27.03.2023, 00:34 ✶
Nie chodziło o żadne wpadanie w tarapaty, a tym bardziej o jakieś eliksiry. Bardzo dobrze znał i był świadom swoich ograniczeń, dlatego doskonale wiedział kiedy jego zapasy się wyczerpują. Chora ambicja nie dopuszczały do takich sytuacji kiedy miałby o poranku przed wyjściem do pracy wypić ostatnią, posiadaną porcję i dopiero potem martwić się co dalej. Gaskonada przykrywała butę którą w sobie kisił, chowając się za sarkazmem i ironią fakt, że choroba odebrała mu wyśmienitą kondycję sportowca. Dlatego z ostrożnością dbał o to co mu ze zdrowia pozostało, by być w należytej formie i sprostać nowym oczekiwaniom jakie czekały na niego w Kromlechu. No bo właśnie o tej kategorii sprawę cały czas chodziło, przecież nie naruszałby jej miru domowego o tak późnej porze dla kilku magicznych fiolek. Minęło raptem, a być może aż, kilka dni od ich wspólnego spotkania w lokalu na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Cały ten czas zależało mu na dyskretnym spotkaniu i rozmowie z Cynthią, by wyjaśnić tę mętną głębinę, ciężkich myśli. W końcu wplątał ją w przestępstwo przy współpracy z zorganizowaną grupą czarnoksiężników. No, a jeśli faktycznie chciał się nazywać się jej przyjacielem, to te wyjaśnienia w sposób oczywisty należały się jej bez wątpienia. Zaczął szukać kontaktu z Cynthią tak szybko jak było to możliwe. Zahipnotyzowanie sędziego, usunięcie jego wspomnień, odstawienie ofiary na miejsce i samo oczekiwanie na wyrok końcowy w rozprawie śmierciożercy, na rzecz którego konspirowali, wymagało sporo czasu. Dopiero kiedy był już pewien, że wszystko skończyło się zgodnie z planem, zamierzał spotkać się z srebrnowłosą, by rozwiązać sytuację. Z drugiej też strony był też ciekaw, być może odrobinę zbyt obcesowo, jaki ona ma do tego wszystkiego stosunek, no i czy w końcu udało się mu wywrzeć na niej wrażenie.
U jej progu pojawił się w już pierwszy wieczór kiedy tylko dostał cynk od łącznika z organizacji, że sprawa przebiegła pomyślnie. Ucieszył się, ale nie tylko dlatego, że dzięki temu lada moment otrzyma zaszczyt złożenia ślubów, ale że w końcu będzie mógł zobaczyć pannę Flint. W pierwszym odczuciu faktycznie był odrobinę zmieszany tym jak bez precedensów i lekkością zaprosiła go do siebie, a nie zamknęła mu drzwi prosto przed twarzą, o co przez chwilę martwił się, stojąc przed wielkimi drzwiami posiadłości Flintów. Wchodząc do środka, wyjął różdżkę i prostym zaklęciem wyparował wilgoć po deszczu z czarnej, skórzanej kurtki, a z podeszwy ciemnych, ciężkich i wysokich butów wyjętych jakby z demobilu, zdjął błoto i kurz, by nie zabrudzić czystej posadzki rezydencji. Tego wieczoru zostawił w szafie na wieszakach swoje koszule i marynarki, wybierając nieco bardziej awanturniczy styl.
- Poproszę, to na pewno trochę ułatwi. - odrzekł spokojnym tonem, próbując iść za jej ciosem i również zgrywać całkiem niewzruszonego. Tak jakby niespełna tydzień wcześniej wcale nie pogwałcili kilku, a może kilkunastu paragrafów magicznego kodeksu karnego. Usiadł wygodnie we wskazanym miejscu, poprawiając, jeszcze lekko rozwiane od lotu miotłą, włosy. Czuł się raczej komfortowo w tak wielkim domu, który przypominał mu swój własny z czasów szkolnych. Dobrze się odnajdywał w takiej aurze i atmosferze przyzwyczajony do salonowych klimatów. - Wiesz, chciałem Ci podziękować za Twoją pomoc. Bez Ciebie bym sobie nie poradził. - zaczął w miarę taktownie, na tyle ile mógł sobie z początku pozwolić. Tym razem nie zamierzał owijać w bawełnę. Jeśli Cynthia będzie chciała wylać na niego kilka garści żalu to nie miał z tym problemu. Nie chciał, żeby porzuciła z nim znajomość, myśląc że stał się jakimś terrorystą, który sprowadzi na nią tylko jeszcze więcej niebezpieczeństw. - Dlatego chciałem Cię też... - zachwiał się lekko, robiąc drobną pauzę przy odbieraniu swojego napitku - - zapytać jak się czujesz, po tym wszystkim. - zmienił kierunek wypowiedzi, bo zwykłe "przepraszam" nijak nie chciało przejść mu przez gardło. Być może to jego egocentryzm, albo pyszałkowatość. To nie tak, że odmawiał jej prawa do bycia oburzoną za to w co ją wpakował, ale przy tym wszystkim skłamałby gdyby powiedział, że czuje się winny. Wszystko wydarzyło się tak jak to planował, tak jak tego chciał.
U jej progu pojawił się w już pierwszy wieczór kiedy tylko dostał cynk od łącznika z organizacji, że sprawa przebiegła pomyślnie. Ucieszył się, ale nie tylko dlatego, że dzięki temu lada moment otrzyma zaszczyt złożenia ślubów, ale że w końcu będzie mógł zobaczyć pannę Flint. W pierwszym odczuciu faktycznie był odrobinę zmieszany tym jak bez precedensów i lekkością zaprosiła go do siebie, a nie zamknęła mu drzwi prosto przed twarzą, o co przez chwilę martwił się, stojąc przed wielkimi drzwiami posiadłości Flintów. Wchodząc do środka, wyjął różdżkę i prostym zaklęciem wyparował wilgoć po deszczu z czarnej, skórzanej kurtki, a z podeszwy ciemnych, ciężkich i wysokich butów wyjętych jakby z demobilu, zdjął błoto i kurz, by nie zabrudzić czystej posadzki rezydencji. Tego wieczoru zostawił w szafie na wieszakach swoje koszule i marynarki, wybierając nieco bardziej awanturniczy styl.
- Poproszę, to na pewno trochę ułatwi. - odrzekł spokojnym tonem, próbując iść za jej ciosem i również zgrywać całkiem niewzruszonego. Tak jakby niespełna tydzień wcześniej wcale nie pogwałcili kilku, a może kilkunastu paragrafów magicznego kodeksu karnego. Usiadł wygodnie we wskazanym miejscu, poprawiając, jeszcze lekko rozwiane od lotu miotłą, włosy. Czuł się raczej komfortowo w tak wielkim domu, który przypominał mu swój własny z czasów szkolnych. Dobrze się odnajdywał w takiej aurze i atmosferze przyzwyczajony do salonowych klimatów. - Wiesz, chciałem Ci podziękować za Twoją pomoc. Bez Ciebie bym sobie nie poradził. - zaczął w miarę taktownie, na tyle ile mógł sobie z początku pozwolić. Tym razem nie zamierzał owijać w bawełnę. Jeśli Cynthia będzie chciała wylać na niego kilka garści żalu to nie miał z tym problemu. Nie chciał, żeby porzuciła z nim znajomość, myśląc że stał się jakimś terrorystą, który sprowadzi na nią tylko jeszcze więcej niebezpieczeństw. - Dlatego chciałem Cię też... - zachwiał się lekko, robiąc drobną pauzę przy odbieraniu swojego napitku - - zapytać jak się czujesz, po tym wszystkim. - zmienił kierunek wypowiedzi, bo zwykłe "przepraszam" nijak nie chciało przejść mu przez gardło. Być może to jego egocentryzm, albo pyszałkowatość. To nie tak, że odmawiał jej prawa do bycia oburzoną za to w co ją wpakował, ale przy tym wszystkim skłamałby gdyby powiedział, że czuje się winny. Wszystko wydarzyło się tak jak to planował, tak jak tego chciał.