30.03.2023, 02:02 ✶
Ostatnie tygodnie były bardziej intensywne, niż zwykle i czarne worki częściej trafiały do tutejszego prosektorium, niż do kostnicy zakładu pogrzebowego. Ministerstwo nie było systemem bez wad, czasem następował błąd w komunikacji i chociaż zwykle z Lycoris ze względu na swój pracoholizm zostawały po godzinach, teraz trudno było ilość autopsji i raportów prowadzić na bieżąco. W jej ślepiach przemknął grymas niezadowolenia, bo kariera była dla niej chyba najważniejszą rzeczą w życiu, a wymowny ruch brwi na twarzy mężczyzny sprawił, że poczuła pewien rodzaj presji. Lepiej wtedy pracowała. Westchnęła cicho, kiwając głową.
- Przygotuję raport najszybciej, jak umiem Panie Rookwood. - oznajmiła dość pewnym swego głosem, zerkając na swojego trupa. Goniące wskazówki zegara i spojrzenie Chestera sprawiły, że zupełnie inaczej podeszła do oględzin. Nie zastanawiała się nad błędami popełnionymi przez pracowników innych Departamentów, bo ją zwyczajnie nie obchodziły. Miło byłoby jednak zobaczyć kogoś na stanowisku dowodzącym, kto miał pojęcie, jak sprawnie zarządzać biurem Aurorów, które chyba współpracowało z prosektorium najczęściej. Pobrała wymiar rany, a samo notujące pióro wesoło zatańczyło w powietrzu, pochylając się nad pergaminem. - Cienkie ostrze, prawdopodobnie ozdobne przez wzgląd na nierówne krawędzie. Małe, trzy centymetry długości, głęboka. Śródbrzusze, lewa strona, przebite jelito. Wbite nieumiejętnie, przyczyniło się do zgonu, ale nie było jego przyczyną.
Zamilkła, grzebiąc w brzuchu i jelitach, przechodząc następnie do serca, które odcięła i którego parametry również podała. Na jego słowa o dostarczeniu mu raportu, gdzieś w swoim monologu przytaknęła, posyłając mu pociągłe spojrzenie spod wachlarza ciemnych rzęs. Było przyzwoite, mocne. Nie umarł od czegoś, co wpłynęło na jego działanie. Utracił dużo krwi przez ranę, treść jelita wylała się odrobinę do jamy brzusznej, co również gwarantowało zakażenie. Pióro znów skrobało na pergaminie. Bez słowa odsunęła się od stołu, zsuwając rękawiczki i wyrzucając je do kosza, umyła ręce. Zniknęła na chwilę w kanciapie, wracając z dwoma kubkami równie czarnej kawy, chociaż granatowy, który przeznaczony był dla mężczyzny, zawierał mocniejszy napój. Postawiła ją na biurku, wyjmując również puszkę ciastek.
- Proszę bardzo. Słodzi Pan? Mamy cukier, syrop klonowy i z daktyli, a także miód. - wymieniła, wyjmując niewielkie fiolki, gdzie wszystko było trzymane — poza cukrem, ten miał białą cukiernicę. Sama podeszła do krzesła za biurkiem i wyjęła z szuflady opasłe tomisko.
- Zauważył Pan, Panie Rookwood — zaczęła miłym, nienaturalnym dla siebie głosem, ruchem głowy zgarniając kosmyk włosów na bok, a palcami wertując strony. Jej matka była alchemikiem, interesowała się miksturami od małego i również w tym miała przeszkolenia. - Jak nietypowo ostatnio umierają Czarodzieje? Zupełnie, jakby przypadek nie był przypadkiem, a jedynie próbą podsunięcia niewłaściwej przyczyny śmierci. Pan Leonard był pracownikiem na Pokątnej, czystokrwistym i to chyba w jednym ze sklepów z pergaminami. Jego żona była czarownicą pół krwi lub mugolskiego pochodzenia, mają syna. A jednak ktoś chciał się go pozbyć. Ma powiększone węzły na szyi, zasinienia w przełyku i nie podobają mi się płuca.
Wyjaśniła pokrótce, przeszukując wzrokiem kolejne akapity. Było to spowodowane eliksirem lub mieszanką ziół, która miała go zwyczajnie udusić — boleśnie, ale szybko i bez użycia czegokolwiek na szyi. Zacisnąć krtań nieinwazyjnie.- Musicie mieć pełne ręce roboty.
- Przygotuję raport najszybciej, jak umiem Panie Rookwood. - oznajmiła dość pewnym swego głosem, zerkając na swojego trupa. Goniące wskazówki zegara i spojrzenie Chestera sprawiły, że zupełnie inaczej podeszła do oględzin. Nie zastanawiała się nad błędami popełnionymi przez pracowników innych Departamentów, bo ją zwyczajnie nie obchodziły. Miło byłoby jednak zobaczyć kogoś na stanowisku dowodzącym, kto miał pojęcie, jak sprawnie zarządzać biurem Aurorów, które chyba współpracowało z prosektorium najczęściej. Pobrała wymiar rany, a samo notujące pióro wesoło zatańczyło w powietrzu, pochylając się nad pergaminem. - Cienkie ostrze, prawdopodobnie ozdobne przez wzgląd na nierówne krawędzie. Małe, trzy centymetry długości, głęboka. Śródbrzusze, lewa strona, przebite jelito. Wbite nieumiejętnie, przyczyniło się do zgonu, ale nie było jego przyczyną.
Zamilkła, grzebiąc w brzuchu i jelitach, przechodząc następnie do serca, które odcięła i którego parametry również podała. Na jego słowa o dostarczeniu mu raportu, gdzieś w swoim monologu przytaknęła, posyłając mu pociągłe spojrzenie spod wachlarza ciemnych rzęs. Było przyzwoite, mocne. Nie umarł od czegoś, co wpłynęło na jego działanie. Utracił dużo krwi przez ranę, treść jelita wylała się odrobinę do jamy brzusznej, co również gwarantowało zakażenie. Pióro znów skrobało na pergaminie. Bez słowa odsunęła się od stołu, zsuwając rękawiczki i wyrzucając je do kosza, umyła ręce. Zniknęła na chwilę w kanciapie, wracając z dwoma kubkami równie czarnej kawy, chociaż granatowy, który przeznaczony był dla mężczyzny, zawierał mocniejszy napój. Postawiła ją na biurku, wyjmując również puszkę ciastek.
- Proszę bardzo. Słodzi Pan? Mamy cukier, syrop klonowy i z daktyli, a także miód. - wymieniła, wyjmując niewielkie fiolki, gdzie wszystko było trzymane — poza cukrem, ten miał białą cukiernicę. Sama podeszła do krzesła za biurkiem i wyjęła z szuflady opasłe tomisko.
- Zauważył Pan, Panie Rookwood — zaczęła miłym, nienaturalnym dla siebie głosem, ruchem głowy zgarniając kosmyk włosów na bok, a palcami wertując strony. Jej matka była alchemikiem, interesowała się miksturami od małego i również w tym miała przeszkolenia. - Jak nietypowo ostatnio umierają Czarodzieje? Zupełnie, jakby przypadek nie był przypadkiem, a jedynie próbą podsunięcia niewłaściwej przyczyny śmierci. Pan Leonard był pracownikiem na Pokątnej, czystokrwistym i to chyba w jednym ze sklepów z pergaminami. Jego żona była czarownicą pół krwi lub mugolskiego pochodzenia, mają syna. A jednak ktoś chciał się go pozbyć. Ma powiększone węzły na szyi, zasinienia w przełyku i nie podobają mi się płuca.
Wyjaśniła pokrótce, przeszukując wzrokiem kolejne akapity. Było to spowodowane eliksirem lub mieszanką ziół, która miała go zwyczajnie udusić — boleśnie, ale szybko i bez użycia czegokolwiek na szyi. Zacisnąć krtań nieinwazyjnie.- Musicie mieć pełne ręce roboty.