On równie należał do grona Aurorów preferujących podejmowanie bardziej wymagających i niosących większe ryzyko działań. Podczas pisania rutynowych raportów co najwyżej mógł przeciąć sobie skórę na palcu o krawędź pergaminu i nabawić się bólu pleców. Istniał tu wyraźny konflikt interesów, jednak na ten moment nie miał wydarzyć się żaden zaplanowany atak ze strony Śmierciożerców. Zatem nie musiał się obawiać tego, że siłą rzeczy będzie sabotować plany Czarnego Pana. Z partnerem niepopierającym reżimu Lorda Voldemorta nie mógłby odwrócić wzroku i ot tak pozwolić im siać terror. Musiałby utrzymać pozory przeciwdziałania im. Aresztowanie Naśladowców przyszłoby mu znacznie łatwiej. Uznawał ich za pionków. Potrafili być przydatni, ale wielu z nich kierowało się prywatnymi pobudkami. Czarny Pan nie naznaczył ich Mrocznym Znakiem.
— Paskudny nałóg, który zdaniem wielu może zabijać. Obowiązujący już w kilku barach zakaz palenia to kpina. Mamy paskudną pracę... wymiatamy z tych ulic czarnoksięskie łajno — Wyraził się stosunkowo niepochlebnie o takich stwierdzeniach, uparcie ignorując powracający do niego niczym niechybiający bumerang kaszel palacza. Palił naprawdę dużo, wydając też dużo na swój nałóg. Potępiał wprowadzony przez pierwsze lokale zakaz palenia. W swoim mniemaniu całkiem trafnie podsumował charakter wykonywanego przez nich zawodu, z którym trzeba było sobie jakoś radzić. Sam służył już dwadzieścia pięć lat, co dowodziło, że ulepiono go z naprawdę twardej gliny. Nie był dobrym człowiekiem. Odznaczał się wysoką skutecznością w oczyszczaniu ulic magicznego Londynu ze wszelkich szumowin, zwłaszcza jeśli nie chciał ich tam widzieć. Do grona jego ulubieńców należeli Fletcherowie. Wolał dbać o pozytywne stosunki z Borginami.
— Poza przerwą na na papierosa? — Zapytał retorycznie. Niechętnie podążył za swoim partnerem. To, co ujrzał kiedy dotarli do tego zaułku, sprawiło że omal nie wypuścił papierosa z dłoni na swojego buta. Spodziewał się ujrzeć scenę, w której jakiś męt atakuje to dziecko zamiast tej, w której smarkula ugania się za kotem. Wydawał się być rozczarowany. Łapanie kocura było poniżej ich kompetencji. To robota dla Brygadzistów.
— Wyjdź z tego zaułka! — Zakrzyknął do smarkacza, zupełnie ignorując rozgrywającą się na ich oczach dziecięcą tragedię. Zrobił to tylko dlatego, by nie uchybić obowiązkom Aurora. Od pilnowania, by dzieciaki i ich pupile nie pałętały się w pobliżu jakiegokolwiek fragmentu Śmiertelnego Nokturnu, byli ich rodzice. Nawet, jak to był ślepy zaułek. Jak trwoga to do Aurora. W rzeczywistości zupełnie nie obchodził go los tej dziewczynki. Szanował jednak swój czas i wolał go nie tracić na poszukiwanie gówniarza na Nokturnie, gdyby jakaś szumowina się napatoczyła zwabiona tym rabanem i połasiła się na łatwą ofiarę.
— Złapanie tego kocura to zadanie dla Brygadzistów — Stwierdził obojętnie, nie zamierzając ruszyć się z miejsca i pochwycić tego futrzaka. Nie sięgnął też po różdżkę po to, aby zapanować nad tym kotem. On również zaciągnął się papierosem i na obserwacji kończyła się jego rola. Nie minęła jednak chwila i czworonóg odkrył nowy sposób na wydostanie się z tego ślepego zaułka. Zamiast skakać w tę i nazad, zręcznie opadł na cztery łapy i wysforował do przodu, wymijając swoją opiekunkę i gnając ku nim. Stanowiło to okazję do pochwycenia tego zwierzaka, czego niechętnie się podjął. Nie zależało mu na tym, dlatego też nie wykrzesał z siebie szybszej reakcji i pupil dziewczynki nie trafił w jego ręce. Prostując się z papierosem pomiędzy wargami wzruszył ramionami.
Rzut na aktywność fizyczną na złapanie kocura
Akcja nieudana