Jęki i szurania wcale się nie skończyły, kiedy się zbliżyła – ledwie na moment ustały, kiedy mężczyzna (tego akurat była pewna biorąc pod uwagę sylwetkę) jakby… zastanawiał się co do niego mówi? Albo był to po prostu przypadek. Zaraz jednak zostały wznowione ze zdwojoną mocą, jednak trwało to zbyt długo i zbyt dramatycznie jak na zwykłe podniesienie się. Nie doczekała się żadnej odpowiedzi, więc końcówka jej różdżki zapłonęła lekkim blaskiem, kiedy kobieta zdecydowała się bezgłośnie rzucić Lumos. Musiała odrobinę zmrużyć oczy, choć jej wzrok wcale nie był teraz przyzwyczajony do ciemności, w końcu na Pokątnej świeciły latarnie.
Przed nią faktycznie stał mężczyzna. Znaczy.. stał. Słaniał się z ledwością na nogach, opierając się teraz na jakiejś skrzyni, choć dosadniej było powiedzieć, że na niej po prostu niemalże leżał. Victoria uniosła dłonie, chcąc dać znać, że nie ma złych zamiarów i zrobiła pierwszy, bardzo lekki i ostrożny krok do przodu, nie chcąc, by nieznajomy przypadkiem rzucił się na nią wietrząc jakiś atak. Teraz w świetle różdżki widziała, że jest w bardzo złym stanie. Zostawiony samemu sobie w rogu ulicy, poturbowany.
– Proszę się nie ruszać, zaraz wezwę pomoc – powiedziała, siląc się na spokój. Serce biło jej trochę mocniej, to nie było jeszcze uderzenie adrenaliny, ten człowiek nie był umierający, ale ewidentnie potrzebował pomocy. I miał w ręku różdżkę. – Upewnię się tylko, że- Sauriel? – chciała powiedzieć, że się upewni, że nie potrzebuje pomocy doraźnie na teraz-już; żaden był z niej uzdrowiciel, ale wtedy pomogłaby nieco bardziej agresywnie, nie podchodziłaby jak do zranionego zwierzęcia, ale wtedy światło padło na twarz tego człowieka i zamarła. I wytrzeszczyła oczy. I w kolejnej chwili opuściła różdżkę, choć ta nadal świeciła, i nieco szybciej i bardzo nierozważnie pokonała tę odległość pomiędzy nimi. – Na Merlina i Morganę, co ci się stało. Możesz mówić? – wyciągnęła do niego ręce, ale nie dotknęła go. Zupełnie jednak nie wiedziała co ma zrobić. – Czekaj, nie ruszaj się. Pomogę ci.