Mimo że na zewnątrz pogoda iście październikowa, wnętrze tego lokalu było cieplutkie, a nawet można by się pokusić o określenie parne. Ściany wewnątrz Mariano pomalowano na wściekle pomarańczowy kolor, lecz w zestawieniu ze słabym oświetleniem sali nie był on aż tak rażący. Wyposażenie przedstawiało się skromnie: doliczyliście się pięciu stolików, z czego tylko dwa były w dniu waszej wizyty zajęte. Przy jednym siedział starszy czarodziej; przy drugim ojciec z kilkuletnią córeczką, która paluszkami wygrzebywała akurat ze swojej pizzy salami. Byli to zwykli, prości ludzie. Nikt, kto by wzbudzał podejrzenia.
Za barem stał śniady, puszysty mężczyzna w fartuchu. Długa, czarna broda utrudniała odgadnięcie jego wieku na podstawie samego rzutu oka. Mógł mieć lat trzydzieści, mógł mieć pięćdziesiąt. Nie wyglądał groźnie, podle ani czarnoksięsko. Patrzyło mu z oczu raczej poczciwie. Na ścianie za nim zawieszona była pełna oferta przybytku: głównie pizza i makarony. Jeśli spojrzeć na talerze gości i wciągnąć nosem zapachy z kuchni, jedzenie serwowano tu tłuściutkie. Nie żałowali sera.