27.03.2023, 01:17 ✶
Dąsanie się w wykonaniu kobiety nie znaczyło wcale, że nie wpuści go do domu i pozwoli mu stać na deszczu. Pomimo jego wrodzonej głupoty, która czasem objawiała się w najmniej odpowiednich momentach, był towarzystwem znośnym. Była do niego przyzwyczajona. Nieco zaskoczył ją wygląd mężczyzny, bo nie spodziewała się skórzanej kurtki, która w jakiś pokrętny sposób do niego pasowała. Oddawała jego charakter lepiej, niż robiły to dopasowane koszule. Dorośli Czarodzieje, zwłaszcza rozpoznawalni, jak jej drogi gość już mieli to do siebie, że ukrywali się pod pięknymi ubraniami, nosząc maski. Ona robiła przecież tak samo, wybierając zwykle sukienki i koszule, które tylko dodawały jej kruchości, tak potrzebnej do przebierania w maskach i przetrwania w spokoju w Ministerskich korytarzach. Omiotła go spojrzeniem, wzdychając bezgłośnie i zaciskając usta.
Kiwnęła głową, kierując kroki do barku i kolejno przeglądała butelki, wybierając tą z ginem, ostatnim nabytkiem jej ojca z kursu do wybrzeży południowej Afryki. Nalewając, wciąż zastanawiała się, czego on właściwie chciał, bo nie był człowiekiem, który przepraszał lub przyznawał, że popełnił błąd w swoim zachowaniu. Wiedziała, bo robiła tak samo. Sobie nalała wina, zaciskając kieliszek w drobnych palcach i odwracając się do niego, aby podejść i wręczyć mu trunek. W kominku buchnął ogień, pojawiło się kilka dodatkowych kawałków drewna, co z pewnością było sprawką Migotki. Brew nieco jej drgnęła ku górze, nad czym nie zapanowała, wbijając w niego spojrzenie błękitnych oczu, gdy podawała mu szklankę do rąk. - To coś nowego, zwykle nie robisz tego tak wprost. - zauważyła z odrobiną złośliwości, ale i zaciekawienia, bo obrana przez niego strategia była zupełnie nową. Oczywiście zdjęli swoje maski, byli w relacji ze sobą.. Cóż, chyba po prostu sobą, zwykłą Cynthią i zwykłym Louvainem, a przynajmniej ona odbierała to w taki sposób. Wyprostowała się, unosząc kieliszek, kręcąc tkwiącym w nim winie, które rozbiło się o brzegu, aby zaraz je upić.
- Po tym, jak sprzedałeś mnie za małą sakiewkę galeonów? - zapytała tylko z delikatnym wzruszeniem ramion, zaraz zwilżając usta i przenosząc spojrzenie na kominek, zrobiła kilka kroków w jego stronę. Chociaż była dzieckiem wody, można by rzec, płomienie pochłaniające drewno zawsze pozwalały jej zebrać myśli. To nie tak, że mogłaby porzucić go na pastwę losu po tym, ile razem przeszli, więc nawet chwilowa złość nie sugerowała jej tak radykalnych rozwiązań. Ceniła każdego człowieka, którego sobie wybrała, bo nie była samą istotą łatwą — odrobinę upośledzoną emocjonalnie, zamkniętą, trochę tchórzliwą i przede wszystkim taką, której nadgarstki tkwiły mocno związane czerwoną wstążką cudzego autorstwa. Czy nie było tak, odkąd się znali? Zawsze postępował po swojemu, nie pytał nikogo o zdanie i mknął przez codzienność niczym burza, często niszcząc napotykane na swojej drodze rzeczy. Nie brał jeńców, nie żałował ofiar i może trochę przez to sylwetka Lestrange wydawała się jej zawsze trochę samotna. Niewielu było ludzi, których sobie wybrał. - To, jak się czuje, nie ma przecież żadnego znaczenia, prawda? Nie udawaj, proszę, że nagle się tym przejmujesz, zwłaszcza że Twój plan -mam nadzieję, powiódł się? - przerwała na chwilę, odwracając głowę i patrząc na niego przez ramię. - To nie tak, że wykorzystujesz mnie pierwszy raz.
Dodała jeszcze krótko, odnajdując spojrzenie jego ciemnych oczu. Pozwoliła trwać temu kontaktowi wzrokowemu oraz milczeniu, zanim wyprostowała głowę i skierowała kroki w stronę zajmowanej przez niego kanapy, siadając na drugim jej krańcu. Odstawiła kieliszek na stół, nie chcąc, aby się nagrzał i zmienił temperaturę wina. Przesunęła dłońmi po swoich kolanach, wygładzając dopasowany materiał bardziej z nawyku i przyzwyczajenia, niż chęci. - A więc to jest droga, którą wybrałeś?
Kiwnęła głową, kierując kroki do barku i kolejno przeglądała butelki, wybierając tą z ginem, ostatnim nabytkiem jej ojca z kursu do wybrzeży południowej Afryki. Nalewając, wciąż zastanawiała się, czego on właściwie chciał, bo nie był człowiekiem, który przepraszał lub przyznawał, że popełnił błąd w swoim zachowaniu. Wiedziała, bo robiła tak samo. Sobie nalała wina, zaciskając kieliszek w drobnych palcach i odwracając się do niego, aby podejść i wręczyć mu trunek. W kominku buchnął ogień, pojawiło się kilka dodatkowych kawałków drewna, co z pewnością było sprawką Migotki. Brew nieco jej drgnęła ku górze, nad czym nie zapanowała, wbijając w niego spojrzenie błękitnych oczu, gdy podawała mu szklankę do rąk. - To coś nowego, zwykle nie robisz tego tak wprost. - zauważyła z odrobiną złośliwości, ale i zaciekawienia, bo obrana przez niego strategia była zupełnie nową. Oczywiście zdjęli swoje maski, byli w relacji ze sobą.. Cóż, chyba po prostu sobą, zwykłą Cynthią i zwykłym Louvainem, a przynajmniej ona odbierała to w taki sposób. Wyprostowała się, unosząc kieliszek, kręcąc tkwiącym w nim winie, które rozbiło się o brzegu, aby zaraz je upić.
- Po tym, jak sprzedałeś mnie za małą sakiewkę galeonów? - zapytała tylko z delikatnym wzruszeniem ramion, zaraz zwilżając usta i przenosząc spojrzenie na kominek, zrobiła kilka kroków w jego stronę. Chociaż była dzieckiem wody, można by rzec, płomienie pochłaniające drewno zawsze pozwalały jej zebrać myśli. To nie tak, że mogłaby porzucić go na pastwę losu po tym, ile razem przeszli, więc nawet chwilowa złość nie sugerowała jej tak radykalnych rozwiązań. Ceniła każdego człowieka, którego sobie wybrała, bo nie była samą istotą łatwą — odrobinę upośledzoną emocjonalnie, zamkniętą, trochę tchórzliwą i przede wszystkim taką, której nadgarstki tkwiły mocno związane czerwoną wstążką cudzego autorstwa. Czy nie było tak, odkąd się znali? Zawsze postępował po swojemu, nie pytał nikogo o zdanie i mknął przez codzienność niczym burza, często niszcząc napotykane na swojej drodze rzeczy. Nie brał jeńców, nie żałował ofiar i może trochę przez to sylwetka Lestrange wydawała się jej zawsze trochę samotna. Niewielu było ludzi, których sobie wybrał. - To, jak się czuje, nie ma przecież żadnego znaczenia, prawda? Nie udawaj, proszę, że nagle się tym przejmujesz, zwłaszcza że Twój plan -mam nadzieję, powiódł się? - przerwała na chwilę, odwracając głowę i patrząc na niego przez ramię. - To nie tak, że wykorzystujesz mnie pierwszy raz.
Dodała jeszcze krótko, odnajdując spojrzenie jego ciemnych oczu. Pozwoliła trwać temu kontaktowi wzrokowemu oraz milczeniu, zanim wyprostowała głowę i skierowała kroki w stronę zajmowanej przez niego kanapy, siadając na drugim jej krańcu. Odstawiła kieliszek na stół, nie chcąc, aby się nagrzał i zmienił temperaturę wina. Przesunęła dłońmi po swoich kolanach, wygładzając dopasowany materiał bardziej z nawyku i przyzwyczajenia, niż chęci. - A więc to jest droga, którą wybrałeś?