Senka nie do końca jeszcze pojmowała całą ideę i potrzebę, jaka ciągnęła Keyleth w stronę nieustannego wręcz zmieniania swojego wyglądu. Jasne, niektórzy mogli zwracać na nią uwagę, przez wzgląd na jej aparycję, ale według starszej z kobiet, nie było to wystarczającym powodem. Lubiła jej uśmiechniętą buzię, tę nadaną z urodzenia i czasem gubiła się w tym, jak właściwie powinna się do niej zwracać. Czy dzisiaj znowu była Nico, czy może należało się do niej zwracać zupełnie inaczej? Wilkołaczka podejrzewała, że może miało to wszystko związek z jej naturą metamorfomaga - tych niewielu poznała w swoim życiu, ale może ci musieli cały czas się przebierać i zmieniać, kto wie. Nie pytała jednak samej zainteresowanej, z zainteresowaniem przyglądając się poczynaniom, za każdym razem gdy wybierała nową rolę do odegrania. Dzisiejszego dnia padło na dziesięciolatkę i pomijając już całą otoczkę wątpliwości, czy miała być jej matką, ciotką czy starszą siostrą, to sama odnajdywała w niej wspomnienia swojego rodzeństwa.
Szła więc za małą dziewczynką, uzbrojoną w dwa symetryczne warkoczyki, uśmiechając się w odpowiedzi na jej entuzjazm, a do tego spoglądając na znajdujące się dookoła stragany. Ona sama chyba zdążyła się uodpornić na zachwalania i zachęcania sprzedawców, a może wszystko było kompletnie nie w jej guście. Płaszczyki jakieś takie ponure, w kolorach zgniłej zieleni i przejrzałego pomarańczu, a Senka by o wiele chętniej widziała róże, soczyste czerwienie czy nawet jaskrawe żółcienie.
— Teraz to raczej rola mamy, ale ta została w domu z tatą — odpowiedziała sprzedawcy, ubierając do tego przemiły uśmiech. Ten kiwnął głową trochę niepewnie, mierząc ją uważnym spojrzeniem, jakby wciąż dopatrywał się tam kłamstwa. — Wspierające siłę woli? No proszę. A mają jakieś dobre smaki, czy może sama lukrecja? Dwa stoiska dalej pełno było tego, więc jak tu ma być tak samo to chyba będziemy musiały iść dalej…
Blood is rare and sweet as cherry wine