Potrzeba matką wynalazków i potrzeba matką staranności. Naprawdę. Kiedy ci na czymś zależy zaczynasz się automatycznie starać, chyba że stres zżera cię do tego stopnia, że ręce ci się trzęsą, nie możesz się skupić, czy różne tego typu pierdolniki. Zdarzało się. Czy Saurielowi? A i owszem. Kiedyś bardziej, dzisiaj... dziś nie wiedział, czy jest coś, na czym mu zależało ze szczerego serca, by doprowadzać go do takich głupot. Nie potrafił tego znaleźć. Na pewno za to zależało mu, żeby rodzina dała mu święty spokój, a i do tego się nie przykładał szczególnie dobrze. To przez ten charakterek. Nie potrafił trzymać języka za zębami i za dużo biedy sobie przez to ciągle pytał.
- Taki był mój zamiar. Zaskoczyć. Pozytywnie. A konkretniej to sprawić ci odrobinę przyjemności. - Na tyle, na ile był w stanie, a nie uważał się za jakąś szczególnie kreatywną osobę ani w czarach, ani w wymyślaniu... no takich właśnie rzeczy. Więc stawiał na prostotę i na to, co wydawało mu się, że druga strona lubi. I że jemu na pewno byłoby miło, gdyby ktoś zrobił coś takiego z myślą o nim. Niby kompletnie proste, niby wcale wielkiego wysiłku w tym nie było. Bo co za problem - no przecież zestaw porcelany, herbata i pralinki? Żaden. Kompletna norma odwiedzin, gościn, wszystkich innych towarzyskich spotkań w gronie małym albo prywatnym. W gości w końcu z pustymi rękoma przyjść nie wypadało itepe, itede. Praliny mogły zostać wymienione na bukiet albo cokolwiek innego.
- Wiesz kto to... ano tak. Ay. Faktycznie. - No tak, rzeczywiście, przecież dziwne by było, jakby nie znała Chestera - z pracy, się znaczy. Uśmiechnął się tutaj gorzko, krzywo? Na pewno nie był to uśmiech pozytywny, wyrażał wręcz jakiś żal związany z osobą omawianą. Urazę. Ale Sauriel nie dogadywał się dobrze ze swoją rodziną. Ogólnie niedobrze się dogadywał z ludźmi, co dopiero z rodziną. - Eeee... nooo... byli? Są? Jakieś tam drzewo genealogiczne? - Ta mina wyrażała teraz wszystko. Czyli: wszystko to, czego o swojej rodzinie nie wiem, bo chuja na to kładę. Dokładnie takie "wszystko". Pewnie, że ojciec i matka tłukli mu... próbowali mu to tłuc, ale wyjątkowo była to taka historia, na którą Sauriel kładł dłonie na uszy i zaczynał głośno nucić randomowe rzeczy. Wyjątkowo - bo Sauriel potrafił najmniejsze rzeczy z historii świata wyławiać. Ale o swojej rodzinie wiedział tyle, co nic.
- No jak próbowałem... no zobacz tylko! Przecież to dzieło! - Wskazał na babeczkę niemal z oburzeniem i nawet tyknął ją palcem, trochę zakołysała się. Potem w nią postukał i trochę węgielka poleciało na talerzyk. - No, węgiel jest podobno zdrowy, czy coś..? Więc to dla zdrowotności. - Skinął całkowicie poważnie głową, ale uśmiechał się przy tym żarcie. - Ja to nazywam nie próbą a wręcz czynem popełnionym. Skrzat bardziej uważa to za zbrodnię popełnioną, ale wiem, że tego nie przyzna. - Sauriel naprawdę lubił skrzaty domowe. Były takie łagodne i wzbudzały w nim pragnienie, by je bronić, chronić i... spędzać z nimi czas. - No przecież dla siebie nie piekłem. Nie jadam. Pierwsza partia nawet nie trafiła do piekarnika, przy trzeciej już mi cierpliwości nie starczyło i skrzaty mnie wywaliły z kuchni, miały mnie dość. - Pokazał kły w uśmiechu. - Jeszcze cię zaskoczę i się nauczę. O ile mnie do kuchni wpuszczą.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.