• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[Jesień 1972, 17.10 obrzeża Doliny Godryka | Guinevere & Anthony] Der Rattenfänger

[Jesień 1972, 17.10 obrzeża Doliny Godryka | Guinevere & Anthony] Der Rattenfänger
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#1
28.07.2026, 20:58  ✶  

—17/10/1972—
Anglia, Dolina Godryka
Guinevere McGonagall & Anthony Shafiq
[Obrazek: imgproxy.php?id=MJtwLu2]

Tego wieczora na ulicach było słychać melodię fletu. Mieszkańcy jednak mieli nie wychodzić z domów. Flecista stał na rynku i kiedy pojawił się księżyc, zaczął grać. Zaczął delikatnie i uroczo, ale potem melodia narastała i stawała się mocniejsza. Całe miasto go słyszała. Szczury uciekały zewsząd i w szeregu biegły ku fleciście. Ten odwrócił się i ciągle grając, zaczął podążać ku rzece. Tam sprawił, że szczury jeden po drugim wpadały do wody.



Październik przyniósł Dolinie Godryka chłód, który nie był jeszcze zimą, lecz wyraźnie zapowiadał jej nadejście. Powietrze pachniało mokrą ziemią, opadłymi liśćmi i dymem unoszącym się z odległych kominów, a ciężkie chmury przesuwały się leniwie nad koronami drzew porastających odgrodzoną od magicznego świata Knieję Godryka. Wiatr raz po raz strącał z gałęzi kolejne złote i brunatne liście, które z cichym szelestem osiadały na kamiennej drodze prowadzącej ku starej posiadłości Slughornów.

Żelazna brama od dawna utraciła swój dawny majestat. Ozdobne zawijasy porastały rude wykwity rdzy, gdzieniegdzie oplatał je bluszcz, a kamienne słupy przechylały się nieznacznie pod ciężarem czasu. Mur otaczający posesję pozostawał jednak zaskakująco solidny. Wysoki, zbudowany z grubych bloków szarego kamienia, odgradzał niewielki ogród od świata zewnętrznego niczym twierdza, która od dziesięcioleci bardziej ukrywała własne sekrety, niż kogokolwiek chroniła.

Anthony pchnął ciężką furtę, a metal zapiszczał przeciągle.

– Ten dźwięk zdecydowanie zniknie – oznajmił z rozbawieniem, jakby była to pierwsza rzecz wpisana na listę remontową. – Chociaż… może zostawimy go na pamiątkę. Każda porządna fundacja powinna mieć bramę, która brzmi jakby prowadziła do miejsca pamiętającego czasy Merlina – pokpiwał przy przyjaciółce, po czym z niskim, przesadnym ukłonem zaprosił towarzyszącą mu Guinevere do środka.

Ogród właściwie przestał już być dawno ogrodem. Kiedyś musiał być starannie rozplanowany – zdradzały to kamienne obrzeża ścieżek, resztki symetrycznych rabat oraz dwa stare cisy stojące naprzeciw wejścia niczym milczący strażnicy domu. Dzisiaj wszystko zdawało się walczyć o własne przetrwanie. Trawa rosła nierówno, chwasty wypierały ozdobne krzewy, a pnącza wspinały się po murach i ścianach budynku z uporem, jakiego mogliby pozazdrościć najambitniejsi politycy. To mogły być lata walki natury z cywilizacją. To w sumie mogło być dzieło minionego lata, gdy natura uznała, że pokaże na co ją stać w łabędzim śpiewie szalonego rozkwitu.

Sam dwór dominował nad niewielkim dziedzińcem. Był ogromny, znacznie większy, niż można było przypuszczać, obserwując go zza muru. Kamienna fasada nosiła ślady wielu dziesięcioleci zaniedbań. Jasny niegdyś wapienny kamień przybrał barwę popiołu, gdzieniegdzie pokrywały go zielone smugi wilgoci i mchu. Część dachówek wymagała wymiany, kilka kominów przechylało się niebezpiecznie. Mimo tego budynek zachował proporcje świadczące o dawnym bogactwie wpompowanym w mury, gdy Slughornom jeszcze na tym miejscu zależało. Szerokie schody prowadziły ku monumentalnym dębowym drzwiom, nad którymi górowały wysokie okna wpuszczające światło do reprezentacyjnego holu. Nawet obdrapane i zaniedbane, wciąż robiły wrażenie.

Co najważniejsze… smuga Spalonej Nocy ominęła to miejsce, co drastycznie obniżyło koszty wkładu w doprowadzenie go do dawnej świetności.

Na posesji panował ruch.

Kilku czarodziejów krążyło po dachu, wymieniając uszkodzone belki przy pomocy zaklęć ciesielskich. Dwóch innych wynosiło z wnętrza spróchniałe deski, które same rozpadały się pod ciężarem czasu. Z otwartych okien dochodził stukot młotków, odgłos pił i krótkie błyski zaklęć oczyszczających, rozpraszających wieloletni kurz zalegający pod stropami.

Nieco dalej grupa specjalistów od magicznych szkodników ustawiała klatki, pułapki i niewielkie runiczne znaczniki.

Jeden z nich właśnie wyciągnął z worka szczura wielkości dobrze odżywionego kota.

Anthony zmarszczył nos, nieudolnie kryjąc obrzydzenie i lekkie zawstydzenie przed swoim gościem.
– To już który dzisiaj?
– Dwudziesty trzeci, panie Shafiq.
– Dwudziesty trzeci? – powtórzył z jowialnością gospodarza nadzorującego dobrze idące żniwa – Doskonale! To znaczy, że było ich przynajmniej dwadzieścia cztery. – Na moment na placu zrobiło się bardzo cicho, kilka osób uniosło wysoko brwi w wyraźnym zdziwieniu, włączając w to jego rozmówcę. Anthony nie czekał długo by wylądować ze swoją suchą pointą, zupełnie nieprzejęty tym, że mogła nie wylądować zbyt dobrze: – Jeden przecież musiał zostać, żeby opowiedzieć pozostałym, że ich czasy dobiegły końca! – zaśmiał się nie bacząc na reakcję innych, gdy wspinali się po schodach do drzwi wejściowych, całą swoją uwagę znów przekierowując na swojego gościa.

– Wiesz… – odezwał się, gdy dotknął klamki – zastanawiam się, czy kiedykolwiek tu byłaś? – Spojrzał na Guinevere z zaciekawieniem. – Mieszkańcy Doliny, a zwłaszcza byli właściciele mają z tym miejscem osobliwą relację. Jedni twierdzą, że jest przeklęte. Inni, że nawiedzone. Jeszcze inni opowiadają o duchu, którego podobno widuje się tylko wtedy, gdy dom znowu zaczyna żyć. Nie udało mi się ustalić, co właściwie wydarzyło się tutaj naprawdę. Każdy mówi coś innego. – Uśmiechnął się lekko. – Osobiście bardziej obawiam się tych lokatorów, którzy płacą czynsz w trocinach. Podobno w stropach zalęgły się magiczne korniki. Jeśli rzeczywiście przegryzły większość belek, będziemy musieli wymienić niemal całe poddasze. – Zadarł głowę i przez chwilę przyglądał się fasadzie budynku, a potem ześlizgnął się ku wymienionym na piętrze oknom. – Ale spójrz tylko… czyż nie jest piękny? – W oczach Anthony'ego pojawił się ten charakterystyczny błysk, który Guinevere znała aż za dobrze. Anthony wyglądał dokładnie tak samo, gdy opowiadał o nowych szlakach handlowych, wielkich projektach gospodarczych albo kolejnym eksponacie, który dopiero zamierzał zdobyć do swojej smoczej kolekcji. On nie widział zrujnowanej posiadłości. Widział bibliotekę otwartą dla mieszkańców. Salę konferencyjną. Gabinet prawników i administracji. Długie stoły zastawione dokumentami i mapami Doliny Godryka. Widział kominek, przy którym mieszkańcy będą mogli ogrzać dłonie zimą, i dzieci biegające po ogrodzie, który dziś przypominał bardziej zapomniany zagajnik. Widział przyszłość, która uniemożliwiała mu przerazić się teraźniejszością i ogromem pracy, czasu i pieniędzy, które dopiero przyjdzie mu włożyć w to niepewne przedsięwzięcie. Czemu jednak miałby się bać? Wróżbici pod tym względem byli całkiem jednomyślni, że wszystko czego dotknie zamieni się w złoto…
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#2
01.08.2026, 12:11  ✶  

Nieczęsto bywała w Dolinie Godryka. Ot raptem kilka razy, bo zwykle ścieżki jej dni prowadziły ją w zupełnie inne miejsca. Wiedziała, rzecz jasna, że Dolina, podobnie jak Londyn i wiele innych miejsc w Anglii, ucierpiała podczas Spalonej Nocy. Że domy płonęły, że ludzie potrafili swoje dobytki. Ale w zasadzie nie zastanawiała się nad tym, co działo się chociażby z Knieją czy tymi wszystkimi polami uprawnymi, które otaczały miasteczko. Trochę dlatego, że nie przyszło jej to do głowy, bo choć wiedziała, że tutaj są i tym bardziej ogień może je zniszczyć, to w jej własnej głowie nie był to krajobraz mocno wyryty w pamięci. Ciągle się tego uczyła – Wielkiej Brytanii. Bo co innego posiadać wiedzę książkową i bywać tutaj też na jakiś czas, a co innego przeżywać następujące po sobie pory roku na własnej skórze i chłonąć to, jakie Wyspy Brytyjskie są nie tylko na papierze czy w tych krótkich wyobrażeniach.

Rozglądała się więc ciekawie, gdy Anthony prowadził ich drogą. Przyglądała się murom i bramie, przyglądała się dziko zarośniętemu ogrodowi, nawet tym pnączom, które wspinały się po ścianie budynku. O, to był znajomy widok w Anglii dla kogoś, kto lubił odwiedzać opuszczone budynki, a Ginny wszak lubiła i czasami Cathal zabierał ją gdzieś do takich starych miejsc. Albo na cmentarze. Tu takiego jednak nie widziała.

Widziała za to sporo krzątających się ludzi. Praca wrzała, najwyraźniej Anthony już jakiś czas pracował nad tym miejscem. Jej uwagę przykuły za to klatki – a jakże – i pułapki, a potem z jednego worka wyciągnięty został wielki szczur. Jakąś część jej zwierzęcej natury chyba została poruszona, bo spokojne dotąd spojrzenie w pełnym skupieniu wbiło się w tłustego zwierzaka, a na jej usta zabłąkał się uśmieszek. Ten nie zszedł jej, gdy Anthony popisał się swoim żarcikiem, i poszli dalej.

– W Dolinie Godryka? Byłam – odparła spokojnie, kiedy dotarli w końcu do drzwi wejściowych bardzo starej posiadłości. – Tutaj rzecz jasna nie. Ale jeśli chodzi o takie stare dworki, to sporo jest ich w Szkocji, trochę sobie pooglądałam… – przyznała i lekko przekrzywiła głowę na ramię, zupełnie jak kot, który jest czymś ewidentnie zainteresowany. – Duchy po prostu lubią nawiedzać takie miejsca. Są stare i mieszkało w nich na przestrzeni lat sporo ludzi, statystycznie więc istnieje większa szansa, że któryś po śmierci nie pójdzie dalej, a zostanie… a jeszcze dodać do tego dworki bogatych rodzin, co częściej wiązało się z intrygami i przedwczesnymi śmierciami i duch gotowy. Póki to nie poltergeist to chyba nie ma się czym martwić – nie była co prawda spirytystką, ale akurat w Uagadou uczono o duchach w normalnym trybie nauczania, coś więc tam wiedziała. Zresztą w swojej pracy miała z nimi znacznie więcej do czynienia. – Ładnie, prawda. Ale jak zobaczyłam te klatki to przez chwilę myślałam, że chciałeś, żebym trochę pogoniła za szczurami… – zaczepiła go. – Jak boisz się korników to zawsze możesz zwrócić się do mojego dziadka. Może on miałby na nie jakiś pomysł – Malcolm McGonagall ostatecznie prowadził przytułek dla zwierząt i co prawda był wyszkolonym zoomedykiem, ale posiadał również wiedzę z zakresu magizoologii – to się rozumiało samo przez się, biorąc pod uwagę czym się zajmował na co dzień.

the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
05.08.2026, 14:02  ✶  
– Och, tutaj mnie również zawiewa w sumie drugi raz, ale zdecydowanie nie ostatni. – przyznał, otwierając drzwi i wprowadzając ją do obszernego holu pachnącego wilgocią i potrzebą interwencji magicznych renowatorów. – Właściwie to unikałem tego miejsca dwie dekady z powodów osobistych, ale zdecydowanie musi się to zmienić. – Właściwie, to podejrzewał, że i Slughornowie od pewnego momentu zaczęli unikać tego miejsca co nie miało znaczenia. Odpowiednia ilość pieniędzy była w stanie zdziałać cuda, a on i jego fundacja… cóż, na biednych nie trafiło.
– Szkocja powiadasz? Musiałbym się zorientować czy w moim zamku są jakieś duchy, ale cały czas nie mam czasu się tam wybrać – Spalona Noc pokrzyżowała mu wiele planów, a właściwie zasłała go wieloma planami, które okazywały się o wiele pilniejsze w swojej naturze. – Ciotka zostawiła mi go w spadku o czym dowiedziałem się w pierwszym tygodniu września. Jak się domyślasz, od czasu spalonej nocy nie mam czasu, żeby porządnie usiąść we własnym fotelu, a co dopiero zrobić porządną inwentaryzację nieruchomości i zastanowić się co z nią zrobić. – Pewnie rozważałby przeprowadzkę z Little Hangleton, gdyby nie to jak doskonale miał zorganizowane swoje podziemne królestwo w rezydencji. Cóż, mógł też do sprawy podejść jak japoński ogrodnik i po prostu zorganizować sobie nową piwnicę w nowej lokacji. – Po ataku na sieć fiu bardzo opornie idzie im podłączanie nowych kominków, gdy trzeba naprawiać stare. A jednak Szkocja, to jest taki dystans, że nie ryzykowałbym codziennej teleportacji do ministerstwa. Nawet moje wpływy nie sięgają tak daleko, żeby sprawę przyspieszyć, z drugiej strony jeśli już wolałbym przepchnąć kominek w siedzibie fundacji, a nie na drugim końcu wyspy pomiędzy ostrymi szkockimi wzgórzami. Choć… bardzo liczę, że zima będzie tam oszałamiająca. Zamierzam tam zniknąć na parę dni gdy spadnie śnieg. – I porwać Jonathana, który nie raz, nie dwa opowiadał mu o swoich fantazjach na temat szkockich zamków zimą. Mimowolnie rozlał się na jego twarzy błogi uśmiech, a serce łagodnie zakuło tęsknotą, nawet jeśli z Selwynem widzieli się godzinę temu i mieli zobaczyć za godzinę czy dwie. – No zobacz jaki piękny kominek, nawet głowy nie trzeba będzie schylać… – zatrzymał się w głównej sali, która obecnie świeciła pustkami, łącznie z wielkim murowanym kominkiem stanowiącym jej centralny punkt. – Tu książki, tu fotele, tu ławy, tam barek z grzaną herbatą i winem. Tu… scena, na kameralne występy z The Globe czy Muzy, albo spotkania z innymi artystami – dał się porwać opowieści, chcąc by chociaż na moment jego wizja stała się jej wizją. – A tu niewielki zimowy ogród, ten wykusz idealnie się do tego nadaje. I jeszcze w tym miejscu doskonale będzie znaleźć szczura? – zamarł, bo przecież nie tak chciał dokończyć, ale właśnie mierzył się spojrzeniem z wielkim, tłustym gryzoniem, który rzucał mu wyzwanie nie tylko swoją obecnością, ale też buńczuczną postawą istoty, która najwidoczniej uważała się za prawowitego właściciela tego miejsca. – Pedro! PEDRO! – krzyknął Anthony, pospiesznym gestem wzmacniając swój głos. – Wybacz moja droga, ten eksponat trzeba jak najszybciej stąd eksmitować – zwrócił się do Guinevery, gdy zwierzę zdążyło już uciec przestraszone nieoczekiwanym wrzaskiem za ptasznikiem littlehangletońskim. – Zaraz się okażę, że Twojego dziadka będę prosił o sposoby i na korniki i na szczury… jestem przekonany, że zna jakieś… odpowiednio ukształtowane łańcuchy pokarmowe, które zapewniłyby spokój temu miejscu? – zapytał z nadzieją w głosie, lekko zafrapowany całą sytuacją drapiąc się po tyle głowy. Och, to była ledwie chwilowa niedogodność, ale panoszenie się tych istot, tych szkodników irytowała go bardziej z każdą chwilą, gdy łapał się na tej irytacji.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#4
07.08.2026, 20:54  ✶  

– Dopiero drugi? – Ginevra uniosła jedną brew wyżej w wyrazie uprzejmego zdziwienia połączonego z pewną dozą sceptycyzmu. – Jak to dopiero drugi – wyrzuciła w końcu z siebie. Najwyraźniej zachcianki ludzi bogatych były jej dalekie, zbyt skupiona była na pewnej przyziemności związanej z grzebaniem w historii, nie przejmując się aż tak bardzo czymś takim jak fortuna, którą można było wydać na nieruchomości i zrobić to tak lekką ręką, by w zakupionej posiadłości, która ewidentnie potrzebowała mnóstwa pracy, być dotychczas tylko raz. Ale zaraz się uśmiechnęła. Nauczyła się akceptować sposób bycia Anthonego i nie przeszkadzało jej to w żadnym razie. Ot… tu wychodziła ta jej część charakteru, która była tą zaczepną i jednocześnie tą mocno racjonalną. – Unikałeś tej posiadłości? – teraz już na ekspresyjnej twarzy Ginny ukazało się zdumienie i niezrozumienie, bo czemu miałby odnawiać miejsce, którego unikał z powodów osobistych… daleko było do zrozumienia, że chodziło o miasteczko, a nie posiadłość.

– Masz zamek w Szkocji? – upewniła się, ale tym razem zdziwienia już nie było w jej głosie, bo… cóż bogatemu zabroni czy coś tam. Tym bardziej, że dostał zameczek w spadku. No tak, nie miał go czasu nawet odwiedzić… przymknęła oczy i pokręciła głową, zdecydowanie rozbawiona. – My po prostu pewnego razu spotkaliśmy w Hogsmeade ducha dziewczynki, która powiedziała jak się nazywa i że zgubiła drogę do domu. Oczywiście za chwilę zniknęła, ale Cathal kojarzył o jakiej okolicy mogła mówić i uparłam się, że chcę zobaczyć. To oczywiście była ruina, ale kiedyś na pewno była pięknym dworkiem – paplała, jak to ona, zupełnie nie pytania. – No i właśnie sporo tam zamków, albo posiadłości stylizowanych na zamki. Nawiedzonych pewnie też – kontynuowała, rozglądając się po wnętrzu. – O ile wiem, to można się teleportować na kilka razy? Nie trzeba całego dystansu pokonywać na jeden skok – „o ile wiem” dobre sobie. Guinevere nienawidziła teleportacji niemalże tak samo bardzo jak podróży świstoklikiem, unikała tej formy na ile się dało, korzystając z wszelkich innych tak długo, aż nie było innej opcji. Z tego też względu większość ludzi myślała, że teleportować się nie potrafiła (bo i przy tym wolała skorzystać z tego, że to inna osoba się teleportuje, a ona na doczepkę), co nie było prawdą, bo owszem, umiała to robić. Nadal jednak po każdej takiej akcji wymiotowała jak kot. Zakupiła co prawda eliksiry, by chociaż odrobinę temu ulżyć, ale co to za życie… – Szkocja jest chyba bezpieczniejsza – powiedziała po chwili. – Dziksza. To Anglia została zaatakowana… – w tym Dolina Godryka, ośmieliła się zauważyć, po czym… bezceremonialnie wlazła do kominka, który tak zachwalał, rzeczywiście się nawet nie schylając, a przecież jak na kobietę, to była wysoka i postukała knykciami w cegły. – Solidny – zawyrokowała tonem znawcy. – Zimowy ogród w sensie, że za szk– – urwała, mierząc wzrokiem tłuściocha, który robił właśnie za jedynego aktora na scenie, którą wyobrażał sobie Anthony. Płatki jej nosa zafalowały, jakby próbowała złapać jego zapach, co rzecz jasna nie mogło mieć miejsca. Wpatrywała się za to teraz w szkodnika z dokładnie kocią intensywnością.

– Och ależ ja ci mogę podać odpowiednie sposoby na szczury w łańcuchu pokarmowym. Nazywają się kotami – mruknęła, patrząc za uciekającym szczurem. – To znaczy dorosłe szczury mogą być dla kota przeciwnikiem, bo są ciężkie i gryzą, za to zapach kota w pobliżu je do pewnego stopnia odstrasza. Bo jednak w razie konieczności kot zapoluje na szczura – jeśli chodziło o kocie zwyczaje, to Guinevere była prawdziwą ekspertką. Oprócz tego, że pomyślnie przeszła rytuał przemiany w animacja, to znała dokładny sposób, by móc wybrać swoje zwierzę do zmiany. A to wiązało się z poznaniem tych zwierząt na wskroś. – Koty polują na gniazda szczurów z młodymi. Sowy w otwartej przestrzeni. Jestem pewna, że są też inne sposoby, można zapytać dziadka… – mruknęła i przeniosła spojrzenie na Anthonego. – Mam go chwilę pogonić? Zobaczymy, jak reaguje na koty… – choć na takiego, który mógł się odmienić w czarodzieja raczej nie był gotowy. I uśmiechnęła się w sposób, który zdecydowanie nie mógł być niewinnym, choć do tego aspirował.

the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#5
04.09.2026, 13:51  ✶  
– Och, wybacz… – zamyślił się na moment, bo jej pytanie go zdziwiło i musiał przez moment odtworzyć ich rozmowę, skupić się na słowach, które padły do tej pory by jakoś wyjść z tego zaułku swobodnie prowadzonej rozmowy – Unikałem Doliny per se. To miasteczko trafiało do moich terminarzy tylko w ostateczności. Dziś? Kto wie, może oglądasz narodziny dzieła mojego życia? – To mógł być Uniwersytet, to mogły być korytarze wypełnione studentami i profesorami, wielkie odkrycia, wielkie przełomy, wielkie, wielkie, wielkie… Anthony był na tyle samoświadomy, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że preferuje rozmach w wielu, wielu kwestiach i magiczna uczelnia wpisywałaby się w te ambicje. Odetchnął zbutwiałym powietrzem. Zbudowanie centrum kultury w Dolinie Godryka i wszystkie działania ukryte przed okiem opinii publicznej na tym terenie zdawał się mniejszym, ale równie smakowitym ekwiwalentem. Nie był to tylko jego budynek, ale jako bezpośredni inicjator nie miał nikogo nad sobą. Było to uwalniające.
– Owszem, ale pamiętam go jak przez mgłę – był w wyjątkowo dobrym humorze, zważywszy na to, że ich poprzednie działania tego dnia zwieńczone zostały sukcesem. Jej wróżba spełniała się. Jej i Morpheusa. Czego nie dotknął - zakwitało. – Może wybierzesz się tam ze mną następnym razem? Bardzo liczę że będzie tam jakiś interesujący duch. Co byłby to za zamek bez ducha?

Rozmowa o duchach i posiadłościach Anthony'ego musiała jednak poczekać bo szczur i bardzo rzeczowe rozmowy o sposobach pozbywania się szkodników. Nagła zmiana tonu Guinevere'y nie umknęło jej uwadze. Obrócił się w stronę swojej egipskiej przyjaciółki i poczuł dziwne mrowienie, niezręczność wynikającą z jej umiejętności przemiany w zwierzę. Byłby ostatnim, który powinien burzyć się na ten pomysł, zwłaszcza, jeśli kilka ostatnich lat poświęcał tęsknemu wypatrywaniu wspólnych delegacji z było nie było wilkołakiem. Erik jednak nigdy nie przemieniał się przy nim, jego współpracownica Tahira również wolała trzymać demonicznego węża na wodzy. Odzwierzęce klątwy fascynowały go, a animagia choć nie była klątwą, niejako stała obok jako ta milsza siostra bliźniaczka. Sam nigdy nie miał wystarczająco czasu by nauczyć się tej sztuki. Jak miałby wykonywać swoją pracę z jakimś liściem pod językiem? A jakby pomylił roślinę? Cóż to byłoby za marnotrastwo czasu.

Skinął głową, przypatrując jej się z uwagą, wyczekując przemiany i tego co miało zaraz nastąpić. Lekarka, archeolożka, wróżbitka… kot goniący za szczurem.
– Twoja pomoc byłaby nieoceniona… – starał się brzmieć możliwie naturalnie, lata praktyki umożliwiały mu ukrywanie prawdziwych uczuć, w tym fascynacji procesem przemiany, głęboko poza powierzchnią toczonej konwersacji. – Mam nadzieję, że zareaguje dobrze. Cóż byłoby to za miejsce spotkań, gdyby przychodziły na nie niechciane gryzonie.
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, skórę koloru kawy z mlekiem i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie pochodzi z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#6
05.09.2026, 09:36  ✶  

Przyglądała się Anthonemu przez moment badawczo, zastanawiając się nad słowami, które wypowiedział.

– Skąd więc ta zmiana kierunku? – zapytała miękko, nie pytając, przynajmniej na razie, choć nie wiedziała, czy się na to zdecyduje, dlaczego tak tej Doliny unikał. Może odpowiedź na tę zagadkę sama się znajdzie w odpowiedzi Shafiqa, o ile ten zdecyduje się jej taką dać. Bo od unikania, do kupienia tutaj wielkiej, starej, wymagającej remontu posiadłości, była jakoś zaskakująco cienka linia w przypadku Anthonego i Ginny jeszcze nie bardzo wiedziała, jak się po niej poruszać.

– Mogę się wybrać. Ale choć sporo uczyłam się o duchach w szkole, to nie mam talentu spirytysty – ale o tym Anthony przecież wiedział. Natomiast w takich chwilach jak ta, Guinevere nie mogła się momentami nadziwić nad różnicą programów nauki w szkole pomiędzy takim Uagadou czy Hogwartem, a i zapewne innymi szkołami magii również. – Ale masz rację. Każdy szanujący się zamek ma swojego ducha – roześmiała się cicho.


Przyglądała się Anthonemu jeszcze przez chwilę, zupełnie nieświadoma emocji, które nim targały. Guinevere nie kryła się ze swoją umiejetnością animagii przed ludźmi, a już na pewno nie z kocią formą, którą używała… bardzo często, również w formach pośrednich, bo kocie oczy bardzo się przydawały. Formę sokoła wybierała znacznie rzadziej, pomimo tego, że była jej pierwszą, ale Ginewra uważała, że choć ta była trafiona i świadoma, to opanowana w wieku dwunastu lat, nie była tak w pełni przez nią przemyślana i tę drugą, kocią, dobrała już znacznie bardziej pod swój własny charakter. Dlatego też wielu jej znajomych nawet nie wiedziało o tej drugiej, ptasiej formie i nie pomagał fakt, że gdy przeprowadziła się do Anglii, to w Ministerstwie w Urzędzie Niewłaściwego Użycia Czarów, zgłosiła tylko jedną ze swoich zwierzęcych form: właśnie kocią. Była więc animagiem zarejestrowanym… ale tylko w połowie.

– Zobaczmy… – mruknęła, po czym puściła do Anthonego oko i wyciągnęła z kieszeni swoją różdżkę, by zaraz zacząć się przemieniać i zaraz w jej miejscu stała sobie kotka o złotych oczach, wielkich uszach i gładkim rdzawobrązowym umaszczeniu. Nie była to w żadnym razie rasa charakterystyczna dla Anglii, za to koty abisyńskie były rodowite dla Egiptu. Kotka… zapatrzyła się przez moment na Anthonego, z jakimś takim zuchwałym błyskiem w oku, przeciągnęła się leniwie, prężąc swoje smukłe ciałko, a za chwilę zaczęła obracać głową i podnosić ją delikatnie, w jasnym sygnale, ze Ginny węszy. Za chwilę kichnęła, gdy kurz, podrzucony w powietrze ich obecnością, krokami i przemianą, dostał się jej do nosa, na co miauknęła z niezadowoleniem i na moment zamarła.

Lekko zmrużyła oczy, bardzo nie po kociemu, bliżej było temu ludzkiemu gestowi. Mieszało się tu sporo różnych zapachów – pomijając perfumy Anthonego, to rzecz jasna kurz i jakieś zatęchłe zapachy charakterystyczne dla budynku, w którym dawno nie sprzątano i nie wietrzono. Ale również coś… ostrzejszego, bardziej dzikiego…

Niemalże bez ostrzeżenia poderwała się z miejsca, by pogonić za tym zapachem i wytropić szczura (świadoma, że jeśli zbliżą się do jakiegoś jego gniazda, to zapewne uderzy ją też zapach szczurzych odchodów, ale to nic, czego już by nie czuła, albo na co nie byłaby gotowa). Ciekawe, czy tłusty szkodnik już zwietrzył zapach drapieżnika, który był na jego tropie?

the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#7
17.09.2026, 14:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.09.2026, 14:24 przez Anthony Shafiq.)  
Skąd, skąd zmiana… Powinien być przygotowany na takie pytania, gdyby pojawiły się ze strony reporterów. Oczywiście miał gotową odpowiedź "medialną". Londyn domem, Dolina sercem, to było łatwe. Ale nadać temu osobistego sznytu? Ach, wtedy lepiej trafi to do serc, wzruszy i wywoła uśmiech na twarzy. Wybór wartości, wybór narracji, wybór ukazania jego bardziej ludzkiej twarzy mógłby być niezbędny dla zyskania społecznego poparcia całej inicjatywy. Bez ludzi fundacja była martwa. Oczywiście dalej jej działalność i obrót aktywami mógłby by korzystny w ogólnym rozrachunku, ale Anthony'emu szczególnie zależało na wzmocnieniu społeczności lokalnej, jako pierwszej linii frontu.

Tymczasem jednak pytała jego przyjaciółka, więc po chwili milczenia gdy poszukiwał tej prawdziwej odpowiedzi, bez wnikania w całą sieć powiązań i zależności…
– Prawda jest taka, że gdyby nie pewne nieporozumienie z przeszłości, to właśnie tutaj miałbym swój dom do wypoczynku. Mieszka tu kilkoro moich bliskich znajomych i przyjaciół, małomiasteczkowy klimat zdaje się przyjaźniejszy niż Londyńskie ulice i wydaje się, że przy odpowiednim zastrzyku kapitału miejscowi mogliby stać się słyszalnym głosem w sprawie Kniei i jej tajemnic. – "Nieporozumienie" było mocno niedoszacowanym określeniem upokorzenia które zgotował mu Godryk na środku swojej wspaniałej Warowni, kilka osób mogłoby się obrazić za nazwanie Doliny małym miasteczkiem, a wspomnienie kapitału wskazywało raczej na jego pragmatyczną naturę niż podbijało nimb społecznika. Nie chciał jednak jej zanudzać rozwodzeniem się nad tym co miał konkretnie na myśli, nie tutaj, gdzie mimo wszystko dużo wokół było robotników i łapaczy szczurów. – Opowiem Ci, kiedy pojedziemy do Szkocji moja droga, nawet jeśli będzie to wymagało kolejnego usprawiedliwienia dla mojego kuzyna – zaśmiał się serdecznie, też dla siebie by rozwiać nie do końca przyjemne wspomnienia, będące składowymi sumy czyniącej z tego miejsca jego wymarzonym.

Później jednak rozmowa zeszła na dalszy tor wobec podziwu z jakim wpatrywał się w kocią formę McGonagall. Prezentowała się pięknie i dostojnie, była zwinna i szybka, a on przez moment musiał walczyć przez moment z impulsem skłaniającym go do adopcji czy zakupu takiej rasy, takiego kota dla siebie. Byłoby w tym jednak coś niestosownego, gdyby Guinevere się dowiedziała, że ma w domu jej kopię, tylko w 100% zwierzęcą. Śledził jej poczynania zadowolony z udanego polowania. Jej złapany trop mógł doprowadzić zatrudnionych szczurołapów, a słówko szepnięte nestorowi rodu McGonagallów przyspieszyłoby znalezieniu rady na robale. Shafiq uśmiechnął się sam do siebie, gdy kobieta stała się samospełniającą się przepowiednią – wróżyła mu pomyślność i tak też się stało. Rzeczy przebiegały zgodnie z planem. Wiele było jeszcze do zrobienia, ale w samym odhaczaniu kolejnych punktów z listy było coś zaiste bardzo przyjemnego.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (2354), Guinevere McGonagall (1718)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa