25.03.2023, 00:16 ✶
Była przy nim szczęśliwa. To szczęście objawiało się we wszystkim, co robiła, co mówiła i co pokazywała mu przez ostatnią godzinę. Uchodziła w towarzystwie za delikatną duszę, wielu zarzucało jej zbytnią dziecinność, ale zwłaszcza teraz, kiedy byli ze sobą tak blisko, Charles mógł dostrzec, że tej dziecinności nie było w niej wcale. Macmillan dorosła. Dojrzała. Zmieniło się jej ciało, ale zmieniło się też jej zachowanie - częściej zadzierała głowę, nie bała się też słów, zdecydowanie niepasujących do eterycznej aparycji młodej kapłanki, podejmowała coraz więcej decyzji zgodnych z własnym sumieniem, a nie narzuconych jej przez konwenanse. I nie była wcale głupia, chociaż lubiła robić z siebie głupią. Zmienił ją na pewno czas, to nie ulegało wątpliwości, ale być może to wszystko stało się również za sprawą Murtagha opuszczającego kowen. To były pierwsze lata jej życia, kiedy nie mówiła o nim ciągle. Kiedy nie biegała za nim krok w krok, kiedy nie naśladowała tego, co robił i nie komentowała każdego westchnienia, jakie wydobywało się z ust jej starszego brata. Teraz była sama. I to, kim była naprawdę, zaczynało wyłaniać się na powierzchnię.
Kąpiąc się w blasku księżyca, spojrzała na Charlesa zadziornie.
- Pani Księżyca jest już widoczna na niebie... Zaraz zaczną glać moją ulubioną pieśń, tę o cyklu dnia i nocy. To słuchając właśnie jej, pielwszy raz w swoim życiu doświadczyłam Eutieh'i.
Przez moment chciała się nawet stąd ruszyć, ale szybko zaniechała temu pomysłowi. Leżąc z nim na rozgrzanej ziemi, mogąc zachwycić się widokiem Rookwooda z tak bliska, zrezygnowałaby z wielu kuszących pomysłów, aby nie przerywać tego kontaktu. Niestety życie miało dla niej inny scenariusz. Wpierw usłyszeli pisk. Kobieta, która została uderzona wyładowaniem magicznym, znajdowała się nieopodal nich. Sarah instynktownie obciągnęła w dół sukienkę i spojrzała porozumiewawczo na swojego towarzysza. Podnieśli się szybko. Tak szybko, że Macmillanówna upadłaby na ziemię, gdyby chłopak nie przytrzymał jej w miejscu siłą swoich mięśni. Muzyka przestała grać, ludzie zaczęli uciekać, a ich dwójka zaczęła panicznie poprawiać bieliznę, by ruszyć pędem w przeciwnym kierunku, niż fala uciekających czarodziejów. Trzymając się silnie za dłonie, biegli do przodu, oboje nie potrafiąc jak gdyby nigdy nic porzucić myśli o swojej rodzinie i znajomych.
Kiedy dotarli na skraj polany, dostrzegli zgliszcza wspaniałego przyjęcia, jakie miało tu miejsce chwilę temu. Nie dostrzegli nikogo ze swoich znajomych, Sarah pociągnęła go więc w stronę wozów, gdzie szybko dopadł ich jej ojciec. Wymienili kilka panicznych zdań o ucieczce, a później... Jej ojciec wyrwał ją z uścisku Charlesa i przerzucił przez swoje ramię.
- ...co? Tato? TATO? NIE MOŻESZ GO TAK ZOSTAWIĆ, NIE MOŻE-
Spanikowana, zaczęła uderzać go pięściami w plecy, ale wątłe ramiona uderzały w nie tak lekko, że prawdopodobnie nie rozbiłyby jajka. Ostatkiem sił sięgnęła po Rookwooda, ale jej ojciec rozpoczął już inkantację. Trzymając swoją córkę, przy okazji łapiąc też próbującą rozdzielić ich Effimery, teleportował się poza ten obszar. Ostatnim, co widział Charles, zanim zniknęli, była zapłakana twarzy Sary, która przybrała wyraz największego, jakie widział z jej strony przerażenia.
Kąpiąc się w blasku księżyca, spojrzała na Charlesa zadziornie.
- Pani Księżyca jest już widoczna na niebie... Zaraz zaczną glać moją ulubioną pieśń, tę o cyklu dnia i nocy. To słuchając właśnie jej, pielwszy raz w swoim życiu doświadczyłam Eutieh'i.
Przez moment chciała się nawet stąd ruszyć, ale szybko zaniechała temu pomysłowi. Leżąc z nim na rozgrzanej ziemi, mogąc zachwycić się widokiem Rookwooda z tak bliska, zrezygnowałaby z wielu kuszących pomysłów, aby nie przerywać tego kontaktu. Niestety życie miało dla niej inny scenariusz. Wpierw usłyszeli pisk. Kobieta, która została uderzona wyładowaniem magicznym, znajdowała się nieopodal nich. Sarah instynktownie obciągnęła w dół sukienkę i spojrzała porozumiewawczo na swojego towarzysza. Podnieśli się szybko. Tak szybko, że Macmillanówna upadłaby na ziemię, gdyby chłopak nie przytrzymał jej w miejscu siłą swoich mięśni. Muzyka przestała grać, ludzie zaczęli uciekać, a ich dwójka zaczęła panicznie poprawiać bieliznę, by ruszyć pędem w przeciwnym kierunku, niż fala uciekających czarodziejów. Trzymając się silnie za dłonie, biegli do przodu, oboje nie potrafiąc jak gdyby nigdy nic porzucić myśli o swojej rodzinie i znajomych.
Kiedy dotarli na skraj polany, dostrzegli zgliszcza wspaniałego przyjęcia, jakie miało tu miejsce chwilę temu. Nie dostrzegli nikogo ze swoich znajomych, Sarah pociągnęła go więc w stronę wozów, gdzie szybko dopadł ich jej ojciec. Wymienili kilka panicznych zdań o ucieczce, a później... Jej ojciec wyrwał ją z uścisku Charlesa i przerzucił przez swoje ramię.
- ...co? Tato? TATO? NIE MOŻESZ GO TAK ZOSTAWIĆ, NIE MOŻE-
Spanikowana, zaczęła uderzać go pięściami w plecy, ale wątłe ramiona uderzały w nie tak lekko, że prawdopodobnie nie rozbiłyby jajka. Ostatkiem sił sięgnęła po Rookwooda, ale jej ojciec rozpoczął już inkantację. Trzymając swoją córkę, przy okazji łapiąc też próbującą rozdzielić ich Effimery, teleportował się poza ten obszar. Ostatnim, co widział Charles, zanim zniknęli, była zapłakana twarzy Sary, która przybrała wyraz największego, jakie widział z jej strony przerażenia.
Postać opuszcza sesję
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.