Prawda była taka, że ta inna twarz Sauriela, ta czarująca i rzucająca gładkimi tekstami, też wprawiała ją w parszywy nastrój, bo pokazywała jej… czego sama nie ma. Najzwyczajniej w świecie sprawiało jej to przykrość, bo jaką jej winą było to, że nie była słodką blondyneczką i że została siłą w tą relację wsadzona? Też chciała być adorowana. Też od czasu do czasu chciałaby poflirtować z kimś, kto jej się podoba ze wzajemnością. I co? I musiała patrzeć na to jak jej przyszły narzeczony robi właśnie to z jakąś obcą dziewuchą i to jeszcze w tak podłym dniu. Ale Sauriel nie wiedział jak bardzo kiepski to był dzień dla Victorii i że z jej strony to wszystko było dla jego wygody, nie żeby wiedza o tym cokolwiek by w jego zachowaniu zmieniła.
Myśl o tym wieczorze to na szczęście nie było pierwsze, co po tym gwałtownym przebudzeniu przyszło do głowy Victorii – tylko strach o to, czy się temu parszywcowi nic nie stało. I na szczęście nie. Siedział w jakimś ciemnym kącie, w którym Victoria dość szybko go zlokalizowała po głosie i na szczęście nie musiała się długo przedzierać przez powywalane deski. Sama wyglądała kiepsko… no jak ktoś kto nie spał całą noc – bo nie spała. Udało jej się zmrużyć oczy ledwie na chwilę. Ale to, że sobie tam przycupnął z fajką, zamiast się nawet zastanowić czy jej coś nie jest, uderzyło ją dość prędko. Kobieta zmierzyła go więc wzrokiem i przypomniała sobie poprzedni wieczór i zirytowała się w kilka sekund, z początku po prostu patrząc na niego bez słowa.
- Tak. Ale beka – odpowiedziała mu i po prostu wbiła w niego spojrzenie, nim sięgnęła dłonią do sakiewki przy pasie, by wyciągnąć z niej dwie fiolki z jakimiś płynami. Jedna była opatrzona karteczką z napisem „na ogień” a druga „sprawdź mnie” i wyciągnęła je do Sauriela. - Chciałam ci to dać wczoraj, ale jakoś nie było okazji – chciała mu dać w powozie. Albo jak już wylądują u celu, a nie tu, gdzie całkiem o tym zapomniała, a potem jej nastrój po prostu się psuł. Więc dostał teraz, absolutnie bezceremonialnie, kiedy się kulił w cieniu ściany, zupełnie w nieodpowiednim momencie, ale Lestrange uznała, że niech ma na wszelki wypadek. A potem bez słowa poszła, by wydostać się z tej rudery i sprawdzić co z ich abraksanem… I w ogóle. Kiedy tak odeszła z dziesięć kroków, to zatrzymała się, westchnęła i spojrzała w dach, którego tu nawet nie było, ale nie w tym w ogóle była rzecz. Zastanawiała się nad czymś ewidentnie, po czym ściągnęła swoją czarną marynarkę, odsłaniając ciemną, dopasowaną koszulę. Zadrżała jeszcze bardziej w tym chłodzie, ale odwróciła się do Sauriela i rzuciła do niego tę marynarkę, by bez słowa tym razem już faktycznie wyjść. To po to, żeby nie wiem, osłonił sobie łeb i mógł stąd też wyjść. A tymczasem Victoria szybko zlokalizowała nieszczęśliwego abraksana, który ewidentnie ucieszył się na jej widok i wychynął z budki, którą mu wczoraj zrobiła. I dobrze, że mu zrobiła, bo patrząc na stan tej rudery… W każdym razie, na nieszczęście Victorii, byli gotowi do dalszej drogi.