06.04.2023, 23:46 ✶
Dlaczego miałby?
Dobre pytanie. Kiedy tylko rozbrzmiało w jej głowie właściwym tonem, Sarah uśmiechnęła w sposób tak smutny, że te łzy i opuchnięta twarz stały się wyłącznie miernym dodatkiem do rozpaczy, jaka oblewała jej oblicze. Kiedy była małym dzieckiem, wydawało jej się, że więzy krwi były czymś, co ich relację permanentnie chroniło. I chociaż Murtagh nieszczególnie wpisywał się w ramki tego, co przewidywała dla człowieka rola kapłana, Sarah nierozważnie wierzyła w to, że to, co ich łączyło, było piękne, szczere i stałe – nawet jeżeli mieli przyjmować w przyszłości różne kształty, cóż takiego miało im zabronić bliskości? Dzisiaj imię brata wypowiadane na głos pozostawiało w ustach gorzki smak rozczarowania.
- Myślałam, że – wydusiła z siebie znów, ignorując ból rozrastający się w klatce piersiowej – przyszedł po mnie, bo ja za nim nie poszłam. Że to jest moja kala. – Ale to nie mogła być kara, o której myślała, widząc stojącą w przejściu postać Śmierciożercy. Bo jeżeli miała rację, to Śmierciożercy byli jedynie odbiciem wizji świata, jaką napisał im Salazar Slytherin, a on jej umierać nie pozwolił. Wręcz przeciwnie – głośne i dosadne „chwyć za różdżkę” dudniło w jej umyśle tak żywo, jakby wciąż to mówił. Nawet sięgnęła po nią ręką, jakby z nadzieją, że jej się uda to echo permanentnie wyciszyć.
- Mimo wszystko chciałam mieć ją pszy sobie – wyjaśniła, nie chcąc wyjść na kogoś, kto miał ostrzeżenia Mendory całkowicie tam, gdzie światło nie sięgało. Zaciskając jedną dłoń na rękojeści, niespodziewanie odkryła, że drugą dłoń przychodziło jej ścisnąć z o wiele mniejszą siłą i pewnością. Ciepłe, delikatne palce Crawley wplecione pomiędzy jej sprawiły, że Macmillan poczuła się… wiotko? Jak wata. Nie odnalazła w sobie siły na znalezienie odpowiedzi ani na to, dlaczego jeszcze przed chwilą myślała, że Murtagh mógłby chcieć ją zabić, ani na to, dlaczego dotyk Menodory tak bardzo zbił ją z tropu i oprócz ukojenia zdenerwowanego serca przyniósł ze sobą jakąś dziwną nutę, którą nazwałaby obawą, gdyby nie to, że nie odczuwała jej tak negatywnie, jakby postrzegała czystą obawę właśnie.
- Dolly – zaczęła raz jeszcze – spszedawca. Taki stalszy pan, co tu placował… nie widzę go tu – powiedziała, spoglądając to na nią, to na ten regał. Ale pod regałem też go nie było. Ani nigdzie wokół. Nie wyszedł przerażony zza lady. Nic nie powiedział. – Czy to możliwe, że go stąd zablał? – Ten mężczyzna w masce. – Po co…?
Dobre pytanie. Kiedy tylko rozbrzmiało w jej głowie właściwym tonem, Sarah uśmiechnęła w sposób tak smutny, że te łzy i opuchnięta twarz stały się wyłącznie miernym dodatkiem do rozpaczy, jaka oblewała jej oblicze. Kiedy była małym dzieckiem, wydawało jej się, że więzy krwi były czymś, co ich relację permanentnie chroniło. I chociaż Murtagh nieszczególnie wpisywał się w ramki tego, co przewidywała dla człowieka rola kapłana, Sarah nierozważnie wierzyła w to, że to, co ich łączyło, było piękne, szczere i stałe – nawet jeżeli mieli przyjmować w przyszłości różne kształty, cóż takiego miało im zabronić bliskości? Dzisiaj imię brata wypowiadane na głos pozostawiało w ustach gorzki smak rozczarowania.
- Myślałam, że – wydusiła z siebie znów, ignorując ból rozrastający się w klatce piersiowej – przyszedł po mnie, bo ja za nim nie poszłam. Że to jest moja kala. – Ale to nie mogła być kara, o której myślała, widząc stojącą w przejściu postać Śmierciożercy. Bo jeżeli miała rację, to Śmierciożercy byli jedynie odbiciem wizji świata, jaką napisał im Salazar Slytherin, a on jej umierać nie pozwolił. Wręcz przeciwnie – głośne i dosadne „chwyć za różdżkę” dudniło w jej umyśle tak żywo, jakby wciąż to mówił. Nawet sięgnęła po nią ręką, jakby z nadzieją, że jej się uda to echo permanentnie wyciszyć.
- Mimo wszystko chciałam mieć ją pszy sobie – wyjaśniła, nie chcąc wyjść na kogoś, kto miał ostrzeżenia Mendory całkowicie tam, gdzie światło nie sięgało. Zaciskając jedną dłoń na rękojeści, niespodziewanie odkryła, że drugą dłoń przychodziło jej ścisnąć z o wiele mniejszą siłą i pewnością. Ciepłe, delikatne palce Crawley wplecione pomiędzy jej sprawiły, że Macmillan poczuła się… wiotko? Jak wata. Nie odnalazła w sobie siły na znalezienie odpowiedzi ani na to, dlaczego jeszcze przed chwilą myślała, że Murtagh mógłby chcieć ją zabić, ani na to, dlaczego dotyk Menodory tak bardzo zbił ją z tropu i oprócz ukojenia zdenerwowanego serca przyniósł ze sobą jakąś dziwną nutę, którą nazwałaby obawą, gdyby nie to, że nie odczuwała jej tak negatywnie, jakby postrzegała czystą obawę właśnie.
- Dolly – zaczęła raz jeszcze – spszedawca. Taki stalszy pan, co tu placował… nie widzę go tu – powiedziała, spoglądając to na nią, to na ten regał. Ale pod regałem też go nie było. Ani nigdzie wokół. Nie wyszedł przerażony zza lady. Nic nie powiedział. – Czy to możliwe, że go stąd zablał? – Ten mężczyzna w masce. – Po co…?
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.