W żadnym aspekcie Danielle Longbottom nie przypominała błotoryja, ani osobowością ani wyglądem. To znaczy, taką miała nadzieję. Gdyby przyszło jej przyrównywać się do jakiegoś zwierzęcia, najprędzej byłby to pies, rzecz jasna rasy golden retriever - bo te, ze wszystkich stworzeń, kochała najbardziej. Oczywiście, nie miała puchatego ogona, gęstej jasnej sierści i nie przynosiła patyków w zębach - ale gdyby kiedykolwiek miała posiąść zdolność animagii, jej formą byłby właśnie golden. Na pewno tak by było. A czy spotkanie goldena nawet w tak okropnym miejscu mogłoby być przerażające? W żadnym wypadku. Przecież one nawet nie potrafiły warczeć na poważnie.
Okoliczności w istocie, nie należały do najprzyjemniejszych. Z drugiej strony jednak, gdyby jakieś paparazzi postanowiło uchwycić Philipa w tak niesprzyjających warunkach, czy nie lepiej byłoby odwrócić kota ogonem na swoją korzyść? Mógłby wtedy wcisnąć jakiś kit, że dzielnie i męsko uratował przypadkowo spotkaną na mokradłach czarownicę w opałach. Przed błotoryjem rzecz jasna. Bo wcale a wcale się ich nie bał. I gdyby faktycznie przyszło im stanąć twarzą w twarz z błotoryjem, na pewno nie Longbottom byłaby tą, która ruszyła do starcia jako pierwsza. Na dobrą sprawę, przypadkowe pojawienie się na mokradłach mogłoby przysporzyć mu więcej dobrego niż złego. Grunt to szukać pozytywów w nawet najgorszych sytuacjach.
- A nie jesteś? Szkoda. Może wtedy wiedziałbyś, którędy kierować się do wyjścia - odpowiedziała gładko. No to mieli problem. Optymizm i nadzieja jednak nie opuszczały jej ani na moment; na dobrą sprawę były to dwie rzeczy, które w tej beznadziejnej sytuacji im zostały.
Odwzajemniła uśmiech. Co zachowała dla siebie, a było istotne to to, że na widok człowieka, choć nieznajomego, poczuła ogromną ulgę. Nawet, jeżeli musiałaby bronić go przed błotoryjami (własnymi pięściami, bo ten bezużyteczny badyl odmówił posłuszeństwa) czy nawijać głupoty dla poprawienia jego nastroju i rozładowania atmosfery - zdecydowanie lepiej radziła sobie z myślą, że nie jest sama.
- Danielle. Ale może być Dani, niewiele osób używa pełnej wersji imienia. Chyba, że zrobię coś, co Cię zirytuje, wtedy śmiało, nie krępuj się - odpowiedziała. Na dobrą sprawę, pełną formą zwracała się do niej rodzina i to tylko wtedy, gdy coś przeskrobała. Ah i jeszcze Ulek, ale on zawsze tak do niej mówił. - Miło mi Cię poznać. Szkoda, że okoliczności nie są bardziej sprzyjające. Zdecydowanie preferuję uliczki w Dolinie Godryka.
Na zadane przez niego pytanie, westchnęła i pokręciła głową. Gdyby wiedziała, już dawno by jej tu nie było.
- Mam dwie wiadomości, dobrą i złą. Zła jest taka, że niestety nie mam absolutnie żadnego pojęcia, ani jak tu trafiłam, ani jak się stąd wydostać. Dobra natomiast... - urwała, a na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Nie zamierzała tracić optymizmu, ani na moment. - We dwoje na pewno łatwiej będzie nam znaleźć wyjście. I może poszukiwanie go nie będzie tak tragiczne, jak mogłoby być w samotności - dodała. Rozejrzała się. Mgła. Ciemność. Nic, co mogłoby nakierować ich na odpowiedni trop.
- Sugeruję, by pójść... - po chwili namysłu wycelowała w absolutnie losowym kierunku. Gdzieś musieli się ruszyć, a to, że nie wiedzieli gdzie nie było żadnym usprawiedliwieniem. - Tam. Mam co do tego dobre przeczucia - wyjaśniła.
Uczucie, że skądś zna twarz Notta nie opuszczało jej ani na moment i nie dawało jej spokoju. To była gryząca ją myśl, którą postanowiła bez większego zastanowienia się podzielić.
- Bywasz czasem w Mungo? Nie, żebym była wścibska, nie chcę węszyć twojej historii medycznej, jednak mam wrażenie, że skądś się znamy - wyjaśniła, spoglądając na mężczyznę, w międzyczasie próbując też wykryć jego aurę. Dzielnie szła przed siebie, nieszczególnie przejmując się tym, że jej buty po dzisiejszej przeprawie odratuje tylko solidne zaklęcie czyszczące (albo i nie)
Sukces!
beauty and terror
just keep going
no feeling is final