30.03.2023, 08:41 ✶
Victoria też już myślała sobie teraz, że mieli cholerne szczęście, że ich abraksan zaczął marudzić i chciał wylądować, i że się nie przejął pyskowaniem Sauriela a posłuchał jej cichej prośby by wylądować, bo ulewa jaka ich złapała bębniła wszędzie wokół tak, że nawet w tej pięknej rezydencji mogła słyszeć jak deszcz zacina. Lot w takich warunkach ani trochę nie był bezpieczny, ani tym bardziej rozważny.
Sauriel miał za to albo szczęście albo pecha z tymi blondynkami, bo z kolei doświadczenia Victorii mówiły wszem i wobec, że nie wszystkie blondynki są łagodne. Ba, wystarczyło spojrzeć na Malfoyów… tym niemniej nie, jej własne włosy trudno było pomylić z blondem, bo nawet obok niego nie stały. Jej uroda nie była tak jasna jak tych pięknych dziewcząt, córek pana Binnsa. Przy nich była wręcz jak noc, jeśli one były dniem. Noc bez księżyca i gwiazd, jednak ciepła i letnia, bo ton jej skóry i włosów nie był wcale taki zimny. W tej czerni, w którą była ubrana, rzeczywiście wyglądała jak taka wiedźma, co się zasądza na nadobne dziewice, zwłaszcza że trudno jej było ukryć pewną wymalowaną na twarzy irytację, jaką odczuwała. A która się z upływającym czasem pogłębiała, bo śmiechom i chichom nie było końca, a przynajmniej nie od jowialnego pana Binnsa, jego gadającego psa i córek, z których to jedna zwłaszcza ją wkurzała od początku, bo im dalej w las tym częściej kręciła się przy wampirze. A to go przypadkiem dotknęła, a to czy czegoś mu nie podać, a to coś tam. I tylko ten deszcz nie cholery nie przestawał padać.
Dlatego gospodarz zaproponował, że mogą tu zostać do rana, bo jak zna te okolice (a przecież w niej mieszkał), to jak się taka ulewa zapłata to trzyma kilka godzin i leje, i leje… ale nad ranem powinno być już spokojnie. Więc wskazali im pokoje, w jakich mogli spędzić tę noc, dziewczęta odprowadziły ich, by pokazać co gdzie jest. Wtedy też Violet, która tak się cały wieczór przy Saurielu kręciła, złożyła mu bardzo jednoznaczną propozycję, po której Victoria uniosła tylko brwi i skrzywiła się już naprawdę mocno, widząc, że kobieta nie ma za grosz wstydu. Wkurzyło ją to już mocno i bez słowa pożegnania zamknęła się w pokoju, który sama miała zająć, zatrzaskując drzwi nieco zbyt gwałtownie.
Nie umiała zasnąć. Kręciła się po pokoju dłuższy czas, wyglądając za okno, z nadzieją, że może przestanie lać nieco wcześniej? Ale nie przestawało. Bardzo niekomfortowo się tutaj czuła. Raz że ten cholerny lot i jeszcze czekał ich następny… a potem przynajmniej jeszcze jeden żeby w ogóle wrócić do Londynu. Dwa, że ulewa złapała ich tak naprawdę nigdzie. Trzy, że gospodarz był taki miły, może nawet zbyt miły… miała jakieś takie wrażenie z tyłu głowy, że coś tu jest nie tak… i cztery – ta cholerna Violet. Cóż.
Zmroziła oczy chyba na godzinę. Gdzieś nad ranem. Przymknęła je, zmęczone, na pięć minut, ale czuła, że to było bardzo długie pięć minut… a kiedy je otworzyła to wcale nie siedziała w miękkim fotelu, a pokój, w którym była, nie był przestronnym pokojem dla gości.
Był zabita dechami ruderą. Szopą. Siedziała na taborecie, na brudnej od ziemi szmacie, opierając się o kilka desek, które miały robić za ścianę. Było zimno, przeraźliwie zimno… i jasno. Bo był już poranek. Okno nie miało szyby, dach to były trzy deski na krzyż… dobrze że dzień był pochmurny i żadne promienie słońca się nie przebijały… słońce. Dzień. Sauriel.
O Matko!
- Sauriel! – krzyknęła, zrywając się na równe nogi, stojąc w jakimś błocie. Serce jej mocniej zabiło że strachu, że mogło mu się coś stać, że może przegapiła jakiś moment, w którym wyszło słońce i go spopieliło… ta myśl postawiła ją na nogi szybciej i skuteczniej niż najmocniejsza kawa.
Sauriel miał za to albo szczęście albo pecha z tymi blondynkami, bo z kolei doświadczenia Victorii mówiły wszem i wobec, że nie wszystkie blondynki są łagodne. Ba, wystarczyło spojrzeć na Malfoyów… tym niemniej nie, jej własne włosy trudno było pomylić z blondem, bo nawet obok niego nie stały. Jej uroda nie była tak jasna jak tych pięknych dziewcząt, córek pana Binnsa. Przy nich była wręcz jak noc, jeśli one były dniem. Noc bez księżyca i gwiazd, jednak ciepła i letnia, bo ton jej skóry i włosów nie był wcale taki zimny. W tej czerni, w którą była ubrana, rzeczywiście wyglądała jak taka wiedźma, co się zasądza na nadobne dziewice, zwłaszcza że trudno jej było ukryć pewną wymalowaną na twarzy irytację, jaką odczuwała. A która się z upływającym czasem pogłębiała, bo śmiechom i chichom nie było końca, a przynajmniej nie od jowialnego pana Binnsa, jego gadającego psa i córek, z których to jedna zwłaszcza ją wkurzała od początku, bo im dalej w las tym częściej kręciła się przy wampirze. A to go przypadkiem dotknęła, a to czy czegoś mu nie podać, a to coś tam. I tylko ten deszcz nie cholery nie przestawał padać.
Dlatego gospodarz zaproponował, że mogą tu zostać do rana, bo jak zna te okolice (a przecież w niej mieszkał), to jak się taka ulewa zapłata to trzyma kilka godzin i leje, i leje… ale nad ranem powinno być już spokojnie. Więc wskazali im pokoje, w jakich mogli spędzić tę noc, dziewczęta odprowadziły ich, by pokazać co gdzie jest. Wtedy też Violet, która tak się cały wieczór przy Saurielu kręciła, złożyła mu bardzo jednoznaczną propozycję, po której Victoria uniosła tylko brwi i skrzywiła się już naprawdę mocno, widząc, że kobieta nie ma za grosz wstydu. Wkurzyło ją to już mocno i bez słowa pożegnania zamknęła się w pokoju, który sama miała zająć, zatrzaskując drzwi nieco zbyt gwałtownie.
Nie umiała zasnąć. Kręciła się po pokoju dłuższy czas, wyglądając za okno, z nadzieją, że może przestanie lać nieco wcześniej? Ale nie przestawało. Bardzo niekomfortowo się tutaj czuła. Raz że ten cholerny lot i jeszcze czekał ich następny… a potem przynajmniej jeszcze jeden żeby w ogóle wrócić do Londynu. Dwa, że ulewa złapała ich tak naprawdę nigdzie. Trzy, że gospodarz był taki miły, może nawet zbyt miły… miała jakieś takie wrażenie z tyłu głowy, że coś tu jest nie tak… i cztery – ta cholerna Violet. Cóż.
Zmroziła oczy chyba na godzinę. Gdzieś nad ranem. Przymknęła je, zmęczone, na pięć minut, ale czuła, że to było bardzo długie pięć minut… a kiedy je otworzyła to wcale nie siedziała w miękkim fotelu, a pokój, w którym była, nie był przestronnym pokojem dla gości.
Był zabita dechami ruderą. Szopą. Siedziała na taborecie, na brudnej od ziemi szmacie, opierając się o kilka desek, które miały robić za ścianę. Było zimno, przeraźliwie zimno… i jasno. Bo był już poranek. Okno nie miało szyby, dach to były trzy deski na krzyż… dobrze że dzień był pochmurny i żadne promienie słońca się nie przebijały… słońce. Dzień. Sauriel.
O Matko!
- Sauriel! – krzyknęła, zrywając się na równe nogi, stojąc w jakimś błocie. Serce jej mocniej zabiło że strachu, że mogło mu się coś stać, że może przegapiła jakiś moment, w którym wyszło słońce i go spopieliło… ta myśl postawiła ją na nogi szybciej i skuteczniej niż najmocniejsza kawa.