Nigdy wcześniej nie była na Nokturnie. A przynajmniej… nie świadomie, bo być może zawędrowała tutaj podczas Spalonej Nocy. Prawda była też taka, że jeśli chodziło o Magiczne Dzielnice Londynu, to Guinevere nadal potrafiła się tutaj zgubić. I dzisiaj trochę niepewnie zmierzała w kierunku Nokturnu, opatulona w ciemny płaszcz, z włosami spiętymi w wysoki ogon. Kilka razy zapoznała się z listem, jaki otrzymała od… nie była w sumie pewna od kogo dokładnie, na pewno nie od Jonathana ani Anthonego – tyle wiedziała. Do opanowania był jakiś bardzo trudny pies, którego trzeba było poskromić mięsem… I dlatego to mięso, które otrzymała w drugiej przesyłce, spakowała do woreczka ze skóry wsiąkiewki, żeby przypadkiem nikt jej nie okradł: bo choć na Nokturnie nigdy nie była, no to przecież nie bez powodu, okolica była bardziej niż szemrana i kto to wie, na kogo tam w ogóle trafi…? Wolała być więc przygotowana i nie stracić tego mięsa…
Chyba się trochę zgubiła. Nie była przekonana, czy skręciła we właściwą uliczkę, czy znalazła się pod odpowiednim lokalem. Wszystko było tutaj takie obskurne, szare i smutne, zwłaszcza w porównaniu z Walią, gdzie spędzała najwięcej czasu. Poprawiła płaszcz na ramionach, było już bardzo chłodno a McGonagall nie przywykła do aż takiego chłodu, wychowana pośród gorących piasków Egiptu.
Nie wiedziała nawet, jak wygląda czarodziej, z którym miała się na Nokturnie spotkać. Dostała wytyczne, gdzie ma się udać i o której godzinie – i naprawdę miała nadzieję, że znalazła się pod odpowiednim numerem, bo rozczytanie tutaj czegokolwiek, graniczyło trochę z cudem.
Jedną rękę miała w kieszeni płaszcza, ściskała tam różdżkę. A oczy… złote oczy o pionowych źrenicach wpatrywały się czujnie w przestrzeń. Czekała.
I była przekonana, że kompletnie nie pasuje do tego obrazka. Że musi się odznaczać na tle Nokturnu niczym latarnia morska prowadząca statki do portu.
// Przewaga: Chimera; korzystam z woreczka ze skóry wsiąkiewki
!nokturn