06.04.2023, 22:33 ✶
Posłała mu w odpowiedzi wyzywające, ale i rozbawione spojrzenie, bo przecież nigdy nie było za późno na okazję. Jeśli z jedną się nie udało, istniała szansa na skorzystanie z następnej, zwłaszcza gdy ludzie sami mogli sobie ją tworzyć.
Chociaż zgrywała nieśmiałą dość często na potrzeby towarzystwa, wcale taka nie była. Równie bezczelna, co Cathal i niebojąca się łapać w palce tego, czego aktualnie chciała. Miała paskudny charakter, brak matki sprawiał, że pojawiły się pewne anomalie związane z emocjami i błędne postrzeganie niektórych zachowań. Podrywała ludzi, jeśli musiała i miała z tego korzyść, nigdy jednak nie przekraczała granicy intymności w obawie, że, jak i w tych kwestiach nauczy się wyciszać emocje, nigdy niczego z nich nie wyniesie. Nie znaczyło to jednak, że kokieteryjne spojrzenie w jego kierunku było sztuczne, bo wcale nie musiała go posyłać, skoro nikt poza nim go nie dostrzegł, ale on nie musiał o tym wiedzieć. Wszystko było przecież łatwiejsze, dopóki było grą i nie angażowało emocjonalnie, a czasem warto było trochę zmienić zasady.
- To byłoby przepuszczenie drugiej okazji jednego wieczoru. - zauważyła cicho, czując materiał jego koszuli pod palcami i odwróciła się w stronę podchodzącego do nich Czarodzieja z być może uroczym wyraźnym twarzy, ale wewnętrzną irytacją. Wolała, gdy mężczyźni chcieli robić na niej wrażenie swoją inteligencją i sztuką konwersacji, nie wyglądem czy pieniędzmi.
- To prawda, te wszystkie perfumy są niezwykle otumaniające. - przyznała ze skruchą i odrobiną wstydu, skupiając się na tym, aby blade lica zakrył dziewczęcy rumieniec. Nie musiała szukać długo powodu, bo kolejne słowa Cathala sprawiły, że mocniej musiała zacisnąć wargi, gryząc się w wewnętrzną część dolnej, aby się nie roześmiać na błyskotliwą uwagę o dziadku. Uniosła dłoń, wachlując się delikatnie, wbijając wzrok gdzieś w podłogę, bo mogłaby biednego Pana Hamiltona wyśmiać. - Proszę nam wybaczyć, Panie Hamilton. Życzę miłego wieczoru.
Rzuciła jeszcze w stronę mężczyzny, zanim odwróciła się razem ze swoim ratunkiem, kierując w stronę ogrodów. Odchyliła głowę, patrząc na niego bez słowa, chociaż wyraz jej oczu definitywnie sugerował uznanie dla doskonałego skwitowania. Nie zrobiłaby tego lepiej. Nie musiał obawiać się ciotki, bo Cynthia miała doskonały plan w ramach podziękowania, bo nie lubiła mieć długów. - Nie masz obrączki. - zauważyła cicho, gdy skupili na sobie kolejne spojrzenia, mijanych ludzi. - Ja też nie, więc to równowarta wymiana. Na talii koniecznie.
Dodała tajemnico, znów wachlując się dłonią i korzystając z niebotycznie wysokich butów na obcasie, zachwiała się delikatnie tak, aby ją przytrzymał. Gdy to zrobił i musiał stanąć naprzeciw niej, podniosła na niego spojrzenie, uśmiechając się z zawstydzeniem. - Teraz pomyślą, że jesteś mną zainteresowany, a ja Tobą i przynajmniej na tym przyjęciu, będziesz miał spokój. Ciotka też nic nie powie, w końcu pomagasz wyjść na zewnątrz czysto krwistej czarownicy, której słabo od perfum. - zakończyła z delikatnym wzruszeniem ramion i pozornie onieśmielonym uśmiechem, uciekając przed jego spojrzeniem, zanim poprawiła sukienkę i złapała go mocniej pod rękę, kierując się do ogrodu. Łatwo było sprawić, aby ludzie szeptali, ale nikt nie będzie miał odwagi wynosić tego poza tą kamienicę — dopóki nie wydarzy się coś mniej niewinnego. Specjalnie też zwracała się do niego przy Hamiltonie per Pan, aby nie sugerować jakieś zażyłości.
Na korytarzu było mniej ludzi i było chłodniej, a ona przestała się wachlować, unosząc dłoń i przeczesując jasne pasma loków, zgarnęła je do tyłu.
- Na takich przyjęciach jesteś jak ofiara, dopóki nie masz żony. Tytuł, osiągnięcia, nazwisko, wygląd i inteligentny wyraz twarzy. Spełniasz oczekiwanie każdego ojca, każdej matki. Te wystawy to tylko pretekst dla większości Czarodziejów. Nic tak nie poprawia wpływów i biznesu, jak małżeństwo mój Drogi. - zaczęła z westchnięciem, bo brutalna świadomość otaczającej ich rzeczywistości zawsze wywoływała w niej jakieś obrzydzenie. Zupełnie się jej to nie podobało, bo ją interesowały zupełnie inne sprawy. - Jedno nie wyklucza drugiego, aczkolwiek ciesze się, że się nie dałeś tak łatwo pozbyć.
Czując na wzrok, podniosła swój i pozwoliła, aby ich spojrzenia na chwilę się spotkały. Trudno było jednak określić, co jej chodziło po głowie, bo ani jej wargi, ani jej twarz nie wskazywały na konkretną reakcję. Pan Hamilton nie był kimś, komu poświęciłaby czas i uwagę, jakkolwiek to okrutnie nie brzmiało. Na jego pytanie zrobiła kilka kroków do przodu z udawanym zamyśleniem, uderzając palcami o wargi. - A jak myślisz? - zapytała chyba z drobną chęcią droczenia się z nim, aby zaraz spojrzeć za okno, które tkwiło na korytarzu. Było coraz łatwiej poczuć chłodne, orzeźwiające powietrze. - Czy w Dolinie Królów okazało się, że żona faraona była faktycznie Czarownicą? - zapytała ciszej, doskonale pamiętając ich ostatnią rozmowę. Oparła się plecami o parapet, krzyżując ręce pod biustem i wbiła w niego spojrzenie. - Znalazłeś, czego szukałeś?
Chociaż zgrywała nieśmiałą dość często na potrzeby towarzystwa, wcale taka nie była. Równie bezczelna, co Cathal i niebojąca się łapać w palce tego, czego aktualnie chciała. Miała paskudny charakter, brak matki sprawiał, że pojawiły się pewne anomalie związane z emocjami i błędne postrzeganie niektórych zachowań. Podrywała ludzi, jeśli musiała i miała z tego korzyść, nigdy jednak nie przekraczała granicy intymności w obawie, że, jak i w tych kwestiach nauczy się wyciszać emocje, nigdy niczego z nich nie wyniesie. Nie znaczyło to jednak, że kokieteryjne spojrzenie w jego kierunku było sztuczne, bo wcale nie musiała go posyłać, skoro nikt poza nim go nie dostrzegł, ale on nie musiał o tym wiedzieć. Wszystko było przecież łatwiejsze, dopóki było grą i nie angażowało emocjonalnie, a czasem warto było trochę zmienić zasady.
- To byłoby przepuszczenie drugiej okazji jednego wieczoru. - zauważyła cicho, czując materiał jego koszuli pod palcami i odwróciła się w stronę podchodzącego do nich Czarodzieja z być może uroczym wyraźnym twarzy, ale wewnętrzną irytacją. Wolała, gdy mężczyźni chcieli robić na niej wrażenie swoją inteligencją i sztuką konwersacji, nie wyglądem czy pieniędzmi.
- To prawda, te wszystkie perfumy są niezwykle otumaniające. - przyznała ze skruchą i odrobiną wstydu, skupiając się na tym, aby blade lica zakrył dziewczęcy rumieniec. Nie musiała szukać długo powodu, bo kolejne słowa Cathala sprawiły, że mocniej musiała zacisnąć wargi, gryząc się w wewnętrzną część dolnej, aby się nie roześmiać na błyskotliwą uwagę o dziadku. Uniosła dłoń, wachlując się delikatnie, wbijając wzrok gdzieś w podłogę, bo mogłaby biednego Pana Hamiltona wyśmiać. - Proszę nam wybaczyć, Panie Hamilton. Życzę miłego wieczoru.
Rzuciła jeszcze w stronę mężczyzny, zanim odwróciła się razem ze swoim ratunkiem, kierując w stronę ogrodów. Odchyliła głowę, patrząc na niego bez słowa, chociaż wyraz jej oczu definitywnie sugerował uznanie dla doskonałego skwitowania. Nie zrobiłaby tego lepiej. Nie musiał obawiać się ciotki, bo Cynthia miała doskonały plan w ramach podziękowania, bo nie lubiła mieć długów. - Nie masz obrączki. - zauważyła cicho, gdy skupili na sobie kolejne spojrzenia, mijanych ludzi. - Ja też nie, więc to równowarta wymiana. Na talii koniecznie.
Dodała tajemnico, znów wachlując się dłonią i korzystając z niebotycznie wysokich butów na obcasie, zachwiała się delikatnie tak, aby ją przytrzymał. Gdy to zrobił i musiał stanąć naprzeciw niej, podniosła na niego spojrzenie, uśmiechając się z zawstydzeniem. - Teraz pomyślą, że jesteś mną zainteresowany, a ja Tobą i przynajmniej na tym przyjęciu, będziesz miał spokój. Ciotka też nic nie powie, w końcu pomagasz wyjść na zewnątrz czysto krwistej czarownicy, której słabo od perfum. - zakończyła z delikatnym wzruszeniem ramion i pozornie onieśmielonym uśmiechem, uciekając przed jego spojrzeniem, zanim poprawiła sukienkę i złapała go mocniej pod rękę, kierując się do ogrodu. Łatwo było sprawić, aby ludzie szeptali, ale nikt nie będzie miał odwagi wynosić tego poza tą kamienicę — dopóki nie wydarzy się coś mniej niewinnego. Specjalnie też zwracała się do niego przy Hamiltonie per Pan, aby nie sugerować jakieś zażyłości.
Na korytarzu było mniej ludzi i było chłodniej, a ona przestała się wachlować, unosząc dłoń i przeczesując jasne pasma loków, zgarnęła je do tyłu.
- Na takich przyjęciach jesteś jak ofiara, dopóki nie masz żony. Tytuł, osiągnięcia, nazwisko, wygląd i inteligentny wyraz twarzy. Spełniasz oczekiwanie każdego ojca, każdej matki. Te wystawy to tylko pretekst dla większości Czarodziejów. Nic tak nie poprawia wpływów i biznesu, jak małżeństwo mój Drogi. - zaczęła z westchnięciem, bo brutalna świadomość otaczającej ich rzeczywistości zawsze wywoływała w niej jakieś obrzydzenie. Zupełnie się jej to nie podobało, bo ją interesowały zupełnie inne sprawy. - Jedno nie wyklucza drugiego, aczkolwiek ciesze się, że się nie dałeś tak łatwo pozbyć.
Czując na wzrok, podniosła swój i pozwoliła, aby ich spojrzenia na chwilę się spotkały. Trudno było jednak określić, co jej chodziło po głowie, bo ani jej wargi, ani jej twarz nie wskazywały na konkretną reakcję. Pan Hamilton nie był kimś, komu poświęciłaby czas i uwagę, jakkolwiek to okrutnie nie brzmiało. Na jego pytanie zrobiła kilka kroków do przodu z udawanym zamyśleniem, uderzając palcami o wargi. - A jak myślisz? - zapytała chyba z drobną chęcią droczenia się z nim, aby zaraz spojrzeć za okno, które tkwiło na korytarzu. Było coraz łatwiej poczuć chłodne, orzeźwiające powietrze. - Czy w Dolinie Królów okazało się, że żona faraona była faktycznie Czarownicą? - zapytała ciszej, doskonale pamiętając ich ostatnią rozmowę. Oparła się plecami o parapet, krzyżując ręce pod biustem i wbiła w niego spojrzenie. - Znalazłeś, czego szukałeś?