Wczoraj, 18:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 18:36 przez Benjy Fenwick.)
Przez większą część dotychczas przebytej drogi usiłowałem zachowywać się tak, jakby jej obecność nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Wychodziło mi to całkiem nieźle, przynajmniej dopóki nie odzywała się tym swoim tonem, który znałem od lat i który potrafił doprowadzić mnie do furii szybciej niż uwagi któregokolwiek z nauczycieli. Znałem go jeszcze z czasów, kiedy potrafiliśmy przegadać pół popołudnia, kłócąc się o rzeczy zupełnie nieistotne, po czym pięć minut później wspólnie pakować się w kłopoty, ale wtedy jej docinki nie wymagały ode mnie przygotowania odpowiedniej riposty - mogłem się śmiać, mogłem odwdzięczyć jej tym samym, nie zastanawiając się, czy przypadkiem nie powiedziała czegoś, co miało zostać ze mną na dłużej, czy nie chciała mnie tym upodlić i zranić - teraz każde z nas zdawało się pamiętać wszystkie miejsca, w które warto było trafić i oboje korzystaliśmy z tej wiedzy z godną podziwu konsekwencją.
Siedziałem obok niej, rozparty na siedzeniu w sposób, który z pewnością uznawała za kolejny przejaw mojego nieznośnego charakteru i z uporem godnym lepszej sprawy udawałem, że cała ta podróż była mi doskonale obojętna. Autokar podskakiwał na nierównościach, za oknami przesuwały się ciemne plamy pól i pojedyncze światła mijanych domostw, kierowca najwyraźniej uważał ograniczenia prędkości za sugestię przeznaczoną dla mugoli i mniej utalentowanych motoryzacyjnie czarodziejów, podczas gdy Prue siedziała obok mnie, wyraźnie zmęczona po całym wieczorze, lecz wciąż gotowa odpowiedzieć na każdą wypowiedź uznaną przez siebie za zaczepkę - powinienem był zostawić ją w spokoju - wiedziałem o tym od dłuższego czasu, tylko jakoś nigdy nie należałem do osób, które potrafiły wykorzystać taką wiedzę w praktyce, nawet jeśli początkowo usiłowałem przekonać samego siebie, że jej towarzystwo wcale mi dziś nie przeszkadzało. Wychodziło mi to całkiem dobrze, dopóki nie otwierała ust, bo wtedy przypominałem sobie wszystkie powody, dla których powinienem był wrócić do domu, zamiast wsiadać do tego złomu. Przez ten krótki czas nawet zapomniałem, że Prudence Bletchley miała wyjątkowy talent do wyciągania ze mnie najgorszych cech.
Spojrzałem na nią z ukosa - „wsparcie” - ładnie to nazwała. Gdyby rzeczywiście chciała mi pomóc, pewnie nie musiałaby przypominać mi o swojej wyrozumiałej naturze w samym środku kłótni, ale przecież od dawna miała własną definicję życzliwości. Kiedyś znałem ją na tyle dobrze, żeby odróżnić jej złośliwość od zwykłego żartu, wiedziałem, kiedy prowokowała mnie dla zabawy, kiedy była naprawdę zła, kiedy należało odpuścić, nawet jeśli ostatnie słowo aż prosiło się o wypowiedzenie, teraz miałem wrażenie, że za każdym razem musiałem zgadywać, z jaką wersją Prue rozmawiam i najczęściej była to właśnie ta, która nakazywała mi się z nią kłócić dosłownie o każde słowo. Było to dziecinne, trudno, najwyraźniej oboje mieliśmy jeszcze sporo do nadrobienia w kwestii dojrzałości.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, po czym oparłem się wygodniej, chociaż jej słowa zdążyły już mnie zirytować. Naprawdę uważała, że powinienem jej za cokolwiek dziękować? Za co właściwie, za kilka uwag rzuconych z taką satysfakcją, że można by pomyśleć, iż od lat czekała na okazję, żeby wreszcie powiedzieć mi coś przykrego?
- Wsparcie z twojej strony przypomina raczej próbę uduszenia tonącego, żeby nie musiał się dłużej męczyć. - Zerknąłem na nią, a potem wróciłem wzrokiem do drogi. - Zachowaj je dla kogoś, kto nie ma wyboru. Na przykład dla własnego brata. Spróbuj na nim, może będzie miał wystarczająco dużo cierpliwości, żeby udawać, że cię słucha. - Przesunąłem językiem po zębach, szukając kolejnego argumentu, który mógłby ją zaboleć. - Swoją drogą, podziwiam Eliasza. Biedak nie ma nawet możliwości odesłać cię do diabła i wysiąść z tej relacji na najbliższym przystanku. - Rozparłem się na siedzeniu, zerkając na nią z rozbawieniem, którego wcale nie czułem.
Miałem osiemnaście lat i coraz częściej odnosiłem wrażenie, że wszyscy wokół zdążyli już przeżyć za mnie całe życie, wybrać mi przyszłość, ustalić, jakie decyzje powinienem podejmować, z kim powinienem się zadawać i w którym momencie wypadałoby wreszcie przestać zachowywać się tak, jakbym miał cokolwiek do powiedzenia we własnej sprawie. Każdy, dosłownie każdy, miał jakąś wizję Aloysiusa Rookwooda - jedni widzieli we mnie przyszłego dziedzica, inni człowieka, który powinien wreszcie zacząć traktować swoje nazwisko z należytą powagą, jeszcze inni najwyraźniej uznawali, że wystarczyło odpowiednio długo mi się przyglądać, żeby móc bezbłędnie przewidzieć każdy mój kolejny krok - wszyscy wiedzieli, co będzie dla mnie najlepsze, wszyscy mieli gotowe odpowiedzi, wszyscy zdawali się doskonale rozumieć, czego potrzebowałem, choć nikt specjalnie nie trudził się, żeby mnie o to zapytać. Zabawne, jak łatwo przychodziło im opowiadanie o mojej przyszłości, kiedy nawet nie potrafili porozumieć się ze mną w sprawie teraźniejszości. Miałem wrażenie, że od tak dawna funkcjonowałem w cudzych wyobrażeniach, w których nie pozostawiono mi zbyt wiele miejsca na własne zdanie, iż każda próba wyjścia poza wyznaczone granice stawała się kolejnym dowodem na to, że najwyraźniej ktoś powinien wziąć mnie wreszcie w karby. Najgorsze było chyba to, że wszyscy byli przekonani, iż znają mnie doskonale, aż do kości, że wystarczyło jedno spojrzenie, kilka wspólnych lat albo garść opowieści zasłyszanych przy odpowiednim stole, żeby zyskać prawo do wydawania sądów na temat tego, kim byłem i kim powinienem się stać. Wiedzieli, kiedy byłem uparty, kiedy próżny, kiedy zachowywałem się nieodpowiedzialnie, kiedy należało przemówić mi do rozsądku, a kiedy zwyczajnie zostawić mnie w spokoju, choć, rzecz jasna, w tej ostatniej kwestii również bardzo rzadko potrafili dojść do właściwych wniosków - mieli swoje interpretacje moich zachowań, własne wyjaśnienia moich decyzji i nieustanną potrzebę przypominania mi, że powinienem być kimś innym, niż akurat byłem. Czasami zastanawiałem się, czy gdybym pewnego dnia postanowił zrobić dokładnie to, czego ode mnie oczekiwali, uznaliby, że wreszcie udało im się naprawić coś, co od początku uważali za wadliwe. Nie miałem już szczególnej ochoty się tłumaczyć, zwłaszcza że każde wyjaśnienie zdawało się jedynie dostarczać im kolejnych argumentów, którymi mogli później posługiwać się przeciwko mnie - wystarczyło, że powiedziałem coś nieodpowiedniego, podjąłem złą decyzję albo nie zachowałem się tak, jak należało, żeby natychmiast pojawił się ktoś gotowy wyjaśnić mi, co właściwie powinienem był zrobić. A jednak najbardziej dotkliwe były dla mnie te uwagi, które dochodziły z ust osoby, której przez długi czas przyznawałem zupełnie inne miejsce niż pozostałym.
Prudence - moja dawna ulubiona osoba, moja Pruey, Sunny - ktoś, komu kiedyś ufałem bez szczególnego zastanawiania się nad tym, czy powinienem zostawiać mu dostęp do wszystkich tych części siebie, których nie pokazywałem pozostałym. Pamiętałem jeszcze, jak łatwo przychodziło mi szukanie jej towarzystwa, jak naturalne wydawało się założenie, że niezależnie od tego, co akurat wydarzyło się między nami, następnego dnia wciąż będziemy mieli sobie coś do powiedzenia. Byłem chyba wystarczająco naiwny, żeby sądzić, że taka znajomość wytrzyma więcej niż kilka lat, parę nieprzyjemnych rozmów, złych decyzji i okres, w którym przestałem być szczególnie wdzięcznym towarzystwem. Nie oczekiwałem od niej ślepej lojalności ani bezwarunkowego przytakiwania, nie potrzebowałem też, żeby za każdym razem stawała po mojej stronie, kiedy sam pakowałem się w kolejne kłopoty, lecz był taki moment, gdy nader wszystko potrzebowałem jej obecności i odrobiny uporu, tego przekonania, że warto było jeszcze spróbować do mnie dotrzeć, nawet jeśli wymagałoby to podniesienia głosu, powiedzenia kilku przykrych rzeczy prosto w twarz i zmierzenia się z odpowiedziami, które mogłyby jej się nie spodobać. Nigdy jednak nie zdecydowała się nawet na tę ostatnią rzecz, nie stanęła ze mną twarzą w twarz, nie próbowała przedrzeć się przez moje milczenie ani sprawdzić, czy pod całą tą nieprzyjemną otoczką wciąż znajdował się ktoś, kogo kiedyś uważała za bliskiego - po prostu zrezygnowała - wystarczyło, że przestałem być łatwy w obyciu, że moje towarzystwo zaczęło wymagać czegoś więcej niż zwyczajnej, typowej dla niej cierpliwości, żeby uznała, że nie warto było już się mną zajmować. Właśnie tego nie potrafiłem jej wybaczyć, nawet jeśli nigdy nie zdobyłem się na powiedzenie tego na głos, ponieważ zbyt wiele razy zdążyłem już usłyszeć, że powinienem wreszcie zająć się sobą. Łatwo było udzielać takich rad, kiedy samemu nie musiało się żyć z poczuciem, że ktoś, komu powierzyło się całkiem sporo, uznał waszą przyjaźń za coś, z czego dało się zrezygnować bez szczególnego wysiłku. Jeszcze trudniej było mi zaakceptować sposób, w jaki traktowała mnie teraz, ponieważ z każdym kolejnym spotkaniem coraz wyraźniej czułem, że w mniemaniu Prudence Bletchley z naszej dawnej bliskości pozostało chyba wyłącznie prawo do oceniania mnie z góry - jej słowa potrafiły mieć w sobie tyle pobłażliwej kpiny, że czasami zastanawiałem się, czy naprawdę uważała mnie za tak żałosny przypadek, czy po prostu potrzebowała przypominać sobie, że sama wyszła z tej znajomości w lepszym stanie - zawsze potrafiła znaleźć coś, co należało skomentować, poprawić albo wykorzystać jako kolejny dowód na moje rzekome braki, a ja coraz częściej miałem wrażenie, że w jej obecności nie byłem już Aloysiusem, którego kiedyś znała, tylko nieudanym projektem, nad którym dawno temu przestała pracować, ale do którego wciąż czuła się uprawniona zgłaszać uwagi. Miała przecież swoje racje, swoje zasady i wyobrażenie o tym, jak należało postępować, najwyraźniej stanowiłem dla niej wygodny przykład tego, jak wyglądało wszystko to, czego należało unikać. Mogła patrzeć na mnie z góry, ponieważ potrafiła zachować spokój, podejmować rozsądne decyzje i nie robić z własnego życia widowiska, podczas gdy ja wciąż dostarczałem jej powodów do przewracania oczami.
Czasami miałem ochotę przypomnieć jej, że nie zawsze tak wyglądały nasze relacje, że kiedyś potrafiła śmiać się z moich głupich pomysłów, sama brała w nich udział i wcale nie przeszkadzało jej, że nie należałem do szczególnie ułożonych osób, nie zamierzałem jednak wyciągać na światło dzienne wspomnień, które najwyraźniej przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie, ani prosić jej o odrobinę dawnej życzliwości, ponieważ sama myśl o takim upokorzeniu działała mi na nerwy. Nie chciałem być kolejną osobą, która musiała udowadniać wielkiej pannie Bletchley, że zasłużyła sobie na jej uwagę, cierpliwość albo zwyczajną przyzwoitość - „niech sobie myśli, co chce, niech uważa, że mnie przejrzała, że wie, dlaczego postępuję w określony sposób i co właściwie powinienem zrobić, żeby przestać ją rozczarowywać, sra mnie to” - miała do tego prawo, tak samo jak ja miałem prawo nie traktować jej opinii jako wyroku. Tylko czasami, kiedy słyszałem tę znajomą nutę drwiny, wracało do mnie nieprzyjemne wspomnienie chłopca, który jeszcze niedawno był przekonany, że Wish i Sunny potrafią pokłócić się o wszystko, ale nigdy naprawdę się od siebie odwrócić. Chłopca, który nie potrzebował od niej wielkich deklaracji, ponieważ wystarczało mu, że była gdzieś obok, gotowa powiedzieć mu, że zachowuje się jak idiota, po czym mimo wszystko zostać na tyle długo, żeby mogli się pogodzić. Nie wiedziałem, w którym momencie przestałem być dla niej kimś wartym takiego wysiłku, ale - cóż - jak wszyscy, ona również postanowiła za mnie, kim powinienem być. Przesunąłem palcem po brzegu siedzenia, wpatrując się przed siebie i zastanawiając się, ile jeszcze podobnych wyroków zdążyła już dla mnie przygotować.
- Mam nadzieję, że przewidziałaś również moment, w którym zostaję wydziedziczony, tracę zmysły i kończę na ulicy, sprzedając rodowe srebra za kilka sykli. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Najpierw jednak spełnię wszystkie oczekiwania rodziny, potem ożenię się z kobietą, która wyjdzie za mnie pod przymusem, najlepiej po tym, jak rodzina zagrozi jej odcięciem funduszy. Następnie kochanka, oczywiście, bo trudno oczekiwać, żebym przez całe życie był wierny kobiecie, której nawet sam sobie nie wybrałem. Dzieci wychowam w przekonaniu, że kiedyś wszystko będzie ich, więc wystarczy, że poczekają. Kto wie, może któreś z nich uzna, że czekanie jest przereklamowane i poda mi coś do picia. A ja, oczywiście, będę zaskoczony. Rodzina zawsze potrafi pozytywnie zaskakiwać. - Wypowiedziałem to z taką swobodą, jakbym omawiał plan wakacji. - Będzie bestseller. Szczególnie jeśli dodasz komentarz od autora i zadbasz, żeby nikt nie wyszedł z tej historii bez skandalu.
Przez długi czas była jedną z niewielu osób, przy których nie musiałem zastanawiać się nad każdym słowem - mogłem być nieznośny, mogłem się mylić, mogłem opowiadać bzdury, nie obawiając się, że ktoś uzna to za dowód na nieodpowiednie wychowanie - teraz siedziała obok mnie i mówiła o moich problemach tak, jakby znała mnie wyłącznie z opowieści o jakimś szczególnie parszywym elemencie, może zresztą właśnie tak mnie już postrzegała. Syn Rookwoodów, z odpowiednim nazwiskiem, odpowiednimi znajomościami i odpowiednią przyszłością, którą ktoś już dawno rozpisał za mnie w rodzinnych planach. Wystarczyło się podporządkować, ukończyć właściwy staż, dostać właściwą posadę, związać się z właściwą kobietą, nie przynieść wstydu krewnym. Cała ta starannie przygotowana układanka miała jedną wadę - nikt nie pytał, czy w ogóle chciałem w niej uczestniczyć.
Nie powiedziałem, że czasami zazdrościłem jej i Eliaszowi możliwości odrzucenia całego tego towarzystwa bez zastanawiania się, jakie konsekwencje przyniesie to w domu, bo sam nie mogłem po prostu przestać bywać w określonych miejscach, zerwać znajomości, odmówić komuś spotkania albo powiedzieć, że nie mam ochoty uczestniczyć w rozmowie, której temat został ustalony jeszcze przed moim przyjściem. Wystarczyło, że nosiłem nazwisko Rookwood, żeby inni mieli wobec mnie gotowy zestaw oczekiwań, w szkole jeszcze można było udawać, że wszystko zależało od własnych decyzji, poza nią czekały kolejne etapy, starannie rozpisane przez osoby, które zdążyły zdecydować za mnie, zanim zdążyłem zastanowić się nad tym, czego sam chciałem.
Nie lubiłem, kiedy wyciągała przeszłość, szczególnie tę, w której oboje byliśmy jeszcze wystarczająco głupi, żeby wierzyć w siłę własnej sprawczości - przypomniała mi o tym bez ogródek, jakbyśmy rozmawiali o czymś, co należało do dawno zamkniętych spraw - przez ułamek sekundy nie znalazłem odpowiedzi. Pamiętałem przecież, że była pierwszą osobą, której opowiadałem o rzeczach, których nie mówiłem nikomu innemu, pamiętałem nasze rozmowy, głupie zakłady, przezwiska, plany, które układaliśmy z powagą właściwą dzieciakom przekonanym, że miały przed sobą całe życie i że będą mogły przeżyć je razem, jeśli tylko odpowiednio wcześnie wszystko ustalą.
- Cieszę się, że odzyskałaś spokój. Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci teraz nic poza własnym sumieniem. - Brzmiało to podle, ale przynajmniej nie musiałem odpowiadać na pytanie, którego nie zadała, nie musiałem przyznawać, że jej słowa zabolały mnie właśnie dlatego, że były prawdziwe. - Śpij spokojnie, Bletchley. Z pewnością wszyscy na tym skorzystamy. - Mruknąłem jeszcze, zanim oparłem głowę o siedzenie. Nie miałem prawa mieć do niej pretensji, przynajmniej nie po tym, co sam zrobiłem, ale ta świadomość wcale nie ułatwiała słuchania tego, czym we mnie celowała. Odwróciła się do szyby, więc zrobiłem to samo, uznając, że na tym zakończyliśmy tę część wieczoru - najwyraźniej oboje mieliśmy już dość powodów, żeby uznać, że nic z tego nie zostało. Nie zamierzałem urządzać sobie sentymentalnej wycieczki tylko dlatego, że postanowiła wyciągnąć stare rachunki z dawno zatrzaśniętej szuflady.
Pamiętałem naszą skalę bólu, tamten moment, gdy ustalaliśmy kolejne stopnie i spieraliśmy się o to, czy dziesiątka powinna oznaczać utratę przytomności, czy może dopiero niemożność wyduszenia z siebie przekleństwa. Mogłem otworzyć usta, nawet jeśli oznaczało to przyznanie, że coś mnie bolało, lecz teraz nie zamierzałem dawać jej tej satysfakcji. Wiedziałem, że wyglądałem żałośnie, siedząc na podłodze z zakrwawionym kolanem i różdżką, która dotąd okazała się równie użyteczna co drewniana łyżka, miałem jednak swoje powody, żeby nie wyciągać do niej ręki, zresztą, gdyby naprawdę chciała mi pomóc, mogłaby zacząć od niekomentowania każdej mojej porażki, choć podejrzewałem, że wierząc w to, oczekiwałbym od niej czegoś równie prawdopodobnego, co odwrócenie biegu Tamizy.
Przez kilka sekund wpatrywałem się w czubek własnego buta, próbując ustalić, czy ból w kolanie rzeczywiście stawał się silniejszy, czy po prostu przestałem mieć czym zająć myśli - „oba, chyba, kurwa” - zrobiłem głęboki wdech, po czym wypuściłem powietrze przez nos, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo miałem ochotę rzucić w kierowcę czymś ciężkim, najchętniej własnym butem, chociaż biorąc pod uwagę mój aktualny stan nie byłem pewien, czy zdołałbym go zdjąć w dostatecznie mało upokarzający sposób. Podjąłem jeszcze jedną próbę podźwignięcia się na siedzenie, tym razem bez użycia różdżki, bo zaklęcie lecznicze postanowiło mnie zawieść równie skutecznie jak reszta dostępnych mi możliwości - podparłem się obiema rękami i spróbowałem przesunąć zdrową nogę pod siebie, ale autobus szarpnął na zakręcie, przez co musiałem natychmiast złapać się metalowej podpory siedzenia. Ból przeszedł przez kolano ostrym, nieprzyjemnym impulsem, a ja zacisnąłem zęby, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku, który mógłby dostarczyć Bletchley dodatkowych powodów do satysfakcji, zwłaszcza że zdecydowanie miała mnie na oku, zważywszy na to, co padło z jej ust zaledwie chwilę później.
Głos Prudence dotarł do mnie wyraźnie, podobnie jak kilka spojrzeń pasażerów, które poczułem na sobie, zanim zdążyłem odwrócić głowę. Nie zamierzałem robić z tego przedstawienia, niemniej chyba właśnie w nim uczestniczyłem, bo parę osób zdecydowanie już zwróciło uwagę na to, że leżałem na podłodze, jedna z siedzących w pobliżu kobiet odwróciła wzrok z udawaną dyskrecją, ale druga najwyraźniej uznała, że sytuacja była wystarczająco interesująca, by nadal nie się przyglądać, jednocześnie nie oferując nic poza zaciekawionym wzrokiem - „świetnie, brakowało mi jeszcze publiczności, najlepiej takiej, która mogłaby później opowiedzieć komuś, jak Aloysius Jebany Rookwood urządził sobie wieczór na podłodze starego autobusu i odmówił przyjęcia wyciągniętej dłoni troskliwej dziewczyny” - wbiłem różdżkę mocniej w dłoń, choć nie bardzo wiedziałem, co zamierzałem dzięki temu osiągnąć. Prue również nie spuszczała mnie z oczu, co było szczególnie niepotrzebne, zważywszy na to, że jej ostatnia próba pomocy skończyła się moją odmową.
Wypuściłem powietrze nosem i przez moment przyglądałem się jej z miejsca, w którym wylądowałem, zastanawiając się, jakim chujem potrafiła być jeszcze bardziej nieznośna, kiedy próbowała zachowywać się przyzwoicie.
- Potrzebuję przede wszystkim nowego przewoźnika. - Odparłem burkliwie, nawet jeśli przez moment rozważałem, czy nie powinienem po prostu przyznać, że potrzebowałem pomocy i zakończyć tę całą farsę, ale myśl o tym, że musiałbym nie tylko pozwolić jej podejść, uklęknąć obok mnie i zobaczyć, w jakim właściwie byłem stanie, lecz także prosić o to, aby zdecydowała się to zrobić, skutecznie mnie od tego odwiodła. Jeszcze mniej podobało mi się, że część mnie chciała, żeby podeszła, choć przecież sam przed chwilą zrobiłem wszystko, żeby ją odpędzić.
- Wiesz co, Bletchley? Jesteś niesamowita. „Dojeżdżać do pacjenta”, nie „dojeżdżać pacjenta”. Zdarza się, szczególnie początkującym sadystkom. - Zaśmiałem się krótko, niedowierzająco, choć zaraz tego pożałowałem, bo ten ruch szarpnął moim obolałym bokiem. - Z taką skutecznością będziesz miała pełne ręce roboty. Głównie przy pisaniu aktów zgonu. - Burknąłem pod nosem, ciszej, nie odrywając wzroku od własnego kolana. Jej propozycja była irytująco prosta, co wcale nie znaczyło, że potrafiłem z niej bezmyślnie skorzystać. Przetarłem dłonią czoło, dopiero wtedy zauważając, że miałem na palcach trochę krwi, spojrzałem na nią z niechęcią, nietrudno było stwierdzić, skąd dokładnie pochodziła, ale to akurat niczego nie polepszało. - Nie krępuj się, możesz dać mi zalecenia przez megafon. - Rzuciłem głośniej, nim wsunąłem różdżkę do kieszeni, bo dalsze machanie nią w tej pozycji zaczynało wyglądać żałośnie nawet według moich standardów.
Siedziałem obok niej, rozparty na siedzeniu w sposób, który z pewnością uznawała za kolejny przejaw mojego nieznośnego charakteru i z uporem godnym lepszej sprawy udawałem, że cała ta podróż była mi doskonale obojętna. Autokar podskakiwał na nierównościach, za oknami przesuwały się ciemne plamy pól i pojedyncze światła mijanych domostw, kierowca najwyraźniej uważał ograniczenia prędkości za sugestię przeznaczoną dla mugoli i mniej utalentowanych motoryzacyjnie czarodziejów, podczas gdy Prue siedziała obok mnie, wyraźnie zmęczona po całym wieczorze, lecz wciąż gotowa odpowiedzieć na każdą wypowiedź uznaną przez siebie za zaczepkę - powinienem był zostawić ją w spokoju - wiedziałem o tym od dłuższego czasu, tylko jakoś nigdy nie należałem do osób, które potrafiły wykorzystać taką wiedzę w praktyce, nawet jeśli początkowo usiłowałem przekonać samego siebie, że jej towarzystwo wcale mi dziś nie przeszkadzało. Wychodziło mi to całkiem dobrze, dopóki nie otwierała ust, bo wtedy przypominałem sobie wszystkie powody, dla których powinienem był wrócić do domu, zamiast wsiadać do tego złomu. Przez ten krótki czas nawet zapomniałem, że Prudence Bletchley miała wyjątkowy talent do wyciągania ze mnie najgorszych cech.
Spojrzałem na nią z ukosa - „wsparcie” - ładnie to nazwała. Gdyby rzeczywiście chciała mi pomóc, pewnie nie musiałaby przypominać mi o swojej wyrozumiałej naturze w samym środku kłótni, ale przecież od dawna miała własną definicję życzliwości. Kiedyś znałem ją na tyle dobrze, żeby odróżnić jej złośliwość od zwykłego żartu, wiedziałem, kiedy prowokowała mnie dla zabawy, kiedy była naprawdę zła, kiedy należało odpuścić, nawet jeśli ostatnie słowo aż prosiło się o wypowiedzenie, teraz miałem wrażenie, że za każdym razem musiałem zgadywać, z jaką wersją Prue rozmawiam i najczęściej była to właśnie ta, która nakazywała mi się z nią kłócić dosłownie o każde słowo. Było to dziecinne, trudno, najwyraźniej oboje mieliśmy jeszcze sporo do nadrobienia w kwestii dojrzałości.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, po czym oparłem się wygodniej, chociaż jej słowa zdążyły już mnie zirytować. Naprawdę uważała, że powinienem jej za cokolwiek dziękować? Za co właściwie, za kilka uwag rzuconych z taką satysfakcją, że można by pomyśleć, iż od lat czekała na okazję, żeby wreszcie powiedzieć mi coś przykrego?
- Wsparcie z twojej strony przypomina raczej próbę uduszenia tonącego, żeby nie musiał się dłużej męczyć. - Zerknąłem na nią, a potem wróciłem wzrokiem do drogi. - Zachowaj je dla kogoś, kto nie ma wyboru. Na przykład dla własnego brata. Spróbuj na nim, może będzie miał wystarczająco dużo cierpliwości, żeby udawać, że cię słucha. - Przesunąłem językiem po zębach, szukając kolejnego argumentu, który mógłby ją zaboleć. - Swoją drogą, podziwiam Eliasza. Biedak nie ma nawet możliwości odesłać cię do diabła i wysiąść z tej relacji na najbliższym przystanku. - Rozparłem się na siedzeniu, zerkając na nią z rozbawieniem, którego wcale nie czułem.
Miałem osiemnaście lat i coraz częściej odnosiłem wrażenie, że wszyscy wokół zdążyli już przeżyć za mnie całe życie, wybrać mi przyszłość, ustalić, jakie decyzje powinienem podejmować, z kim powinienem się zadawać i w którym momencie wypadałoby wreszcie przestać zachowywać się tak, jakbym miał cokolwiek do powiedzenia we własnej sprawie. Każdy, dosłownie każdy, miał jakąś wizję Aloysiusa Rookwooda - jedni widzieli we mnie przyszłego dziedzica, inni człowieka, który powinien wreszcie zacząć traktować swoje nazwisko z należytą powagą, jeszcze inni najwyraźniej uznawali, że wystarczyło odpowiednio długo mi się przyglądać, żeby móc bezbłędnie przewidzieć każdy mój kolejny krok - wszyscy wiedzieli, co będzie dla mnie najlepsze, wszyscy mieli gotowe odpowiedzi, wszyscy zdawali się doskonale rozumieć, czego potrzebowałem, choć nikt specjalnie nie trudził się, żeby mnie o to zapytać. Zabawne, jak łatwo przychodziło im opowiadanie o mojej przyszłości, kiedy nawet nie potrafili porozumieć się ze mną w sprawie teraźniejszości. Miałem wrażenie, że od tak dawna funkcjonowałem w cudzych wyobrażeniach, w których nie pozostawiono mi zbyt wiele miejsca na własne zdanie, iż każda próba wyjścia poza wyznaczone granice stawała się kolejnym dowodem na to, że najwyraźniej ktoś powinien wziąć mnie wreszcie w karby. Najgorsze było chyba to, że wszyscy byli przekonani, iż znają mnie doskonale, aż do kości, że wystarczyło jedno spojrzenie, kilka wspólnych lat albo garść opowieści zasłyszanych przy odpowiednim stole, żeby zyskać prawo do wydawania sądów na temat tego, kim byłem i kim powinienem się stać. Wiedzieli, kiedy byłem uparty, kiedy próżny, kiedy zachowywałem się nieodpowiedzialnie, kiedy należało przemówić mi do rozsądku, a kiedy zwyczajnie zostawić mnie w spokoju, choć, rzecz jasna, w tej ostatniej kwestii również bardzo rzadko potrafili dojść do właściwych wniosków - mieli swoje interpretacje moich zachowań, własne wyjaśnienia moich decyzji i nieustanną potrzebę przypominania mi, że powinienem być kimś innym, niż akurat byłem. Czasami zastanawiałem się, czy gdybym pewnego dnia postanowił zrobić dokładnie to, czego ode mnie oczekiwali, uznaliby, że wreszcie udało im się naprawić coś, co od początku uważali za wadliwe. Nie miałem już szczególnej ochoty się tłumaczyć, zwłaszcza że każde wyjaśnienie zdawało się jedynie dostarczać im kolejnych argumentów, którymi mogli później posługiwać się przeciwko mnie - wystarczyło, że powiedziałem coś nieodpowiedniego, podjąłem złą decyzję albo nie zachowałem się tak, jak należało, żeby natychmiast pojawił się ktoś gotowy wyjaśnić mi, co właściwie powinienem był zrobić. A jednak najbardziej dotkliwe były dla mnie te uwagi, które dochodziły z ust osoby, której przez długi czas przyznawałem zupełnie inne miejsce niż pozostałym.
Prudence - moja dawna ulubiona osoba, moja Pruey, Sunny - ktoś, komu kiedyś ufałem bez szczególnego zastanawiania się nad tym, czy powinienem zostawiać mu dostęp do wszystkich tych części siebie, których nie pokazywałem pozostałym. Pamiętałem jeszcze, jak łatwo przychodziło mi szukanie jej towarzystwa, jak naturalne wydawało się założenie, że niezależnie od tego, co akurat wydarzyło się między nami, następnego dnia wciąż będziemy mieli sobie coś do powiedzenia. Byłem chyba wystarczająco naiwny, żeby sądzić, że taka znajomość wytrzyma więcej niż kilka lat, parę nieprzyjemnych rozmów, złych decyzji i okres, w którym przestałem być szczególnie wdzięcznym towarzystwem. Nie oczekiwałem od niej ślepej lojalności ani bezwarunkowego przytakiwania, nie potrzebowałem też, żeby za każdym razem stawała po mojej stronie, kiedy sam pakowałem się w kolejne kłopoty, lecz był taki moment, gdy nader wszystko potrzebowałem jej obecności i odrobiny uporu, tego przekonania, że warto było jeszcze spróbować do mnie dotrzeć, nawet jeśli wymagałoby to podniesienia głosu, powiedzenia kilku przykrych rzeczy prosto w twarz i zmierzenia się z odpowiedziami, które mogłyby jej się nie spodobać. Nigdy jednak nie zdecydowała się nawet na tę ostatnią rzecz, nie stanęła ze mną twarzą w twarz, nie próbowała przedrzeć się przez moje milczenie ani sprawdzić, czy pod całą tą nieprzyjemną otoczką wciąż znajdował się ktoś, kogo kiedyś uważała za bliskiego - po prostu zrezygnowała - wystarczyło, że przestałem być łatwy w obyciu, że moje towarzystwo zaczęło wymagać czegoś więcej niż zwyczajnej, typowej dla niej cierpliwości, żeby uznała, że nie warto było już się mną zajmować. Właśnie tego nie potrafiłem jej wybaczyć, nawet jeśli nigdy nie zdobyłem się na powiedzenie tego na głos, ponieważ zbyt wiele razy zdążyłem już usłyszeć, że powinienem wreszcie zająć się sobą. Łatwo było udzielać takich rad, kiedy samemu nie musiało się żyć z poczuciem, że ktoś, komu powierzyło się całkiem sporo, uznał waszą przyjaźń za coś, z czego dało się zrezygnować bez szczególnego wysiłku. Jeszcze trudniej było mi zaakceptować sposób, w jaki traktowała mnie teraz, ponieważ z każdym kolejnym spotkaniem coraz wyraźniej czułem, że w mniemaniu Prudence Bletchley z naszej dawnej bliskości pozostało chyba wyłącznie prawo do oceniania mnie z góry - jej słowa potrafiły mieć w sobie tyle pobłażliwej kpiny, że czasami zastanawiałem się, czy naprawdę uważała mnie za tak żałosny przypadek, czy po prostu potrzebowała przypominać sobie, że sama wyszła z tej znajomości w lepszym stanie - zawsze potrafiła znaleźć coś, co należało skomentować, poprawić albo wykorzystać jako kolejny dowód na moje rzekome braki, a ja coraz częściej miałem wrażenie, że w jej obecności nie byłem już Aloysiusem, którego kiedyś znała, tylko nieudanym projektem, nad którym dawno temu przestała pracować, ale do którego wciąż czuła się uprawniona zgłaszać uwagi. Miała przecież swoje racje, swoje zasady i wyobrażenie o tym, jak należało postępować, najwyraźniej stanowiłem dla niej wygodny przykład tego, jak wyglądało wszystko to, czego należało unikać. Mogła patrzeć na mnie z góry, ponieważ potrafiła zachować spokój, podejmować rozsądne decyzje i nie robić z własnego życia widowiska, podczas gdy ja wciąż dostarczałem jej powodów do przewracania oczami.
Czasami miałem ochotę przypomnieć jej, że nie zawsze tak wyglądały nasze relacje, że kiedyś potrafiła śmiać się z moich głupich pomysłów, sama brała w nich udział i wcale nie przeszkadzało jej, że nie należałem do szczególnie ułożonych osób, nie zamierzałem jednak wyciągać na światło dzienne wspomnień, które najwyraźniej przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie, ani prosić jej o odrobinę dawnej życzliwości, ponieważ sama myśl o takim upokorzeniu działała mi na nerwy. Nie chciałem być kolejną osobą, która musiała udowadniać wielkiej pannie Bletchley, że zasłużyła sobie na jej uwagę, cierpliwość albo zwyczajną przyzwoitość - „niech sobie myśli, co chce, niech uważa, że mnie przejrzała, że wie, dlaczego postępuję w określony sposób i co właściwie powinienem zrobić, żeby przestać ją rozczarowywać, sra mnie to” - miała do tego prawo, tak samo jak ja miałem prawo nie traktować jej opinii jako wyroku. Tylko czasami, kiedy słyszałem tę znajomą nutę drwiny, wracało do mnie nieprzyjemne wspomnienie chłopca, który jeszcze niedawno był przekonany, że Wish i Sunny potrafią pokłócić się o wszystko, ale nigdy naprawdę się od siebie odwrócić. Chłopca, który nie potrzebował od niej wielkich deklaracji, ponieważ wystarczało mu, że była gdzieś obok, gotowa powiedzieć mu, że zachowuje się jak idiota, po czym mimo wszystko zostać na tyle długo, żeby mogli się pogodzić. Nie wiedziałem, w którym momencie przestałem być dla niej kimś wartym takiego wysiłku, ale - cóż - jak wszyscy, ona również postanowiła za mnie, kim powinienem być. Przesunąłem palcem po brzegu siedzenia, wpatrując się przed siebie i zastanawiając się, ile jeszcze podobnych wyroków zdążyła już dla mnie przygotować.
- Mam nadzieję, że przewidziałaś również moment, w którym zostaję wydziedziczony, tracę zmysły i kończę na ulicy, sprzedając rodowe srebra za kilka sykli. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - Najpierw jednak spełnię wszystkie oczekiwania rodziny, potem ożenię się z kobietą, która wyjdzie za mnie pod przymusem, najlepiej po tym, jak rodzina zagrozi jej odcięciem funduszy. Następnie kochanka, oczywiście, bo trudno oczekiwać, żebym przez całe życie był wierny kobiecie, której nawet sam sobie nie wybrałem. Dzieci wychowam w przekonaniu, że kiedyś wszystko będzie ich, więc wystarczy, że poczekają. Kto wie, może któreś z nich uzna, że czekanie jest przereklamowane i poda mi coś do picia. A ja, oczywiście, będę zaskoczony. Rodzina zawsze potrafi pozytywnie zaskakiwać. - Wypowiedziałem to z taką swobodą, jakbym omawiał plan wakacji. - Będzie bestseller. Szczególnie jeśli dodasz komentarz od autora i zadbasz, żeby nikt nie wyszedł z tej historii bez skandalu.
Przez długi czas była jedną z niewielu osób, przy których nie musiałem zastanawiać się nad każdym słowem - mogłem być nieznośny, mogłem się mylić, mogłem opowiadać bzdury, nie obawiając się, że ktoś uzna to za dowód na nieodpowiednie wychowanie - teraz siedziała obok mnie i mówiła o moich problemach tak, jakby znała mnie wyłącznie z opowieści o jakimś szczególnie parszywym elemencie, może zresztą właśnie tak mnie już postrzegała. Syn Rookwoodów, z odpowiednim nazwiskiem, odpowiednimi znajomościami i odpowiednią przyszłością, którą ktoś już dawno rozpisał za mnie w rodzinnych planach. Wystarczyło się podporządkować, ukończyć właściwy staż, dostać właściwą posadę, związać się z właściwą kobietą, nie przynieść wstydu krewnym. Cała ta starannie przygotowana układanka miała jedną wadę - nikt nie pytał, czy w ogóle chciałem w niej uczestniczyć.
Nie powiedziałem, że czasami zazdrościłem jej i Eliaszowi możliwości odrzucenia całego tego towarzystwa bez zastanawiania się, jakie konsekwencje przyniesie to w domu, bo sam nie mogłem po prostu przestać bywać w określonych miejscach, zerwać znajomości, odmówić komuś spotkania albo powiedzieć, że nie mam ochoty uczestniczyć w rozmowie, której temat został ustalony jeszcze przed moim przyjściem. Wystarczyło, że nosiłem nazwisko Rookwood, żeby inni mieli wobec mnie gotowy zestaw oczekiwań, w szkole jeszcze można było udawać, że wszystko zależało od własnych decyzji, poza nią czekały kolejne etapy, starannie rozpisane przez osoby, które zdążyły zdecydować za mnie, zanim zdążyłem zastanowić się nad tym, czego sam chciałem.
Nie lubiłem, kiedy wyciągała przeszłość, szczególnie tę, w której oboje byliśmy jeszcze wystarczająco głupi, żeby wierzyć w siłę własnej sprawczości - przypomniała mi o tym bez ogródek, jakbyśmy rozmawiali o czymś, co należało do dawno zamkniętych spraw - przez ułamek sekundy nie znalazłem odpowiedzi. Pamiętałem przecież, że była pierwszą osobą, której opowiadałem o rzeczach, których nie mówiłem nikomu innemu, pamiętałem nasze rozmowy, głupie zakłady, przezwiska, plany, które układaliśmy z powagą właściwą dzieciakom przekonanym, że miały przed sobą całe życie i że będą mogły przeżyć je razem, jeśli tylko odpowiednio wcześnie wszystko ustalą.
- Cieszę się, że odzyskałaś spokój. Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci teraz nic poza własnym sumieniem. - Brzmiało to podle, ale przynajmniej nie musiałem odpowiadać na pytanie, którego nie zadała, nie musiałem przyznawać, że jej słowa zabolały mnie właśnie dlatego, że były prawdziwe. - Śpij spokojnie, Bletchley. Z pewnością wszyscy na tym skorzystamy. - Mruknąłem jeszcze, zanim oparłem głowę o siedzenie. Nie miałem prawa mieć do niej pretensji, przynajmniej nie po tym, co sam zrobiłem, ale ta świadomość wcale nie ułatwiała słuchania tego, czym we mnie celowała. Odwróciła się do szyby, więc zrobiłem to samo, uznając, że na tym zakończyliśmy tę część wieczoru - najwyraźniej oboje mieliśmy już dość powodów, żeby uznać, że nic z tego nie zostało. Nie zamierzałem urządzać sobie sentymentalnej wycieczki tylko dlatego, że postanowiła wyciągnąć stare rachunki z dawno zatrzaśniętej szuflady.
Pamiętałem naszą skalę bólu, tamten moment, gdy ustalaliśmy kolejne stopnie i spieraliśmy się o to, czy dziesiątka powinna oznaczać utratę przytomności, czy może dopiero niemożność wyduszenia z siebie przekleństwa. Mogłem otworzyć usta, nawet jeśli oznaczało to przyznanie, że coś mnie bolało, lecz teraz nie zamierzałem dawać jej tej satysfakcji. Wiedziałem, że wyglądałem żałośnie, siedząc na podłodze z zakrwawionym kolanem i różdżką, która dotąd okazała się równie użyteczna co drewniana łyżka, miałem jednak swoje powody, żeby nie wyciągać do niej ręki, zresztą, gdyby naprawdę chciała mi pomóc, mogłaby zacząć od niekomentowania każdej mojej porażki, choć podejrzewałem, że wierząc w to, oczekiwałbym od niej czegoś równie prawdopodobnego, co odwrócenie biegu Tamizy.
Przez kilka sekund wpatrywałem się w czubek własnego buta, próbując ustalić, czy ból w kolanie rzeczywiście stawał się silniejszy, czy po prostu przestałem mieć czym zająć myśli - „oba, chyba, kurwa” - zrobiłem głęboki wdech, po czym wypuściłem powietrze przez nos, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo miałem ochotę rzucić w kierowcę czymś ciężkim, najchętniej własnym butem, chociaż biorąc pod uwagę mój aktualny stan nie byłem pewien, czy zdołałbym go zdjąć w dostatecznie mało upokarzający sposób. Podjąłem jeszcze jedną próbę podźwignięcia się na siedzenie, tym razem bez użycia różdżki, bo zaklęcie lecznicze postanowiło mnie zawieść równie skutecznie jak reszta dostępnych mi możliwości - podparłem się obiema rękami i spróbowałem przesunąć zdrową nogę pod siebie, ale autobus szarpnął na zakręcie, przez co musiałem natychmiast złapać się metalowej podpory siedzenia. Ból przeszedł przez kolano ostrym, nieprzyjemnym impulsem, a ja zacisnąłem zęby, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku, który mógłby dostarczyć Bletchley dodatkowych powodów do satysfakcji, zwłaszcza że zdecydowanie miała mnie na oku, zważywszy na to, co padło z jej ust zaledwie chwilę później.
Głos Prudence dotarł do mnie wyraźnie, podobnie jak kilka spojrzeń pasażerów, które poczułem na sobie, zanim zdążyłem odwrócić głowę. Nie zamierzałem robić z tego przedstawienia, niemniej chyba właśnie w nim uczestniczyłem, bo parę osób zdecydowanie już zwróciło uwagę na to, że leżałem na podłodze, jedna z siedzących w pobliżu kobiet odwróciła wzrok z udawaną dyskrecją, ale druga najwyraźniej uznała, że sytuacja była wystarczająco interesująca, by nadal nie się przyglądać, jednocześnie nie oferując nic poza zaciekawionym wzrokiem - „świetnie, brakowało mi jeszcze publiczności, najlepiej takiej, która mogłaby później opowiedzieć komuś, jak Aloysius Jebany Rookwood urządził sobie wieczór na podłodze starego autobusu i odmówił przyjęcia wyciągniętej dłoni troskliwej dziewczyny” - wbiłem różdżkę mocniej w dłoń, choć nie bardzo wiedziałem, co zamierzałem dzięki temu osiągnąć. Prue również nie spuszczała mnie z oczu, co było szczególnie niepotrzebne, zważywszy na to, że jej ostatnia próba pomocy skończyła się moją odmową.
Wypuściłem powietrze nosem i przez moment przyglądałem się jej z miejsca, w którym wylądowałem, zastanawiając się, jakim chujem potrafiła być jeszcze bardziej nieznośna, kiedy próbowała zachowywać się przyzwoicie.
- Potrzebuję przede wszystkim nowego przewoźnika. - Odparłem burkliwie, nawet jeśli przez moment rozważałem, czy nie powinienem po prostu przyznać, że potrzebowałem pomocy i zakończyć tę całą farsę, ale myśl o tym, że musiałbym nie tylko pozwolić jej podejść, uklęknąć obok mnie i zobaczyć, w jakim właściwie byłem stanie, lecz także prosić o to, aby zdecydowała się to zrobić, skutecznie mnie od tego odwiodła. Jeszcze mniej podobało mi się, że część mnie chciała, żeby podeszła, choć przecież sam przed chwilą zrobiłem wszystko, żeby ją odpędzić.
- Wiesz co, Bletchley? Jesteś niesamowita. „Dojeżdżać do pacjenta”, nie „dojeżdżać pacjenta”. Zdarza się, szczególnie początkującym sadystkom. - Zaśmiałem się krótko, niedowierzająco, choć zaraz tego pożałowałem, bo ten ruch szarpnął moim obolałym bokiem. - Z taką skutecznością będziesz miała pełne ręce roboty. Głównie przy pisaniu aktów zgonu. - Burknąłem pod nosem, ciszej, nie odrywając wzroku od własnego kolana. Jej propozycja była irytująco prosta, co wcale nie znaczyło, że potrafiłem z niej bezmyślnie skorzystać. Przetarłem dłonią czoło, dopiero wtedy zauważając, że miałem na palcach trochę krwi, spojrzałem na nią z niechęcią, nietrudno było stwierdzić, skąd dokładnie pochodziła, ale to akurat niczego nie polepszało. - Nie krępuj się, możesz dać mi zalecenia przez megafon. - Rzuciłem głośniej, nim wsunąłem różdżkę do kieszeni, bo dalsze machanie nią w tej pozycji zaczynało wyglądać żałośnie nawet według moich standardów.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)