06.04.2023, 23:57 ✶
Przez moment musieli pewnie wyglądać, jakby wciąż byli razem. Jakby się wcale nie rozstali w akompaniamencie emocji tak silnych, że gorycz po nich wciąż tętniła w żyłach, wciąż przywracała do głowy wspomnienia bolesne i wyzwalające w człowieku to, czego w sobie najbardziej nie lubił – reakcji na porażkę, z którą nie można było zrobić już nic. Porażka–? Tak, to było dobre słowo na określenie tego, co ich łączyło – porażka, bo jak inaczej to nazwać po ich ostatnim wieczorze?
To on był tą porażką. On był jej źródłem.
Czerpał z niej znowu – z tej bliskości, z jej ciepła, z jej pięknej duszy, którą uwielbiał i ukochał na przestrzeni ostatnich lat, ale znów wystarczyła mu chwila – ustępujące przerażenie nie robiło na jego twarzy miejsca na miłość, tylko spokój. Im bardziej był opanowany, im mocniej czuł grunt pod swoimi nogami, tym bardziej się od niej oddalał. Czerpał z niej znowu i od razu było widać, że zaraz ucieknie. Nie dosłownie – będzie tu nadal, ale już nie taki. Bo Moody bardzo lubił być na chwilę. Najlepiej na tę chwilę, która była dla niego wygodna. Nie lubił takich słów jak „na zawsze”, „musisz”, „powinieneś”, „odpuść”, „nie pozwolę ci” – zawsze tak samo, apodyktycznie dyktował innym swoje warunki, nawet mimo czystości serca. Urwane przez nią zdanie przypomniało mu o wszystkim, o tym bólu, który ze sobą nieśli. I z tym bólem się uśmiechnął. Do tych wspomnień, kulejących w świetle tego, że ją wciąż kochał i chciał, pewnie zawsze będzie ją kochał. Bo nawet kulejące były wciąż jak dzieląca ich ściana.
- Budynek po lewej, ten z zielonym dachem – powiedział, szybko wczuwając się w rolę człowieka zdolnego do poświęcenia wszystkiego – szczególnie siebie, w imię wyższej idei – to ostatnie miejsce, w którym są jeszcze cywile. – Napiął się, przyjmując o wiele pewniejszą postawę. Postawę, którą pamiętała o wiele lepiej. Postawę człowieka, który tak bardzo nie lubił słuchać o tym, że mógłby chociaż raz postawić ją na pierwszym miejscu, ponad tę wielką misję unicestwienia wszelkiego zła. Nie patrzał już na nią – spoglądał w stronę ostatniego wybuchu, skąd wciąż dobiegały do nich dźwięki rzucanych zaklęć. Przybrał pozycję gotowości, puszczona przez nią dłoń zacisnęła się twardo w pięść, zabrudzone pyłem czoło zmarszczyło się, a sam Moody machnął różdżką, z tak wielkim wysiłkiem zawartym w prostym ruchu ręką, jakby próbował w ten sposób przenieść górę. Jasna łuna rozciągnęła się ponad głowami uciekających zza rogu cywili, a czerwony promień lecący w ich kierunku rozbił się jakby o nicość – w rzeczywistości o stworzoną przez niego tarczę.
Ktokolwiek miał ich gonić, nie pozostawił Mavelle zbyt wiele czasu na zastanowienie się.
- Tutaj! – Krzyknął, wskazując im kierunek ucieczki – za ich plecy, do ulicy prowadzącej na dół wzniesienia, na którym się znajdowali. Nie wiadomo, czy zaufali mu przez mundur, czy przez desperację, ale pobiegli tam, wciąż skryci pod utrzymywanym przez Moody'ego zaklęciem, nie oglądając się za siebie. I dobrze, bo za nimi rysowała się odziana w czerń, zamaskowana sylwetka, próbująca tę jasną łunę przebić. Precyzyjne cięcia lecące w ich kierunku uniemożliwiały Aurorowi jakikolwiek kontratak.
Ale przecież byli tutaj dwoje.
To on był tą porażką. On był jej źródłem.
Czerpał z niej znowu – z tej bliskości, z jej ciepła, z jej pięknej duszy, którą uwielbiał i ukochał na przestrzeni ostatnich lat, ale znów wystarczyła mu chwila – ustępujące przerażenie nie robiło na jego twarzy miejsca na miłość, tylko spokój. Im bardziej był opanowany, im mocniej czuł grunt pod swoimi nogami, tym bardziej się od niej oddalał. Czerpał z niej znowu i od razu było widać, że zaraz ucieknie. Nie dosłownie – będzie tu nadal, ale już nie taki. Bo Moody bardzo lubił być na chwilę. Najlepiej na tę chwilę, która była dla niego wygodna. Nie lubił takich słów jak „na zawsze”, „musisz”, „powinieneś”, „odpuść”, „nie pozwolę ci” – zawsze tak samo, apodyktycznie dyktował innym swoje warunki, nawet mimo czystości serca. Urwane przez nią zdanie przypomniało mu o wszystkim, o tym bólu, który ze sobą nieśli. I z tym bólem się uśmiechnął. Do tych wspomnień, kulejących w świetle tego, że ją wciąż kochał i chciał, pewnie zawsze będzie ją kochał. Bo nawet kulejące były wciąż jak dzieląca ich ściana.
- Budynek po lewej, ten z zielonym dachem – powiedział, szybko wczuwając się w rolę człowieka zdolnego do poświęcenia wszystkiego – szczególnie siebie, w imię wyższej idei – to ostatnie miejsce, w którym są jeszcze cywile. – Napiął się, przyjmując o wiele pewniejszą postawę. Postawę, którą pamiętała o wiele lepiej. Postawę człowieka, który tak bardzo nie lubił słuchać o tym, że mógłby chociaż raz postawić ją na pierwszym miejscu, ponad tę wielką misję unicestwienia wszelkiego zła. Nie patrzał już na nią – spoglądał w stronę ostatniego wybuchu, skąd wciąż dobiegały do nich dźwięki rzucanych zaklęć. Przybrał pozycję gotowości, puszczona przez nią dłoń zacisnęła się twardo w pięść, zabrudzone pyłem czoło zmarszczyło się, a sam Moody machnął różdżką, z tak wielkim wysiłkiem zawartym w prostym ruchu ręką, jakby próbował w ten sposób przenieść górę. Jasna łuna rozciągnęła się ponad głowami uciekających zza rogu cywili, a czerwony promień lecący w ich kierunku rozbił się jakby o nicość – w rzeczywistości o stworzoną przez niego tarczę.
Ktokolwiek miał ich gonić, nie pozostawił Mavelle zbyt wiele czasu na zastanowienie się.
- Tutaj! – Krzyknął, wskazując im kierunek ucieczki – za ich plecy, do ulicy prowadzącej na dół wzniesienia, na którym się znajdowali. Nie wiadomo, czy zaufali mu przez mundur, czy przez desperację, ale pobiegli tam, wciąż skryci pod utrzymywanym przez Moody'ego zaklęciem, nie oglądając się za siebie. I dobrze, bo za nimi rysowała się odziana w czerń, zamaskowana sylwetka, próbująca tę jasną łunę przebić. Precyzyjne cięcia lecące w ich kierunku uniemożliwiały Aurorowi jakikolwiek kontratak.
Ale przecież byli tutaj dwoje.
fear is the mind-killer.