12.04.2023, 22:16 ✶
Nie pamiętała sytuacji, gdzie miały tak zapełnione prosektorium. Codziennie dowożono jakieś zwłoki oznaczone etykietką, która sugerowała bycie potencjalną ofiarą śmierciożerców. Takowe dostawały priorytet, gdyż Ministerstwo i Aurorzy bardzo chcieli zadusić lub zniszczyć rodzący się problem w zarodku, powstrzymać ciemne chmury, które nieubłaganie ciągnęły nad Wielką Brytanie, ciemniejąc i coraz mocniej przysłaniając słońce, dzieląc społeczeństwo. Cynthia nie zamierzała się wtrącać, mieszać w spór, chcąc skupić się na pracy i karierze, własnym rozwoju. Nie narzekała więc na nadgodziny lub sypianie w kanciapie przy prosektorium, na czucie oddechu Lycoris na karku. Obydwie były podekscytowane zgonami, a jednak były tylko ludźmi — może trochę nad we własnym mniemaniu, dlatego też miały dodatkowych pracowników, personel do pomocy. Głównie stażystów lub młodych rezydentów z Munga, którzy mieli jakiekolwiek doświadczenie w kostnicy. Sekcje były czasochłonne, a ilość chłodzących schowków ograniczona. Rodziny, których członków zidentyfikowano, również naciskały na szybsze wydawanie zwłok w celach pochówku. Przy otwartej trumnie było modnie.
Uwielbiała swoją pracę, odnajdowała spokój wśród martwych ciał, wyjmując im serca czy badając uzyskane od zaklęć lub broni rany, ale nie lubiła raportów. Los chciał, że stos ich piętrzył się na biurku — każdy do sprawdzenia, bo Panna Black nie wierzyła w umiejętności ich nowego narybku i wolała, aby sprawdzały to dodatkowo. Siedziała więc za biurkiem — bez kitla, w czarnej sukience i jasnym warkoczu, który opadał na prawe ramię, mając srebrne pióro w ręku i poprawiała coś w jednej z teczek z naturalnym, obojętnym raczej wyrazem twarzy. Błękitne tęczówki w skupieniu przedzierały się przez dane i tekst, a ciszę przerywało skrobanie lub poruszające się leniwie wskazówki zegara, ciężkie i metalowe. Lycoris musiała udać się do szpitala, gdzie zmarła jedna z osób, nad którą rzekomo widniał mroczny znak, a u nich do następnego poranka nie było miejsca. Marcus miał lunch, podobnie jak Anabelle. Rozkoszowała się więc samotnością, chociaż do pełni szczęścia brakowało kubka gorącej kawy. Niewiele spała w nocy, pierwszą sekcję rozpoczęła ze wschodem słońce, bo drzemanie na biurowej kanapie nie było komfortowe.
Na dźwięk otwieranych drzwi, a następnie pełen pretensji głos nawet nie drgnęła, doczytując fragment i poprawiając jedno ze zdań. - Ciebie również miło widzieć Williamie.
Rzuciła najpierw, zanim zamknęła teczkę i odłożyła na bok, prostując się na krześle i wbijając w niego spojrzenie. Uśmiechnęła się łagodnie i delikatnie, w wyuczony sposób, który idealnie pasował do jej aparycji. - Mogę?
Gdy skończył, wyciągnęła dłoń po pergamin, bo nie bardzo rozumiała, o czym do niej mówił — co nie było niczym dziwnym przy tym, ze sześć poprawionych raportów miała już po lewej stronie większego stosika. Gdy rozwinęła pergamin i przesunęła po nim wzrokiem, wydała z siebie ciche mruknięcie zamyślenia, przymykając na chwilę oczy. Myślała nad sprawą, o której mówił, po czym pokręciła jedynie głową.
- Przykro mi. Obawiam się, że nie mam pojęcia, o których zwłokach mówisz. Ostatnio mamy tu nawał trupów, nie każdego mam szansę sprawdzić. Podpis nie należy do mnie, nie należy też do Panny Black. Podejrzewam, że to któryś z koronerów przysłanych na pomoc przez górę. Daj mi, proszę chwilę.
Obdarzyła przyjaciela swojego brata krótkim uśmiechem i wstała z krzesła, wsuwając je po sobie. Odwróciła się, podchodząc do szuflad z dokumentami, kucając przy najniższej, w której zaczęła grzebać w poszukiwaniu odpowiednich folderów. Przechowywały dokładne analizy i zdjęcia przez pół roku, później lądowały w archiwum, robiąc miejsce nowym przypadkom. Wyjęła opasły folder i spojrzała na pierwszą stronę, gdzie widniała pieczątka świadcząca o tym, że ciała te nie zostały jeszcze wydane.
- Odbiorą je dopiero jutro. - wysunęła dłoń z dokumentami w jego stronę, uprzednio zamykając głęboką szufladę płynnym ruchem. Warkocz zakołysał się na ramieniu, gdy wstała chwilę przed tym, zanim zdecydowała się na wręczenie mu papierów. - Lycoris wróci za kilka godzin, ale jeśli chcesz, możemy się temu przyjrzeć. Raporty mogę skończyć wieczorem.
Doskonale wiedziała, że Lestragne w kwestii wykonywanej przez siebie pracy był perfekcjonistą, nie raz miała okazję go obserwować lub nawet mu pomagać, co zdaniem Cynthii było bardzo owocne. Lubiła się uczyć o zdolnych i mądrych ludzi, nawet odrobinę chaotycznych.
Uwielbiała swoją pracę, odnajdowała spokój wśród martwych ciał, wyjmując im serca czy badając uzyskane od zaklęć lub broni rany, ale nie lubiła raportów. Los chciał, że stos ich piętrzył się na biurku — każdy do sprawdzenia, bo Panna Black nie wierzyła w umiejętności ich nowego narybku i wolała, aby sprawdzały to dodatkowo. Siedziała więc za biurkiem — bez kitla, w czarnej sukience i jasnym warkoczu, który opadał na prawe ramię, mając srebrne pióro w ręku i poprawiała coś w jednej z teczek z naturalnym, obojętnym raczej wyrazem twarzy. Błękitne tęczówki w skupieniu przedzierały się przez dane i tekst, a ciszę przerywało skrobanie lub poruszające się leniwie wskazówki zegara, ciężkie i metalowe. Lycoris musiała udać się do szpitala, gdzie zmarła jedna z osób, nad którą rzekomo widniał mroczny znak, a u nich do następnego poranka nie było miejsca. Marcus miał lunch, podobnie jak Anabelle. Rozkoszowała się więc samotnością, chociaż do pełni szczęścia brakowało kubka gorącej kawy. Niewiele spała w nocy, pierwszą sekcję rozpoczęła ze wschodem słońce, bo drzemanie na biurowej kanapie nie było komfortowe.
Na dźwięk otwieranych drzwi, a następnie pełen pretensji głos nawet nie drgnęła, doczytując fragment i poprawiając jedno ze zdań. - Ciebie również miło widzieć Williamie.
Rzuciła najpierw, zanim zamknęła teczkę i odłożyła na bok, prostując się na krześle i wbijając w niego spojrzenie. Uśmiechnęła się łagodnie i delikatnie, w wyuczony sposób, który idealnie pasował do jej aparycji. - Mogę?
Gdy skończył, wyciągnęła dłoń po pergamin, bo nie bardzo rozumiała, o czym do niej mówił — co nie było niczym dziwnym przy tym, ze sześć poprawionych raportów miała już po lewej stronie większego stosika. Gdy rozwinęła pergamin i przesunęła po nim wzrokiem, wydała z siebie ciche mruknięcie zamyślenia, przymykając na chwilę oczy. Myślała nad sprawą, o której mówił, po czym pokręciła jedynie głową.
- Przykro mi. Obawiam się, że nie mam pojęcia, o których zwłokach mówisz. Ostatnio mamy tu nawał trupów, nie każdego mam szansę sprawdzić. Podpis nie należy do mnie, nie należy też do Panny Black. Podejrzewam, że to któryś z koronerów przysłanych na pomoc przez górę. Daj mi, proszę chwilę.
Obdarzyła przyjaciela swojego brata krótkim uśmiechem i wstała z krzesła, wsuwając je po sobie. Odwróciła się, podchodząc do szuflad z dokumentami, kucając przy najniższej, w której zaczęła grzebać w poszukiwaniu odpowiednich folderów. Przechowywały dokładne analizy i zdjęcia przez pół roku, później lądowały w archiwum, robiąc miejsce nowym przypadkom. Wyjęła opasły folder i spojrzała na pierwszą stronę, gdzie widniała pieczątka świadcząca o tym, że ciała te nie zostały jeszcze wydane.
- Odbiorą je dopiero jutro. - wysunęła dłoń z dokumentami w jego stronę, uprzednio zamykając głęboką szufladę płynnym ruchem. Warkocz zakołysał się na ramieniu, gdy wstała chwilę przed tym, zanim zdecydowała się na wręczenie mu papierów. - Lycoris wróci za kilka godzin, ale jeśli chcesz, możemy się temu przyjrzeć. Raporty mogę skończyć wieczorem.
Doskonale wiedziała, że Lestragne w kwestii wykonywanej przez siebie pracy był perfekcjonistą, nie raz miała okazję go obserwować lub nawet mu pomagać, co zdaniem Cynthii było bardzo owocne. Lubiła się uczyć o zdolnych i mądrych ludzi, nawet odrobinę chaotycznych.