• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[30.08.1972] Śmierć w fikcyjnych opowieściach - tego się nie robi kotu. Przyjęcie.

[30.08.1972] Śmierć w fikcyjnych opowieściach - tego się nie robi kotu. Przyjęcie.
Czarodziejska legenda
She should be sure in her soul that the most terrifying thing in the forest was her.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiedźma, która mieszkała w domku stojącym na kurzych nogach. Jadła dzieci na śniadanie — i prawdopodobnie na obiad i do herbaty.

Baba Jaga
#1
12.08.2026, 16:16  ✶  

Sierpień był niezwykle stresującym czasem dla właścicieli kotów, zamieszkujących w Dolinie Godryka. Cokolwiek czyhało wewnątrz Kniei, sprawiało że zwierzaki czuły się niepewnie, zachowywały się nietypowo, a to były tylko jednej z łagodniejszych objawów problemów, z jakimi borykało się miasteczko. Jednym z poważniejszym, przynajmniej dla strapionych kociarzy, był fakt że ich pupile uciekły z domów – tu jednak z pomocą przyszła grupka ludzi, którzy wyciągnęli pomocną dłoń, kiedy było to najbardziej potrzebne.

Bohaterowie z Doliny Godryka.

Nora, Ambroise i Cornelius, w odpowiedzi na zmartwienia pani Swan, znaleźli jej Karmelka na wrzosowiskach. Ginny, Thomas i jego siostra, zlokalizowali jednego z zagubionych kotów na drzewie. Jonathan i Anthony natomiast, odnaleźli zlęknionego Makbeta i przyprowadzili na ratunek jego właścicielkę. Wszystkie historie dobrze się skończyły, pupile wróciły do swoich domów, a ich przeszczęśliwi właściciele postanowili wyprawić przyjęcie. Data trzydziestego sierpnia została więc wyznaczone, zaproszenia rozesłane i jedyne co należało zrobić, to się pojawić.

Budynek był domem, należącym do jednego z kocich właścicieli. Nie był przesadnie duży, ale swobodnie mógł pomieścić biesiadników, szczególnie że większość imprezy miała dziać się na zewnątrz. Ustawiono tam długi, drewniany stół, który został suto zastawiony smakołykami, tak samo słodkościami jak i nieco bardziej treściwymi potrawami. Znalazło się też coś do picia, a także smakołyki dla pupili, bo kocia zgraja kręciła się tu i tam pod nogami. Skoro mieli świętować, to wszyscy. Wśród zgromadzonych znaleźli się oczywiście właściciele zgub, którym Bohaterowie udzielili pomocy – wszyscy śmiali się, rozmawiali ze sobą żywo i wymieniali jakimiś spostrzeżeniami.

Wszystkich gości witała w progu właścicielka Makbeta, jednego z zaginionych kotków. Oddelegowywała do ogrodu i raz po raz wyrażała swoją dozgonną wdzięczność. Kiedy wszyscy zaproszeni się zebrali, została udzielona wzruszająca przemowa o bohaterskich, pełnych odwagi dokonaniach, miękkich futerkach i niekończącym się mruczeniu zadowolonych milusińskich. Na sam jej koniec każdy dostał wybór, by wybrać sobie któryś z upominków. Do wyboru były amulety i wyciągi z kocimiętki.


Wątek jest wynikiem działań postaci w związku z wątkami rozgrywanych w ramach Polowania na widma. Jest to miejsce, które pozwoli wam na odebranie nagród obiecanych w liście przez wdzięcznych mieszkańców Doliny Godryka. Możecie więc wejść, odebrać nagrodę i uznać to za koniec przygody - całość ma charakter bardziej porządkowy, aby można wam dopisać upominki do Kart Postaci. Jeśli bardzo potrzebujecie, możecie też zadać mieszkańcom krótkie pytania, ale myślę że dobrze będzie uznać że wszyscy są tutaj dla dobrej zabawy i atmosfery, przez co chcą poświęcić się świętowaniu (żeby nie przedłużać).

Do wyboru macie jeden z dwóch przedmiotów:
  1. Amulet dziewięciu żyć – Tradycyjny, celtycki amulet wykonany z dębowego drewna. Ma kształt kociego łebka. Przynosi szczęście – przy upadku z wysokości postać spada na cztery łapy i przeżywa bez odnoszenia obrażeń. Po uratowaniu życia, amulet pęka.
  2. Wyciąg z kocimiętki – Gęsty eliksir o zapachu świeżej trawy i mchu, przypominający aromatem woń torfowisk wokół Doliny Godyka. Zamknięty w małej flaszeczce zapieczętowanej woskiem. Po wypiciu działa przez trzy godziny i pozwala na widzenie w pełnej ciemności. Usuwa wszelkie magiczne efekty oślepiające.

    Proszę was, abyście zaznaczyli pod swoim postem, który wariant wybieracie. Pamiętajcie też, żeby przy odpisie mnie oznaczyć, żebym mogła wam je przekleić do ekwipunku.
@Nora Figg @Guinevere McGonagall @Thomas Figg @Anthony Shafiq @Jonathan Selwyn @Cornelius Lestrange @Ambroise Greengrass-Yaxley

Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#2
Wczoraj, 10:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 12:06 przez Baba Jaga.)  

Guinevere nie umiała odmawiać, gdy znajomi prosili ją o pomoc, i prawdę powiedziawszy w większości odmawiać wcale nie chciała. Tym bardziej jeśli sprawa tyczyła się kotów, które tak sobie ukochała, że przeszła drugi rytuał przemiany w animaga (a był trudny i upierdliwy), wybierając sobie formę kota. Koty również w jakiś sposób ją lubiły, nie uciekały aż tak bardzo jak przed innymi nieznajomymi, być może wyczuwając w niej ten koci pierwiastek, który miał zostać z nią aż do końca. Kiedy więc dostała zaproszenie na to małe przyjęcie dla osób, które zainteresowały się problemem i pomogły odszukać zguby, nie wahała się przed przyjściem. Nie miała może za dużo czasu, wyrwała się z pracy tylko na chwilę, ale uważała że niegrzecznie byłoby odmówić, a poza tym chciała zobaczyć co i jak ze znajdami.

Przywitała się więc z organizatorką przyjęcia i przeszła do ogrodu, co i raz kucając i dając powąchać swoją dłoń kotom, które się tam kręciły. Szukała przy tym wzrokiem Szyszka, po którego weszła na drzewo, ale kot ją wypatrzył (albo raczej wywęszył) pierwszy i przybiegł poocierać się o nogi i na swoją dawkę czułości.

Skubnęła trochę smakołyków, wysłuchała gorącej mowy dziękczynnej, gdy zjawiła się reszta. Porozmawiała też z Thomasem, Norą czy Anthonym, jeśli się w ogóle zjawili, chwilę pogawędziła też z innymi mieszkańcami Wiśniowej, uśmiechneła się do innych, nieznajomych osób, ale w końcu trzeba było wrócić do swoich zajęć. Nim się pożegnała, przyjęła jeden z prezentów i pogłaskała kilka kolejnych kocich łebków, przeciagając chwilę rozstania na kolejne minuty.


Biorę Amulet dziewięciu żyć

Postać opuszcza sesję

adnotacja moderatora
Wpisałam. Teraz będziesz mogła bezpiecznie zeskoczyć z drzewa.  Cool
@Guinevere McGonagall
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
5 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 4 godzin(y) temu przez Dearg Dur.)  
Anthony pojawił się na przyjęciu razem z Jonathanem. Powodem był oczywiście powód - wspólnymi siłami wydobyli Makbetha z kryjówki, choć z całego zajścia Shafiq pamiętał głownie nieudane zajęcie i unoszący się wokół niego smród magicznego tuńczyka. Prawdą było też to, że tego rodzaju kameralne spotkania stanowiły jak najbardziej naturalny element jego codzienności. W pewnym sensie właśnie na tym polegała jego polityczna przewaga – potrafił wejść niemal wszędzie, odnaleźć się wśród ludzi o zupełnie różnych interesach i sprawić wrażenie, że naprawdę jest zainteresowany tym, co mają do powiedzenia. Tego popołudnia Dolina Godryka nie potrzebowała jednak dyplomaty ani urzędnika wysokiego szczebla. Potrzebowała potencjalnego sąsiada, osobę, która bez trudu, niemal odruchowo pochyla się nad potrzebami tych najmniejszych.

Nie lubił kotów, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć.

Ubrał się elegancko, choć na pierwszy rzut oka jego strój miał wyglądać zupełnie niewymuszenie. Jasna, miękka koszula z wysokiej jakości bawełny pozostawała rozpięta pod szyją, rękawy miał nonszalancko podwinięte do przedramion, a spodnie z lekkiej letniej wełny miały krój na tyle prosty, by nie wyglądały na strój urzędnika, i na tyle perfekcyjny, by nikt nie pomylił ich z ubraniem kupionym naprędce na placu targowym. Całość dopełniały skórzane półbuty i cienka, piaskowa szata, obecnie przewieszona przez oparcie jednego z krzeseł. Pieniądze stojące za tym ubraniem były ukryte w jakości materiału, idealnym skrojeniu i zdobnych detalach, ale stanowiły tylko dodatek, do cechującej Shafiq'a pełnej swobody pewności siebie której nie dało się kupić razem z ubraniem. Anthony wiedział zresztą, że strój był dopiero połową pierwszego wrażenia. Drugą stanowił zapach i to bynajmniej nie omyłkowo wyczarowany tuńczyk.

Tego dnia użył jednych z letnich perfum od Potterów, lekkich i świeżych, z bergamotką oraz gorzkawą nutą zielonych liści na początku, po chwili przechodzących w cedr, wetywerię i odrobinę ciepłego bursztynu. Zapach nie był ciężki ani przesadnie formalny, ale pozostawał na skórze wystarczająco długo, by ktoś, kto przechodził obok Anthony'ego, zapamiętał go jeszcze chwilę później. Było w nim przekonanie, że perfumy były równie istotne jak ubranie – stanowiły niewidzialną aurę, ostatni element, dopełnienie wizerunku, którego nie można było zobaczyć, a jednak można było go skojarzyć z konkretną osobą i uczuciami, które wzbudzała.

Najbardziej zdradliwym elementem całej stylizacji okazał się jednak złoty sygnet. Anthony obracał go między palcami niemal bezwiednie, przesuwając kciukiem po wygrawerowanych insygniach Ministerstwa - ledwie iluzji przesłaniającej szalkową wagę. Robił to już od wejścia i przestał, tylko po to, by po kilku minutach zorientować się, że znowu zaczął. Sygnet był pamiątką po latach spędzonych razem ze szkolnymi przyjaciółmi, symbolem młodzieńczej obietnicy, że niezależnie od tego, dokąd zaprowadzą ich ambicje, pozostaną po tej samej stronie. Na dobre i na złe. Przez całe lata ten gest był dla Anthony'ego czymś uspokajającym, niemal mechanicznym. Pamięcią o tym, że istniało na świecie bezgraniczne zaufanie. Że były w świecie osoby, przed którymi mógł po prostu milczeć. Być sobą.

Dzisiaj jednak złoto przesuwało się między jego palcami trochę częściej.

Bo obok niego stał Jonathan, właściciel drugiego sygnetu, na którym dla odmiany ukrywała się pod iluzją ministerialnych insygniów korona.

Nieoceniony zastępca w biurze. Najlepszy przyjaciel prywatnie. Człowiek, któremu Anthony ufał przez większą część swojego dorosłego życia. Człowiek, z którym potrafił rozmawiać o rzeczach, o których nie mówił niemal nikomu. I człowiek, o którym dowiedział się zaledwie wczoraj, że należy do tajnej partyzanckiej organizacji, biorącej udział w wojnie domowej na pograniczu prawa.

Wczoraj Anthony przyjął tę wiadomość z zadziwiającym spokojem. Nie zrobił sceny, nie podniósł głosu, nawet nie domagał się od Morpheusa, który z dużą swobodą zdradził mu tę informację większej ilości szczegółów. Nawet - mimo kolejnej nieprzespanej nocy - nie zaczął natychmiast układać w głowie wszystkich sytuacji, w których jego przyjaciel mógł go okłamać. To ostatnie było jednak coraz trudniejsze. Wystarczyło, że teraz spojrzał na Jonathana, uśmiechającego się swobodnie do któregoś z gospodarzy, a w jego głowie pojawiało się jedno pytanie: Ile razy już to robiłeś? Ile razy piłeś ze mną rano kawę i omijałeś szerokim łukiem kilka godzin podjazdowej walki na ulicach Londynu?

Anthony przekręcił sygnet na palcu.

Nie zamierzał jednak psuć przyjęcia, czy pozbawiać się możliwości, które przynosiło. Rozmawiał z ludźmi, uśmiechał się, poklepywał po ramieniu starych znajomych, z nowymi wymieniając galanteryjne uprzejmości. I obserwował. Jonathana, przede wszystkim. Nie w sposób ostentacyjny – na tyle subtelny, by sam zainteresowany mógł uznać to za zwyczajne zainteresowanie rozmową. Anthony znał jego twarz zbyt dobrze, był pewien, że z łatwością może odczytywać drobne zmiany mikroekspresji, sposobu, w jaki drugi mężczyzna reagował na pytania, chwilowych zawahań. Problem polegał na tym, że przez wszystkie poprzednie lata nie szukał w nim kłamstwa. Ufał mu. A kiedy człowiek ufa komuś bezwarunkowo, przestaje zauważać rzeczy, które w przypadku obcej osoby wydałyby mu się podejrzane. Jak długo? – kołatało się w antoniuszowej głowie, gdy zwilżał wargi domową lemoniadą.

Na szczęście otoczenie skutecznie utrudniało pogrążanie się w podobnych myślach. W ogrodzie było gwarno, ale nie hałaśliwie. Kocie ogony przemykały między nogami gości, jeden z większych rudych kotów bezczelnie zajął miejsce przy stole i najwyraźniej uznał, że skoro uroczystość została zorganizowana na jego cześć, wszystkie przekąski również należą do niego. Rozmowy stopniowo rozeszły się po ogrodzie. Anthony korzystał z okazji, by rozmawiać z kolejnymi mieszkańcami Doliny, zapamiętując nazwiska, zawody, drobne problemy i jeszcze drobniejsze uwagi dotyczące życia w miasteczku. Nie pytał o politykę. Pytał o rzeczy, które były dla ludzi ważniejsze od polityki – o sklepy, komunikację, dzieci, miejsce, gdzie można spotkać sąsiadów. Jeśli chciał kiedyś naprawdę zrozumieć społeczność, musiał najpierw wiedzieć, gdzie jej członkowie spędzają wolny czas.

Dopiero gdy zrobiło się nieco spokojniej, a Anthony ukrył w kieszeni uroczy amulecik w kształcie kociej głowy, znalazł gospodynię przy stole z napojami. Podszedł do niej z w połowie pustą szklanką w dłoni, dokładając starań by wyglądać jak człowiek, któremu rzeczywiście wpadł do głowy pewien pomysł.

– Mogę panią o coś zapytać? – zaczął. – Jak właściwie wyglądają tutaj warunki lokalowe? Mam na myśli coś więcej niż prywatne domy. Czy Dolina ma jakieś miejsce, w którym mieszkańcy mogą się spotkać, porozmawiać, poczytać prasę, zorganizować niewielkie wydarzenie? Kojarzę plac Lovegoodów, koleżanka też pokazała mi jakiś czas temu ten bar u Lizzy – uśmiechnął się ciepło, starając się myśleć o tym jako o lokalnej atrakcji turystycznej, a nie tanim barzątku do żłopania lokalnego piwska.

– Zastanawiałem się ostatnio nad biblioteką. Niewielką. Nic przesadnie ambitnego. Kilka pomieszczeń, księgozbiór, może czytelnia, miejsce, gdzie można prowadzić zajęcia albo po prostu usiąść przy herbacie, czy winie i porozmawiać… Z pewnością nie zabrakło wygodnych foteli by zatopić się w lekturze na miejscu i mieć miejsce przygotowane dla Makbetha do snucia swoich mruczanek – cieszył się, że wspomniany kocur nie był nigdzie w pobliżu. Ostatecznie nie reagował zbyt dobrze na mężczyznę, ulegając łagodności Jonathana w tej całej próbie ratunku. Bezwiednie obrócił sygnet kciukiem.

Na dobre i na złe.

Szklance zdawało się zdecydowanie brakować czegoś z większą ilością procentów.

Wybieram Amulet dziewięciu żyć
Czarodziejska legenda
She should be sure in her soul that the most terrifying thing in the forest was her.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wiedźma, która mieszkała w domku stojącym na kurzych nogach. Jadła dzieci na śniadanie — i prawdopodobnie na obiad i do herbaty.

Baba Jaga
#4
4 godzin(y) temu ✶  

Pani Henrietta, właścicielka Makbeta, była kobietą po pięćdziesiątce o nieco poważnej aparycji, kiedy się uśmiechała, zyskiwała jednak na przystępności, a dzisiejszego dnia błyszczała pozytywną energią. W końcu czemu miałaby się smucić, skoro jej ukochany pupil wrócił bezpiecznie do domu?

— Ależ oczywiście — zapewniła, uśmiechają się do Anthony'ego delikatnie. — Warunki lokalowe? — zamyśliła się, zerkając na moment na trzymaną szklankę. — Tak jak pan zauważył, mamy Restaurację u Lizzy. Są też Pod Drzewem Wierzby i Krzywym Kulfonem. Co prawda to drugie jest kierowane bardziej do pracowników tartaku, ale no, nie zmienia to faktu że jest dostępne — podchwyciła temat lokali. A potem zastanowiła się nieco. — Bibliotekę. Mamy bibliotekę. Zawsze wydawało mi się, że każde porządne miasto czy miasteczko, powinno mieć zbiór książkowy. Co prawda nasza biblioteka, to bardziej taka biblioteczka i niewątpliwie nie umywa się do biblioteki Parkinsonów, ale jest. Znajduje się przy głównym placu i część czarodziejską wspomagają czasem Bagshotowie, z tego co pamiętam. Wie pan, jakieś przybory, albo jeśli coś wymaga naprawy, skoro już mają swój sklep papierniczy, to chyba nawet trochę po drodze. Skromna, ale można tam znaleźć nieco wiedzy.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (1116), Baba Jaga (710), Guinevere McGonagall (262)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa