygodnie o blat… A potem zamknął drzwi zaklęciem. Nie potrzebowali dystrakcji. — Pamięta pani jeszcze naszą rozmowę o naturze człowieczeństwa? — spytał takim samym tonem, jakim zwykł mówić o pogodzie za oknem. Nie spuścił choćby na chwilę oczu z jej twarzy. Było w jego spojrzeniu coś bezwzględnego. Patrzył na nią hardo, a jednak pozwolił jej górować nad sobą. Wyglądał jak gdyby powziął jakieś postanowienie. — Powiedzmy, że przemyślałem sprawę — rzucił. — Zgłoszenia, mam na myśli. Powiedziała pani, żebym nie zgłaszał sprawy, jeżeli zamierzam obstawać przy swojej definicji człowieczeństwa. — Jeżeli zamierzam trwać w przekonaniu, że zbrodnia popełniona przez przyjaciela bliższego mi niż brat zasługuje na lżejszy wymiar kary niż ta popełniona przez Koroleva. — "Jaka jest różnica między atakami Koroleva i Longbottoma na coś co nie jest w pana odczuciu człowiekiem?", spytałaś. — Wówczas wzburzony był tym pytaniem, teraz jednak bił od niego spokój. Jak gdyby w zamyśleniu obracał różdżkę między palcami, jego spojrzenie pozostało jednak czujnym. — Kazałaś spalić zeznanie, jeżeli uznam, że tylko jednemu z nich należy się Azkaban. Nie posłuchałem. — Nie przestał na nią patrzeć. — Zgłosiłem sprawę, bo to było właściwym. Być może wolałabyś, abym postąpił inaczej. A jednak nie zwykłem uzależniać swojego postępowania od poczucia urażonej dumy. Twoje pytanie sprawiło, że zacząłem się zastanawiać. Zmusiło mnie do rozważań. Potrzebuję teraz, żebyś rozważała ze mną. Powiedz mi, Lorien… — Zacisnął nagle palce na różdżce, aż pobielały. Zamiast jednak obracać ją dalej w rękach, zwyczajnie odłożył różdżkę na biurko, jak gdyby utracił wszelkie zainteresowanie jej użyciem. Różdżka Koroleva, z którym poradził sobie na krótko przed spotkaniem Zakonu, tkwiła już w pełni zabezpieczona w złożonym przez aurora materiale dowodowym. — Gdyby to samo zrobiono Korolevowi w pani sprawie. Gdyby odpowiedziano na jego zbrodnię w sposób adekwatny… Zaaresztowałaby pani tego człowieka tak jak Woody'ego? — spytał tonem niby to czysto konwersacjonalnym, a jednak przepełnionym chłodnym, służbowym konkretem. Tak musiał brzmieć głos kata, który czekał na wydanie rozkazu stracenia. Była w nim ostrość topora wzniesionego ponad szyję ofiary. Była w nim także obojętność uciętej na szafocie głowy. — Gdyby działał z pełną protekcją ministerstwa, w granicach wyznaczonych przez prawo. Granicach, które mają tendencję rozmywać się jak siniaki na skórze. Zrobiłaby to pani?

Uniósł wolną dłoń zanim zdążyła otworzyć usta, jak gdyby chciał powstrzymać ją przed odpowiedzią.

— Tak czy nie? — zażądał.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
Little miss borderline
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#2
26.07.2026, 16:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2026, 16:52 przez Lorien Mulciber.)  
Nie pamiętała kiedy dokładnie opuściła Mulciber Manor. Pożegnała się z Charlotte, a potem… po prostu wyszła. Zniknęła im wszystkim z oczu. Poszła na spacer na cmentarz. Zajrzała na wrzosowiska. Chciała być sama - teleportowała się więc w miejsce, gdzie samotnością można było się wręcz udławić. Na Pokątną. Gwarna ulica pełna była kolorowych świateł, świątecznych zapachów i rodzin, które zmierzały do domów ucztować i bawić się aż do rana.
Nogi zaprowadziły ją do niemagicznych dzielnic, wprost do Ministerstwa Magii. Do budki telefonicznej. W dół. Przez praktycznie opustoszałe Atrium. Na II piętro. Do jej gabinetu. Jedynego miejsca na świecie, gdzie jej obecność nie była kwestionowana.
Zatrzymała się przed uchylonymi drzwiami Biura Aurorów. W środku świeciło się światło. Jaka była szansa, że go zastanie w środku?
Rozum podpowiedział jej, że całkiem spora. Serce, że praktycznie żadna, bo otoczony innymi nieszczęśnikami, którzy nie dostali urlopu na Mabon, równie dobrze mógłby być dla niej nieobecny. Mimo to pchnęła drzwi i przystanęła na progu.

Lorien.
Zatrzymała błądzący po chwilowo opustoszałym Biurze wzrok na biurku Moody’ego. Przez chwilę nawet ucieszyła się, że go widzi. Przyszła przecież po prostu go zapytać czemu nie spędza świąt z rodziną i zaproponować, że przyniesie kawę. A potem zamknął za nią drzwi.
- Pamięta pani jeszcze naszą rozmowę…
Nie musiał kończyć. Pamiętała. Ale pamiętała też, gdy spytał jakie lubi kwiaty; jak niby przypadkiem splótł ich palce razem na meczu Quidditcha; jego proste chcę.
Nie potrafiła pojąć czemu na nią tak teraz patrzy. Byli przecież sami. Jaką bitwę chciał tym razem wygrać? Z kim walczył? Z nią? Z samym sobą? Potrzebowała chwili, by zrozumieć, że siedzi przed nią auror nie Aaron.
Kiedy jednak to sobie uświadomiła, wszystko stało się oczywiste. Gdyby wiedziała, że przyjdzie jej rozmawiać z odznaką i upartym starym osłem, nie przyszłaby wcale. Nie dzisiaj.

Podeszła jednak bliżej, wsparła się o blat.
Teraz mógł jej się naprawdę przyjrzeć. Wciąż była ubrana w szatę, w której pojawiła się na kolacji w Mulciber Manor. Przedpotopowej, niemodnej, zdartej z trupa jakim była młoda Selina Ayers. Ciężki atłas w odcieniu jasnej żółci otulał jej drobne ciało, szeleszcząc przy każdym kroku. Nie unosiła spódnicy, pozwoliła jej zbierać kurz z kamiennej posadzki Ministerstwa Magii, tak jak chwilę wcześniej - pył z londyńskiej ulicy. Brud przylepił się do bogato zdobionego rąbka sukni, która nigdy nie powinna być noszona na zewnątrz. Gdzieś zgubiła jeden ze srebrnych guzików przy kołnierzyku. Może odpadł, może oderwała go i wręczyła żebrakowi, którego spotkała skulonego w zaułku za Dziurawym Kotłem.
- Zgłosiłem sprawę, bo to było właściwym.
- Hm.- Mruknęła pod nosem. Czego od niej w tym momencie oczekiwał? Gratulacji? Orderu Merlina I klasy? Całusa w policzek? Nadal nie rozumiał, że tak naprawdę nie było żadnego wyboru? Akta musiały zostać złożone. Koło musiało zostać wprawione w ruch, a Korolev musiał ponieść karę za atak na sędzię Wizengamotu. Na Ministerstwo Magii.
Jeśli nie on, to ktoś inny spisałby jej zeznania.
Dała mu po prostu szansę, by wybrać stronę. Wybrać ją.
Wcale nie chciał towarzysza w swoich rozważaniach. Naprawdę, ktoś taki jak Aaron Moody nie potrzebował, żeby ktoś mu odpowiedział na pytanie gdzie leży granica usprawiedliwialnej  przemocy. Sam sobie na to odpowiedział wiele lat temu. Była tylko katalizatorem wydarzeń, które musiały się rozegrać, by Aaron tę granicę po prostu przekroczył, tak jak przekroczył ją niegdyś Clemens Longbottom. Tak jak przekroczył ją Korolev.
Byli siebie warci.

Patrzyła na jego uniesioną dłoń… zwyczajnie obojętnie, bez cienia gniewu czy urazy. Nie zapowietrzyła się jak to czasami miała w zwyczaju, nie uniosła z niedowierzaniem brwi. Po prostu poczekała aż zaspokoi potrzebę dominowania nad wszystkim w tym Biurze, włącznie z nią. Męska próżność była momentami tak cholernie męcząca.
Przypominał jej teraz Richarda. On też próbował ją uciszyć zanim w ogóle otworzyła usta. Ale nie było tu jej brata. Musiałaby walczyć sama. Przed rozwalonym na krześle aurorem, który nawet nie zdobył się, by wstać jej na przywitanie i ucałować dłoni, nie miała już sił świecić swoją pozycją. Naiwnie przecież wierzyła, że nie musi.
Prawdą było to, że Aaron Moody mógł żądać czegokolwiek jego dusza zapragnie. Nie on pierwszy, z pewnością też nie ostatni. Ludzie nieustannie czegoś od niej chcieli - czasem były to rzeczy przyziemne - pieniądze, uczucia, głos w tej czy innej sprawie. Innymi razy potrzebowali zapewnień, usprawiedliwienia dla swoich czynów i wyznaczenia pokuty. Kto jak nie sędzia mógł ułaskawić ich czyny? Takie było ich prawo. Takie było jego prawo. Prawem Lorien było natomiast te żądania kompletnie zignorować. I to właśnie zamierzała zrobić.

Zamiast mu odpowiedzieć, wyciągnęła po prostu swoją dłoń w stronę popielniczki.
Zwabiony znajomą magią dementorek, otrząsnął się z popiołu i uczepił jej palca, wbijając kościste paluszki. Nie odrywała od niego wzroku, gdy się wspinał, mozolnie walcząc z każdym jej ruchem. Z kieszeni szaty wyciągnęła miniaturową klatkę sprezentowaną jej tego wieczoru przez Philomenę. Zamknięty w niej od niemal dwóch dekad zabawkowy mag podzwaniał nieszczęśliwie łańcuchami. Odstawiła zabawkę na biurko aurora, przysuwając do niej zachwyconego dementorka, który natychmiast zapomniał o swojej kąpieli w popielniczce. Zamiast tego zawisł na kratach, próbując dosięgnąć do maga, gdy ten skulił się w kącie. Oto był ich wymiar sprawiedliwości. Ot, dziecinna zabawa.

- Lubi pan, panie Moody używać prostych słów do określania trudnych spraw. Decyzji, których nie sposób w ten sposób opisać. Sprowadź je do tak czy nie, eliminuj argumentację, a to co nazywasz “rozważaniem” zmieni się w upośledzone gdybanie. Może nie różnisz się od tych, których mój ojciec usypiał swoimi przemowami na sali sądowej. Jakie to kurwa rozczarowujące.- Powiedziała wreszcie. Ciekawe czy on zapamiętał co mówiła mu o aparacie pojęciowym. Dopiero teraz zdecydowała się w ogóle spojrzeć w jasne oczy aurora.
- Czyją chcesz odpowiedź Aaronie. Sędzi czy kobiety? Która mniej cię zawiedzie?
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#3
31.07.2026, 05:46  ✶  
Aaron Andrew Moody był człowiekiem, który zajmował miejsce. Nie potrzebował przy tym rozpychać się łokciami, zwaliście górować nad innymi, domagając się posłuchu. Nie potrzebował przewagi wzrostu ani siły. Nie było w nim męskiej potrzeby ekspansywności. Aaron Andrew Moody po prostu był. Jego męskość wyrażała się nieustanną obecnością, nie nagłymi porywami gniewu. Gdy był gniewnym, wtedy był przerażający jak lew nemejski szykujący się do skoku. A jednak to nieruchomy ucisk na gardziel stwora pozwolił herosowi zwyciężyć go w potyczce. Może dlatego Aaron wolał poruszać się wolno, jak gdyby świadomy był każdego gestu. Ruchom jego brakowało wystudiowanej kontroli maszyny, za jaką chciał uchodzić: ciało napędzała krew, nie olej; składał się ze ścięgien i stawów, i mięśni rysujących się pod skórą, nie z systemu przekładni, poddających się odgórnym wskazaniom misternie skonstruowanego mechanizmu. Miał w sobie naturalność, niemożliwą do podrobienia grację drapieżnika. Owszem, było w Moodym coś zwierzęcego. Coś w napięciu mięśni, w czujności spojrzenia; w płynnych ruchach dostrojonych do otoczenia. Wyzbyty był jednak ordynarnej brutalności, jaką potrafili obnosić się mężczyźni jego pokroju. Nie było brutalności w sposobie, w jakim poruszył barkami, aby rozluźnić ramiona. Nie było jej w tym, jak zadarł głowę do góry, odsłaniając drgającą grdykę. Wreszcie, nie było w nim agresji z rodzaju tych nachalnych, krzykliwych. Był w nim spokój. Była miękka elegancja, z jaką przechylił głowę, nie przestając przypatrywać się przy tym Lorien. Nawet w sposobie, w jakim rozwalał nogi, swobodnie rozpierając się w krześle, była pewna godność. Jego dłonie wyglądały na szorstkie, zniszczone — jak gdyby dużo pracował manualnie — palce miał jednak zaskakująco długie, smukłe wręcz. Dłonie, które bardziej przystawałyby artyście niż aurorowi, choć zdobiące je odciski nie pochodziły od trzymania pędzla. Pochodziły od różdżki, którą zwykł dzierżyć tak samo pewnie jak swą głowę. Postawę miał dumną, ale swobodną. Odchylił się w krześle, gdy Lorien podeszła bliżej, jak gdyby potrzebował spojrzeć na nią z perspektywy. Objąć wzrokiem drobną postać wspartą o zawalone papierami biurko. Gdy wsparła się o nie w szeleście fałdów sukni, w zatrzęsieniu atłasowych falbanek, na których osiadł pył i błoto londyńskiej ulicy, wtedy poczuł się tak, jak gdyby wszystko w jego życiu było na swoim miejscu.

Życie Aarona Andrew Moody'ego można byłoby bowiem zamknąć w tym jednym biurku. Biurku miejscami nieco odrapanym, ale wciąż solidnym, zbyt ciężkim, aby dało się je przesunąć bez użycia magii. Gładki blat dawno temu powleczony został magicznym impregnatem, nadającym drewnu wytrzymałość. Musiał być wytrzymałym, aby nie ugiął się pod ciężarem wszystkich złożonym na nim gratów.
W pewnym sensie biurko Aarona Moody'ego było swoim właścicielem.
Zawsze brał na siebie dużo, ale był w stanie to unieść. Umiał odnaleźć się w panującym wokół bałaganie. Wbrew pozorom wszystko tutaj miało swoje miejsce: tak na biurku, jak i w jego życiu. Oto były więc piętrzące się w stosach akta, spraw wciąż jeszcze trwających, jak i tych dawno już zamkniętych. Jeden ze stosów wieńczył stary, przedpotopowy sprzęt do nagrywania, na którym odsłuchiwał taśmy z przesłuchań. Szczęśliwie, brudnych kubków po kawie ubyło, bo na święto wypadało jednak trochę ogarnąć: jeden tylko czaił się obok organizera na dokumenty, schowany za raportami z pracy terenowej oraz wycinkami z kroniki kryminalnej. "Król w żółci", głosił nagłówek jednej z gazet, dawno już pożółkłej ze starości. "Pogrzeb, na którym zabrakło zmarłego" należał do nowszych spraw, podobnie jak "Siedem grzechów głównych", spod których wychylała się nieśmiało "Litania legilimenty". W wielu z nich uczestniczył osobiście, o wielu dowiedział się, przeglądając stare akta w przytłumionym świetle lampki o zielonym kloszu. Ustawiona została na spiętrzonych książkach, aby rzucała światło bardziej z góry. Na samym dole znaleźć można było opasły Kodeks Magicznego Prawa Karnego, wyżej — oprawiony w skórę podręcznik do gry w szachy, opisujący najsławniejsze pojedynki mistrzów szachowych minionych stuleci. Wysłużone Dzienniki motocyklowe Ernesto Guevary, po które Aaron lubił sięgać w wolnym czasie. Ustawodawstwo brytyjskiego Ministerstwa Magii, wydanie sto trzydzieste piąte, z oficjalnym komentarzem Ignatiusa Tufta. A na samym wierzchu… Inżynieria floty morskiej starożytnych Rzymian. W tej jednej książce tkwiło kilka, kolorowych karteczek, które Moody musiał traktować jako zakładki. Jedna z nich przyczepiona była również do klosza lampki. "Stała czujność!!!!!", napisano na niej. Po drugiej stronie biurka, tuż za niewielkim stojakiem z przyborami do pisania oraz kolejnym organizerem, leżały graty. Pudełko na szpargały, z którego wyglądały jakieś pozbawione mocy artefakty bliżej nieokreślonego przeznaczenia. Materiały promocyjne, zostawiane w Biurze Aurorów przez przedstawicieli organizacji pozarządowych. Zakurzona odznaka ojca, która dawno już straciła swój połysk. Medal za odwagę, może nawet dwa. Nie widać było dobrze, bo przykrywał je najnowszy numer gazetki dla pasjonatów wędkarstwa, który Moody zostawił na szczycie pudełkowej graciarni. Na biurku znajdowały się również dwie ramki na zdjęcia, tuż obok zestawu pieczątek oraz popielniczki, w której uwielbiał bawić się papierowy dementorek. Jedna z nich była robiona ręcznie: otaczające ją, nieco krzywe serduszka niegdyś były wściekłe różowe, wyblakły jednak z upływem czasu. Nie dało się jednak równie łatwo pozbyć brokatu, który wciąż czasem odpadał z powleczonych glinką okuć, sypiąc się na różne papierzyska. Łatwo było domyślić się, że ramkę wykonała córka Aarona, widoczna na tkwiącym w niej zdjęciu w objęciach matki i brata. Stare musiało być to zdjęcie, pani Moody nie żyła przecież od ponad dwudziestu lat. Jeszcze starszym było zdjęcie w odpustowej ramce ze wzorem w rybki i muszelki kupionej na straganie nad morzem, dawno, dawno temu. Przedstawiało świeżo upieczonego aurora w towarzystwie jego najlepszego przyjaciela od czasów dzieciństwa. Towarzysza broni, z błyszczącą odznaką detektywa na piersi. A może po prostu brata, którego nigdy nie miał.
Młody Clemens Longbottom miał burzę włosów i uśmiech, który mówił, że świat należy do niego. Do nich. Byli pewni siebie, przekonani o własnej niezniszczalności. Szczerzyli się głupio do obiektywu, głupota była bowiem przywilejem młodości. Wiek nie uczynił ich jednak mądrzejszymi, a dał im tylko więcej zmarszczek. A choć na twarzach, tak jak i na szkle ramki, widać było nieustannie nowe rysy, takowe nie pojawiły się na ich przyjaźni. Aaron i Woody wciąż śmiali się z wnętrza starego zdjęcia, a czasem nawet robili miny ku uciesze papierowego dementorka, który na dobre zadomowił się w biurku aurora. Nawet teraz na szkle widać było odciski dementorzych łapek, które dorysowały młodemu Aaronowi sumiastego wąsa. Oto jakimi psotami zajmowało się stworzonko, gdy akurat nie drzemało we wnętrzu szuflady albo nie terroryzowało figurek magów zamkniętych w klatkach! Wszystko to i jeszcze więcej składało się na mikrokosmos biura Aarona Moody’ego.

A pośrodku tego wszystkiego była Lorien.

Ach, Lorien.

Ciążyć musiała jej ta suknia. Strojna, efektowna. Nie w ten frywolny sposób współczesnej mody, tylko w nieco staroświeckim sznycie, tym, który po trosze sprawiał, że Aaron miał ochotę się uśmiechnąć z przekąsem. Po trosze prowokował go natomiast do wyobrażania sobie, jak suknię z Lorien zrywa. Ostatecznie, jego spojrzenie dociążało ją do ziemi bardziej aniżeli jakakolwiek szata po babce. A jednak nie potrafił powstrzymać fantazji, która wkradła się między jego myśli, przemknęła jak kot między nogami samokontroli, sprawiając, że się potknął. Prześlizgnąwszy się spojrzeniem po brakującym guziczku, zdał sobie sprawę, że nie przeszkadzałoby mu z nią upaść.

Nachylił się bliżej.

"Czyją chcesz odpowiedź Aaronie. Sędzi czy kobiety? Która mniej cię zawiedzie?"

— Chcę ciebie — odpowiedział, jak gdyby była to najoczywistsza rzecz na świecie. — Chcę obu.

Aaron Andrew Moody nie oddzielał. Mężczyzna nie istniał w oderwaniu od aurora. Nie sposób było określić, gdzie kończy się jeden, a gdzie zaczyna drugi. Nawet w jego słowach poufałość nieustannie mieszała się z profesjonalizmem. Nie oddzielał zażartych dyskusji na temat sprawy goblińskiej od żartów, jakie wymieniali nad kawą. Nie oddzielał Lorien w sędziowskiej todze od Lorien z sukienką podwijającą się na udach. Nie oddzielał tej rozłożonej na jego kanapie od tej siedzącej na jego biurku.
Aaron Andrew Moody nie oddzielał. Męskość popychała go w stronę aurorstwa, owszem, ale aurorstwo było tej męskości wyznacznikiem. Młodzieniec chciał stać się aurorem, bo wierzył, że w ten sposób stanie się mężczyzną. Wstępując w szeregi służb porządkowych realizował więc marzenie chłopca. Nie dlatego, że imponował mu mundur czy błyszcząca odznaka, ale dlatego, że wierzył, że każdy mężczyzna winien nosić w sobie pragnienie uratowania świata, a przynajmniej jego kawałka. Chłopiec miał w sobie naiwną wiarę w sprawiedliwość. W to, że trzeba robić wszystko tak, jak należy. Mężczyzna nie wierzył. Nie musiał wierzyć, żeby umieć postąpić tak, jak trzeba. Nie oczekiwał za to nagrody. Nie oczekiwał wdzięczności. Wystarczyło życie w zgodzie z samym sobą. Na tym polegało bycie aurorem, na tym polegało bycie mężczyzną. Należało bardziej być dla innych niż dla siebie.
Może dlatego Aaron Andrew Moody po prostu był. Nie istniała dla niego różnica między aurorem i mężczyzną. Nie był innym człowiekiem w pracy i innym w domu. Nie potrzebował godzić ich ze sobą, bo auror i mężczyzna nigdy nie byli w konflikcie.

— Obie mówią twoim głosem. Czy nie mówią jednocześnie? — A jednak odpowiedź, jakiej mu udzieliły, nie była żadna odpowiedzią.
Aaron pokręcił mimowolnie głową. Ruch był tak subtelny, że ledwie zauważalny. Nie rozumiał, dlaczego ich rozmowa przybrała taki a nie inny obrót. Tak obcym wydawał się ton, jakiego wobec niego użyła, tak odległym. A wydawało mu się, że był kimś, do kogo się zbliżyła. Kimś, kto także próbował się zbliżyć. Dalej postępował już ostrożniej, a jednak… Nie umiał mówić z nią inaczej, jak szczerze. Jego szczerość pozbawiona była jednak okrucieństwa. Gdy znów przemówił, przemówił wyważenie, jak człowiek, który analizuje każde słowo, próbując zrozumieć nieznany mu koncept.
— Nie chcesz używać prostych słów do opisywania trudnych decyzji, a jednak kazałaś mi je opisać właśnie w ten sposób. Złóż akta. Zniszcz akta. Widać aurorom należy wydawać komendy jak najprostsze, tak żeby zrozumieli. Waruj. Do nogi.
Nie wydawał się gniewnym. Próżno było szukać gniewu w jego głosie, spojrzeniu, w postawie. Nie zareagował na wyrzuty Lorien nie tyle dlatego, że były niesprawiedliwymi. Nie zareagował dlatego, że jej wyrzuty zwyczajnie go nie dotyczyły. Owszem, wplotła tam jego imię dla niepoznaki, a jednak nie mówiła o nim.
Gdy to zrozumiał, ściągnął delikatnie brwi, jak gdyby w zaskoczeniu.
Kim dla niej był w tej chwili, jeżeli nie sobą? Nie był przecież ojcem, po którym przejęła schedę sędzi. Nie był mężem, przy którym nie spełniła się jako kobieta. A już na pewno nie był Korolevem, który nastawał na życie jednej i drugiej.
Być może to zabolało go w tym wszystkim najbardziej.
— Mówię więc językiem prostym, jak na prostego aurora przystało. Nikt nie mnie usypia na salach rozpraw, bo nie goszczę na nich, jeżeli nie muszę. Nie jestem sędzią. Tak po prawdzie, Lorien, nie jestem nikim ważnym. Może stąd nie jestem w stanie zrozumieć… Dlaczego tak usilnie próbujesz mi udowodnić coś, co sam już o sobie wiem. Dlaczego zachowujesz się tak, jak gdybyś próbowała mnie poniżyć. — Już był nisko. Od samego początku mogła przecież patrzeć na niego z góry. — Nie wiem, dlaczego moje pytanie sprawia ci przykrość. Nazywaj mnie głupim, jeżeli sprawia ci to, dla odmiany, przyjemność. Tylko odpowiedz mi proszę, jak głupiemu, tak, żebym zrozumiał…

Podsunął dalej leżącą na blacie odznakę aurora, którą wcześniej odpiął od paska od spodni. Gdy odkładał na bok papierzyska musiał przemieścić ją niechcący na brzeg biurka. Nie chciał, aby upadła przypadkiem na ziemię. Oto był jego atrybut, rdzeń jego tożsamości. Dusza, wypruta z piersi i zaklęta w bezużytecznym kawałku metalu z grawerem. Legitymował się nim. Legitymizował się nim. Teraz jednak odznaka leżała dalej niż bliżej. Wciąż mógł dotknąć chłodnej, metalowej powierzchni opuszkami palców. Zamiast tego oparł swobodnie rękę na biurko, patrząc na rozlewające się tuż obok atłasy. Znać było na nich ślady błota. Bawiło Aarona, że jest w stanie określić dzielnicę Londynu, z której pochodziło. Gdyby tylko umiał określić miejsce, z którego pochodziły jej słowa. Bezgłośnie zastukał palcami w blat, po to tylko, aby rozluźnić rękę, odgradzającą Lorien wyjście.

— Tak — powtórzył — czy nie?

Jego dłoń była tak blisko jej dłoni.


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
Little miss borderline
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#4
01.08.2026, 20:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.08.2026, 20:59 przez Lorien Mulciber.)  
Chciała odpuścić. Bogowie jedni wiedzieli jak bardzo! Próbowała sobie wytłumaczyć, że pochodzą z kompletnie różnych światów, a Aaron nie musi być być zaznajomiony z ich obyczajami.
Może Longbottomowie, z którymi żył w tak bliskich relacjach, praktykowali mniej formalny sposób bycia i nie przywiązywali aż takiej wagi do gestów jak czyniono to w jej rodzinie. Ale ona przywiązywała. No i tu leżał pies pogrzebany, bo gdyby Aaron chciał, to by się nauczył. Miał na to całe życie i około 96 godzin od czasu ich pierwszej “nie-randki”. Na jej gust to wystarczyło, żeby przestudiować od deski do deski podręcznik savoir-vivre dla czystokrwistych młodzieńców.
Zwłaszcza, że tu nie chodziło o samo ucałowanie dłoni na przywitanie. Nie chodziło nawet o to, że nie wstał. Chodziło tylko i wyłącznie o to, że potraktował ją jak pierwszego lepszego gościa i pech chciał, że zrobił to w dniu, gdy przy stole rodzinnym znieważył ją jej własny szwagier.
Pozbyła się mojego brata, sugerowała wydziedziczenie mojego syna. Nie powinna mieć prawa głosu. Nie powinna tutaj siedzieć. Nie należy do naszej rodziny.
Miał rację. Nie we wszystkim oczywiście. Palca nie przyłożyła do śmierci Roberta, bo i po co? Stary głupiec był tylko starym głupcem, który dał jej nazwisko w zamian za coś tak bezużytecznego jak pieniądze. Ale miejsce pani na Mulciber Manor wciąż do niej nie należało. Wszystko to, w co próbowała tak usilnie wierzyć było tylko i wyłącznie zwykłym kłamstwem; słowami bez pokrycia, które Alexandra nic nie kosztowały. Była tylko wdową i żadna sukienka nie mogła tego zmieć. A teraz nawet Moody nie potrafił okazać jej należnego szacunku.
Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że Aaron nie zrobił tego z pogardy - co do tego nie miała żadnych wątpliwości. On tego nie zrobił, bo nawet nie przyszło mu do głowy, że powinien. Należeli do kompletnie różnych klas społecznych. Jak mogła wierzyć, że będą w stanie to przeskoczyć?
- Chcę ciebie. Chcę obu.
A jej chciało się płakać.
Dlatego z początku dalej nic nie odpowiedziała, niebezpiecznie owego płaczu bliska. Zamiast tego, wciąż wsparta o blat biurka sięgnęła po jedną z ramek, tą wykonaną dziecięcą ręką. Nie wiedziała nic o świętej pamięci pani Moody, poza faktem, że nie żyje od ponad dwudziestu lat. Nie żyła, a nadal wisiała nad mężem jak uparty duch. Nie znała dobrze jego córki. Ba, ledwo co kojarzyła jej starszego brata, a przecież miał być wybitnym aurorem pokroju swojego ojca. Mijali się na korytarzach Hogwartu, zawsze sobie obcy. Uświadomiła sobie, że nie wie nic o życiu Aarona Moody’ego ani o jego rodzinie. Rodzina jest najważniejsza, Lorien. Nie było tu miejsca na czystokrwistą babę, w dodatku taką co z granicy życia i śmierci zrobiła sobie skakankę. Nie było miejsca na kolejny problem.
Miał rodzinę - powinien się nią zająć, a nie spędzać samotnie czas w gmachu Ministerstwa Magii. Ona? Zupełnie przeciwnie. Nie miała już absolutnie nikogo komu mogłoby zależeć.
Odstawiła wreszcie ramkę z powrotem na biurko, równie delikatnie co wcześniej, gdy ją podniosła, nie chcąc jej przez przypadek zniszczyć. Czuła lepiący się do palców brokat, ale zignorowała błyszczące drobiny.

- Dlaczego zachowujesz się tak, jak gdybyś próbowała mnie poniżyć.

- Słucham? - Pozwoliła pytaniu zawisnąć na moment między nimi, czując jak ciepło uderza jej do policzków. Nie potrafiła tylko powiedzieć czy nabrała rumieńców z zawstydzenia czy raczej ze złości. Przez chwilę zbierała się, żeby odpowiedzieć cokolwiek sensownego. W dodatku kręcił nad nią z niedowierzaniem głową, zupełnie jakby to ona popełniła absurdalne faux pas.- Sądzisz, że ja próbuję Cię poniżyć, ale ty zachowujesz się w porządku witając mnie bez dozy szacunku?- Nie powinna była tu przychodzić. A skoro przyszła - powinna się po prostu zamknąć. Mimo to mówiła dalej. Nie potrafiła go okłamywać, ba! Nie chciała go wcale okłamywać.- Aaronie, już mi dzisiaj próbowano dać do zrozumienia, że na niego nieszczególnie zasługuję. Ale myślałam, że jest między nami… nie wiem, że między nami jest coś dobrego… Tymczasem od progu traktujesz mnie jak petenta. I to takiego, którego chyba nawet nie chcesz widzieć. Nie pytanie sprawia mi przykrość, a…-  Głos jej zadrżał, więc zamilkła. Nie dokończyła, choć to co chciała powiedzieć było oczywiste. Jeszcze tego brakowało, żeby się tu rozpłakała jak dziecko, bo auror nie zwlókł się na jej widok z fotela.- To bez znaczenia.- Ucięła, biorąc jeden głębszy oddech.

- Obie mówią twoim głosem. Czy nie mówią jednocześnie?

Powtarzała pytanie w myślach raz po raz, niczym zdartą płytę.
- Co jeśli nie mówią?- Zapytała cicho.- Nie ja doniosłam na Woody’ego.- Już to dzisiaj mówiła. Coś podobnego. Nie ja zabiłam Roberta Mulcibera. Pieprzona Sancta Lorien Dolorosa. W jej głosie pojawiła się ta dziwna mieszanka bólu i zmęczenia. Nie patrzyła na niego, ani na ułożoną tuż przy sobie dłoń. Nie zbliżyła się bardziej.- A teraz… Chcę tego czego każda skrzywdzona kobieta. Chcę, żeby Korolev zgnił w nieoznaczonym grobie.- Wyciągnęła dłoń przed siebie. Dziś zdawała się wyjątkowo naga, pozbawiona złotych pierścionków, w których tak lubowała się Lorien. Rozchyliła palce, obracając je powoli w świetle zielonej lampki. Osiadało na skórze miękko, wydobywając każdy staw, żyłę, naderwaną skórkę przy paznokciu, blizny po rozdrapanych ranach i piórach.- Nie chcę żeby umarł. A jeśli już, to niezbyt szybko, tak sądzę. Czy to złe, że chciałabym aby konał przez kolejne dni? To przecież byłaby adekwatna kara za jego zbrodnię. Za wymuszenie mojej przemiany. Chciałabym, by przed śmiercią czuł ten sam ból, który ja czuję, gdy łamią się i mutują kości. Każde jedno rozdarcie skóry. Niekończącą się agonię transmutacji, która cię powoli zabija. Moment, gdy twój umysł przestaje być twój i po prostu zasypiasz, nie wiedząc czy kiedykolwiek zdołasz wrócić. Prawo talionu jest stare jak świat. Jest czymś pierwotnym, naturalnym. Jak mogłabym aresztować kogoś kto powziął taką krucjatę w imię moje? - Zmusiła się do uśmiechu, lekkiego uniesienia kącików ust, jakby sama wizja konającego Koroleva była w stanie uleczyć jakąś cząstkę jej duszy.- Ale nie jestem tylko kobietą. Jestem sędzią i znam nasze prawo. A Aurorzy są przedłużeniem woli Wizengamotu, nie ofiar. Wiesz o tym najlepiej.- Sięgnęła po różdżkę Aarona leżącą na blacie biurka.
Może nie powinna, w końcu ani ona ani właściciel nie należeli do niej. A jednak było coś ekscytującego w przekroczeniu kolejnej granicy. Spodziewała się większego oporu, dystansu między sobą a starą magią zamkniętą w drewnie. Nie było nic takiego. Ważyła ją przed moment w dłoni, wciąż ciepłą i lekko lepką od zaciśniętych nań chwilę wcześniej palców Aarona.
Drewno zdążyło nasiąknąć każdym poprzednim właścicielem.
Z dziada na wnuka, przechodziła przez ręce kolejnych pokoleń aurorów. Przesunęła kciukiem po gładkim trzonku, badając ledwie wyczuwalną fakturę drewna.
Nie należała do niej. Nie powinna się podporządkowywać jej woli. Prostym zaklęciem przywołała do siebie jedno z krzeseł dla petentów. Przez moment - nic. Zaraz potem, krzesło drgnęło, oderwało się od podłogi i poszybowało w ich stronę. Opadło ciężko dokładnie tam gdzie tego chciała. Odłożyła różdżkę z powrotem na blat.
Usiadła, zakładając nogę na nogę.
- “Proces nie jest przywilejem niewinnych. Jest ochroną społeczeństwa przed tym, by o winie człowieka decydował gniew, strach lub siła przeciwników”.- Och z jaką łatwością pani Mulciber cytowała komentarze Ignatiusa Tufta do Ustawodawstwa brytyjskiego Ministerstwa Magii.- Adekwatną karą byłoby zesłanie na Morze Północne. To recydywa. 7-10 lat. Może dożywocie, gdyby dowody były mocniejsze niż zeznania poszkodowanego. Pocałunek dementora - jeśli oskarżony okaże się winny kolaboracji z poplecznikami Voldemorta. Ale prawo nakazuje zapewnić mu proces, a jedynym zadaniem aurora jest go na ów proces doprowadzić. Gdy w tym zawiedzie, gdy nadużyje swojej władzy, gdy sam uzna co jest adekwatną karą i dokona samosądu - wówczas tak, zaaresztowałabym go, choć złamałoby mi to serce. Bo Auror, panie Moody ślubuje stać na straży porządku prawnego reprezentowanej przez Ministerstwo Magii republiki magicznej, nie honoru jednej kobiety.

Nachyliła się w jego stronę, odkładając z powrotem dłoń na biurku. Tuż obok jego. Przypatrywała się mu teraz znacznie uważniej. Studiowała znajome rysy twarzy Aarona, samej nie wiedząc czego w nich szuka. Gniewu? Wyrzutu? Rozdrażnienia? Politowania?  Widziała już wszystko. Przez lata nauczyła się rozpoznawać najdrobniejsze zmiany w spojrzeniu. Wiedziała kto patrzy na nią z obojętnością, w czyich oczach gasła miłość, a kto żałował utraconych lat. Spodziewała się tego i po nim. Może nie w tej chwili, może nie przy kolejnym spotkaniu, ale nie miała złudzeń, że prędzej czy później nadejdzie moment, że Aaron będzie nią po prostu zmęczony. Jak każdy przed nim.
Aaron Moody nie oddzielał, nie dzielił na kawałki. Widział sędzię, widział kobietę, widział pewnie nawet ptaka. Może nawet widział córkę kolegi ze szkolnych lat, choć to z pewnością spychał bardzo głęboko w odmęta podświadomości. Wszystko to, co składało się na jestestwo pani Mulciber. 
- Nie chcę dziś aurora. Nie chcę słuchać o Korolevie.- Powiedziała wreszcie.- Chcę, żebyś mi przyniósł dobrej, mocnej kawy i opowiedział… nie wiem… o statkach starożytnych Rzymian, czy o czym tam czytasz w wolnych chwilach…- Machnęła drżącą ręką w stronę stosu książek. Przygryzła wnętrze policzka.- Chcę ciebie. Jeśli nie możesz mi tego dać, pójdę do siebie.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (3390), Lorien Mulciber (2387)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa