05.07.2026, 16:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2026, 03:26 przez Lorraine Malfoy.)
Wiara była przedziwną rzeczą. Dla Lorraine zawsze wydawała się czymś przyrodzonym, czymś, co towarzyszyło jej zanim jeszcze dostała imię; zanim jeszcze jej istnienie było w ogóle wiadomym. Wiara była tym, co ukształtowało ją cudownie w łonie matki, tym, co natchnęło lędźwia ojca. Wiara była ciałem, była też myślą, jaka za tym ciałem stała. Nie istniał więc czas, kiedy nie wierzyła.
Nie umiała tego wyjaśnić.
Wiele razy zanurzała się legilimencją w cudzych wspomnieniach, szukając tego, które było pierwszym. Oto postawiła sobie za cel odkryć wzór, objaśnić genezę: wydestylować boski pierwiastek, z którym wedle przypowieści winien rodzić się człowiek. Wydobywała na wierzch wspomnienia wykrzywionych bólem twarzy matek. Dłoni ojców, pochylających się nad kołyskami. Wspomnienia bogactw i biedy, miękkich pościeli obok zatęchłej bielizny, wspomnienia głodu i dostatku. Nieważne, jak przywitał je świat, dziecko wydawało w końcu swój pierwszy krzyk. Wreszcie zrozumiała: każde z nich chciało do matki.
Wtedy dopiero zarzuciła swe poszukiwania. Być może od samego początku powinno być to dla niej czymś oczywistym. Tajemnice wiary zawsze przypominały Lorraine lekko uchylone drzwi. Zbliżała się do nich po to tylko, żeby zatrzymać się tuż na progu.
Wiedziała, że za drzwiami zobaczyłaby swoją matkę. Za nią zaś zobaczyłaby matkę swej matki. Cały świat rodzący się w krzykach rodzących matek, każda z nich rozdarta i rozdzierana. Na samym zaś końcu czekałaby pramatka. Nawet ona krzyczałaby jednak za swoją matką.
Lorraine nie miała matki. Wiary uczyła się więc na kolanach ojca, który z natury był człowiekiem bezbożnym. Bluźnierczą była jego wiara, jeżeli wiarą można było w ogóle nazwać przekonania, jakie żywił: tak jak Armand wierzył bowiem, że ludzie są bliscy bogom, tak Lorraine wierzyła, że bogowie są bliscy ludziom.
Nie widziała w tym żadnej sprzeczności. Tak samo jak i w tym, że drzwi do tajemnicy pozostawiła uchylonymi.
— Znowu śniłam o mych drzwiach, Helloise — szeptała Lorraine, siadając u boku kuzynki. Wyrysowywała na skórze Helloise, a potem na podsuniętym jej papierze symbole znane z religijnych podań. Objawione w majakach znaki, których znaczenia nie dało się dociec od razu, były bowiem zbyt złożonymi. Sny nie należały do trwałej materii, dlatego mieniły się mirażami we wspomnieniach Lorraine, zmieniając się nieustannie, jak wszystko, co żyje. A jednak wspólnie z Helloise odtwarzały widziane w nich znaki. Kolejne symbole ryte były więc w drewnie starych drzwi do spiżarki. Połączenie cyklu lunarnego z wykresami zmienności solarnej. Zaślubiny Słońca i Księżyca, których widok w złączeniu zawsze napełniał Lorraine rozczuleniem. Dla nich Matka stworzyła bowiem Niebo, które stało się im małżeńskim łożem. Ziemię oddzieliła od oblewających ją Wód, największy akt kreacji pozostawiwszy na koniec: tak oto powstało Życie.
Lorraine klęczała na podłodze obok Helloise, bezmyślnie bawiąc się spiłowanymi wiórkami drewna. Głowę oparła o framugę drzwi, które w całości pokryte były szaleńczymi symbole. Dłuto prowadziła ręka bogini, co do tego nie mogły mieć wątpliwości. W każdym żłobieniu kryła się historia. W każdej rysie tkwiło znaczenie. Dopiero gdy dzieło zbliżało się ku kompletności, zrozumiały, na co właściwie patrzą. Nakładające się na siebie kręgi utworzyły mapę.
Wiara była im przewodniczką.
Nie umiała tego wyjaśnić.
Wiele razy zanurzała się legilimencją w cudzych wspomnieniach, szukając tego, które było pierwszym. Oto postawiła sobie za cel odkryć wzór, objaśnić genezę: wydestylować boski pierwiastek, z którym wedle przypowieści winien rodzić się człowiek. Wydobywała na wierzch wspomnienia wykrzywionych bólem twarzy matek. Dłoni ojców, pochylających się nad kołyskami. Wspomnienia bogactw i biedy, miękkich pościeli obok zatęchłej bielizny, wspomnienia głodu i dostatku. Nieważne, jak przywitał je świat, dziecko wydawało w końcu swój pierwszy krzyk. Wreszcie zrozumiała: każde z nich chciało do matki.
Wtedy dopiero zarzuciła swe poszukiwania. Być może od samego początku powinno być to dla niej czymś oczywistym. Tajemnice wiary zawsze przypominały Lorraine lekko uchylone drzwi. Zbliżała się do nich po to tylko, żeby zatrzymać się tuż na progu.
Wiedziała, że za drzwiami zobaczyłaby swoją matkę. Za nią zaś zobaczyłaby matkę swej matki. Cały świat rodzący się w krzykach rodzących matek, każda z nich rozdarta i rozdzierana. Na samym zaś końcu czekałaby pramatka. Nawet ona krzyczałaby jednak za swoją matką.
Lorraine nie miała matki. Wiary uczyła się więc na kolanach ojca, który z natury był człowiekiem bezbożnym. Bluźnierczą była jego wiara, jeżeli wiarą można było w ogóle nazwać przekonania, jakie żywił: tak jak Armand wierzył bowiem, że ludzie są bliscy bogom, tak Lorraine wierzyła, że bogowie są bliscy ludziom.
Nie widziała w tym żadnej sprzeczności. Tak samo jak i w tym, że drzwi do tajemnicy pozostawiła uchylonymi.
— Znowu śniłam o mych drzwiach, Helloise — szeptała Lorraine, siadając u boku kuzynki. Wyrysowywała na skórze Helloise, a potem na podsuniętym jej papierze symbole znane z religijnych podań. Objawione w majakach znaki, których znaczenia nie dało się dociec od razu, były bowiem zbyt złożonymi. Sny nie należały do trwałej materii, dlatego mieniły się mirażami we wspomnieniach Lorraine, zmieniając się nieustannie, jak wszystko, co żyje. A jednak wspólnie z Helloise odtwarzały widziane w nich znaki. Kolejne symbole ryte były więc w drewnie starych drzwi do spiżarki. Połączenie cyklu lunarnego z wykresami zmienności solarnej. Zaślubiny Słońca i Księżyca, których widok w złączeniu zawsze napełniał Lorraine rozczuleniem. Dla nich Matka stworzyła bowiem Niebo, które stało się im małżeńskim łożem. Ziemię oddzieliła od oblewających ją Wód, największy akt kreacji pozostawiwszy na koniec: tak oto powstało Życie.
Lorraine klęczała na podłodze obok Helloise, bezmyślnie bawiąc się spiłowanymi wiórkami drewna. Głowę oparła o framugę drzwi, które w całości pokryte były szaleńczymi symbole. Dłuto prowadziła ręka bogini, co do tego nie mogły mieć wątpliwości. W każdym żłobieniu kryła się historia. W każdej rysie tkwiło znaczenie. Dopiero gdy dzieło zbliżało się ku kompletności, zrozumiały, na co właściwie patrzą. Nakładające się na siebie kręgi utworzyły mapę.
Wiara była im przewodniczką.