Przełknął ślinę, spoglądając w piękną twarz Victorii. Chciał krzyczeć o swoim szczęściu. Chciał powiedzieć wszystkim o tym, jak cudowny był teraz jego świat, mimo wojny, mimo strachu, mimo niekończących się przygotowań, mających zapewnić złudną ochronę przed niebezpieczeńśtwem.
Chciał.
Mógł tylko szeptać.
Pochylił się do panny Lestrange, trzymając wciąż księgę w dłoniach, dłonie mu nie zadrżały, ale wstrzymał oddech mimo wszystko…
– Myślę… – szepnął przejęty, nie patrząc jej w oczy, a na ramię, jakby bojąc się że z jego srebrnych tęczówek wyczyta imię do którego prowadziła go krwistoczerwona nić – myślę, że znalazłem kogoś z kim chciałbym… z kim mógłbym spędzić całe swoje życie. – cała jego postawa, cała rozwibrowana aura, tłumiona ekscytacja i róż znaczący policzki i uszy… to wszystko dopowiadało resztę. Niekończącą się nadzieję, przekonanie, że to uczucie spotkało się ze wzajemnością.
Nic więc w sumie dziwnego, gdy zakochane serce z optymizmem spoglądało na sprawy śledztwa. W umyśle Anthony'ego dokonało się niemożliwe, teraz więc wszystko pozostałe zdawało się na wyciągnięcie ręki.
– Teraz, gdy wiemy już gdzie szukać, będzie mi łatwiej poruszyć kilka trybików w ruch i zaangażować zaufanych ludzi orientujących się nie gorzej ode mnie w księgi. – Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a ton stał się o wiele swobodniejszy, choć trudno nie było już nie widzieć tego rozkochanego blichtru, buzujących emocji czyniących z czterdzistolatka kogoś podobnego bardziej czternastolatkowi. – Może go rozebrali, może nie, nie ma co przesądzać obecnie. A nawet jeśli, w samych protokołach zdawczych, można byłoby między wierszami wyczytać powód tej statkowej emerytury. Być może magiczne przedmioty przewożone w skrzyni w wizji zaburzył pracę silnika na tyle, że był on nie do odratowania? – wzruszył ramionami, a potem odgonił te spekulacje gestem dłoni. – To się dopiero okaże, zostaw to mi, ruszę machinę w ruch i dam Ci znać o wynikach możliwie szybko. I cóż… teraz kiedy współpracuję z panem Bottem, jestem przekonany, że znalazłby on jakieś smaczne rozwiązanie na osłabienie mojego dyskomfortu na jednostce pływającej. Zacumowanej oczywiście – doprecyzował, bo nadal płynięcie statkiem wydawało mu się niemożliwym do realizacji koszmarem.
Zaraz potem zmyślił się na moment i spoważniał nieco, rozmyślając o agendzie tego dość spontanicznego spotkania. O różach, o ogrodzie, o zagrożeniu, które kwiaty niosły dla reputacji rodziny Lestrange… Gabinet zdawał się o wiele lepszym miejscem, miał więcej zabezpieczeń i ostatecznie mogli w nim przebywać w głównej mierze zarządzający OMSHMem.
– Wróćmy proszę do mnie. Czekają tam na Ciebie dokumenty fundatora, tylko Twojego podpisu brakuje i… tak, ogród. O tym też musimy porozmawiać. Poproszę Jonathana, żeby nam w tym nie przeszkadzał. – Odłożył księgę i otworzył przed aurorką drzwi.