13.04.2023, 19:09 ✶
Ludzie w całej swojej głupocie i braku umiejętności wyciągania wniosków i lekcji z własnych błędów mieli w swoim gatunku przedstawicieli bystrych oraz chętnych do nauki. Stanley pracował w najbardziej wymagającym departamencie Ministerstwa Magii, nie licząc Niewymownych. Nie było mowy, aby pozwalał sobie na takie niedopatrzenia w normalnych okolicznościach-coś musiało go rozproszyć, odwrócić jego uwagę i doprowadzić małymi krokami do tego, że do Cynthia tkwiła z jego Atlasem Grzybów w dłoni.
Miała manię kontroli, była paskudna pod względem dopinania wszystkiego na ostatni guzik, pod względem utrzymywania porządku. Kosztem czego ucierpiała jej swoboda i spontaniczność, której wcale już chyba nie miała. Dostosowywanie twarzy, zachowań pod standardy panujące w Brytyjskim towarzystwie sprawiały, że zapominała o swojej własnej. A tutaj Borgin sprawił, że książka wywołała w niej impuls zaciekawienia, który palcami chwyciła dość mocno, jak wszystko, czego chciała.
Był jej ptaszyną w klatce, doskonale o tym wiedziała i tworzyło to mnóstwo możliwości, mnóstwo do uzyskania. Doniesienie na niego nie przyniosłoby żadnego pożytku poza ewentualnym awansem, na którym wcale jej nie zależało, bo wciąż miała mnóstwo do nauczenia się od Lycoris czy chociażby Williama. Nie osiągnęła szczytu swoich zdolności w obecnym miejscu swojego życia i nie chciała z niego rezygnować przez tak łatwą możliwość. Zresztą, awans w tym burdelu nie był trudny, wystarczyło pociągnąć za odpowiednie sznurki, ubrać dostatecznie głęboki dekolt. Co to było za wyzwanie?
Wiedziała, że nie wyciągnie różdżki, intuicja.
- Los płata figle, przeznaczenie plącze swoje nici. Seria niefortunnych zdarzeń nie zawsze prowadzi do katastrofy. - odpowiedziała z delikatnym wzruszeniem ramion, pozwalając sobie na jeszcze jeden niewinny uśmiech, który mógłby złagodzić sytuację. Żyło się prościej, gdy ludzie Cię nie doceniali, nie mieli wówczas oczekiwań. Nie mieli okazji wypić wcześniej wspólnej kawy, a nagle mogła pozwolić sobie na dowolną prośbę, bo wiedziała — a raczej domyślała się na podstawie obserwacji i jego zachowania, jak ważna dla mężczyzny była ta praca. I ten Atlas. Obserwowała go w milczeniu, nienachalnie. Nie poganiała, nie mówiła też zbyt dużo, bo w gruncie rzeczy, wolała się nie odzywać, jeśli nie istniała taka potrzeba. Nie wiedziała jeszcze, że trafiła na prawdziwego gadułę. Mówił jednak z sensem, bardzo jasno i klarownie, nagle przestał być słoneczny i promienisty. Dostrzegła czające się w jego oczach ciemne chmury, jakiś mrok w gestach i w tonie głosu, gdy twarz pozbawiona była uśmiechu, którym zwykle obdarzał innych.
- Najciemniej pod kandelabrem. Nie istniałaby biała magia, bez czarnej magii. Nie istniałaby sztuka uzdrawiania bez tej, która pozbawia życia. - odpowiedziała jedynie, nieco bardziej naturalnym dla siebie głosem. Nie tak niewinnym, nie tak miłym, przepełnionym chłodnym spokojem. Miał rację, mieli takie same poglądy i to chyba zaskoczyło ją najbardziej, bo nie spodziewała się tego i pociągu do grzybów i grzybobrania u pracownika jednostki uderzeniowej. Nowy horyzont sprawiał, że mogła zmienić perspektywę. Kilka słów mogło zmienić wszystko. Pokręciła głową, że nie było o czym mówić, odwzajemniając posłane jej spojrzenie. - Za dużo przepraszasz, za dużo dziękujesz. - zaczęła, unosząc na chwilę brwi, sugerując mu może odrobinę, że nie musi się tak starać, nie musi nosić masek, jeśli ów grzeczność takową byłą — zwłaszcza że chwilę wcześniej zastanawiał się nad wyciągnięciem różdżki w obronie atlasu. - Nie daj się złapać. Niewielu zostało znawców grzybów.
Dodała, wygładzając dłońmi ubranie. Gdy wspomniał, że się napije, kiwnęła głową — zarówno przyjmując to do wiadomości, jak i udzielając mu zgody na palenie, bo na szafce a kanciapie stała magiczna świeca, która pochłaniała cały dym. Słuchała go, kręcąc się po pomieszczeniu, jednak nie wyjęła filiżanek i nie nastawiła wody, zamiast tego sięgając z szuflady dwie kryształowe szklanki, do których wlała bursztynowego trunku, wciąż schłodzonego po nocy w odpowiednim miejscu. Gdy znalazła się przed nim, wręczając mu szklankę i znów napotkała intensywne spojrzenie jego oczu, padło właściwie pytanie. Zaśmiała się, kręcąc głową i wolną dłonią, wciąż chłodnymi od kryształu palcami, złapała jego podbródek delikatnie. Jasny warkocz zakołysał się leniwie w powietrzu.
- Nie interesuje mnie pójście na łatwiznę Stanley. Słodkie sekrety są więcej warte niż taki sposób na awans. Gdy przyjdzie odpowiednia pora, to mi się odwdzięczysz, będziesz, gdy tego będę potrzebowała. To proste. - mówiła nieco ciszej, na wypadek, gdyby ktoś miał wejść do środka. Uśmiechnęła się niewinnie raz jeszcze, po czym usiadła obok niego, zaciskając palce na szkle. Poranek przekształcił się w naprawdę interesujący dzień. Upiła odrobinę alkoholu, czując cierpki smak na wargach. - Od dawna jesteś amatorem grzybobrania?
Nie mogła odpuścić sobie tego pytania, bo temat ten nie był tak popularny w Wielkiej Brytanii, jak w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza w okolicach Nowego Orleanu. Podręcznik, który miała okazję pobieżnie przejrzeć był dziełem poszukiwanym na rynku, dokładnym i dobrym, nawet przez tą krótką chwilę wertowania stronnic była w stanie coś z niego wynieść. Nie był z pewnością amatorem, nawet jeśli użyła takiego określenia odnośnie do grzybobrania chwilę wcześniej.
Miała manię kontroli, była paskudna pod względem dopinania wszystkiego na ostatni guzik, pod względem utrzymywania porządku. Kosztem czego ucierpiała jej swoboda i spontaniczność, której wcale już chyba nie miała. Dostosowywanie twarzy, zachowań pod standardy panujące w Brytyjskim towarzystwie sprawiały, że zapominała o swojej własnej. A tutaj Borgin sprawił, że książka wywołała w niej impuls zaciekawienia, który palcami chwyciła dość mocno, jak wszystko, czego chciała.
Był jej ptaszyną w klatce, doskonale o tym wiedziała i tworzyło to mnóstwo możliwości, mnóstwo do uzyskania. Doniesienie na niego nie przyniosłoby żadnego pożytku poza ewentualnym awansem, na którym wcale jej nie zależało, bo wciąż miała mnóstwo do nauczenia się od Lycoris czy chociażby Williama. Nie osiągnęła szczytu swoich zdolności w obecnym miejscu swojego życia i nie chciała z niego rezygnować przez tak łatwą możliwość. Zresztą, awans w tym burdelu nie był trudny, wystarczyło pociągnąć za odpowiednie sznurki, ubrać dostatecznie głęboki dekolt. Co to było za wyzwanie?
Wiedziała, że nie wyciągnie różdżki, intuicja.
- Los płata figle, przeznaczenie plącze swoje nici. Seria niefortunnych zdarzeń nie zawsze prowadzi do katastrofy. - odpowiedziała z delikatnym wzruszeniem ramion, pozwalając sobie na jeszcze jeden niewinny uśmiech, który mógłby złagodzić sytuację. Żyło się prościej, gdy ludzie Cię nie doceniali, nie mieli wówczas oczekiwań. Nie mieli okazji wypić wcześniej wspólnej kawy, a nagle mogła pozwolić sobie na dowolną prośbę, bo wiedziała — a raczej domyślała się na podstawie obserwacji i jego zachowania, jak ważna dla mężczyzny była ta praca. I ten Atlas. Obserwowała go w milczeniu, nienachalnie. Nie poganiała, nie mówiła też zbyt dużo, bo w gruncie rzeczy, wolała się nie odzywać, jeśli nie istniała taka potrzeba. Nie wiedziała jeszcze, że trafiła na prawdziwego gadułę. Mówił jednak z sensem, bardzo jasno i klarownie, nagle przestał być słoneczny i promienisty. Dostrzegła czające się w jego oczach ciemne chmury, jakiś mrok w gestach i w tonie głosu, gdy twarz pozbawiona była uśmiechu, którym zwykle obdarzał innych.
- Najciemniej pod kandelabrem. Nie istniałaby biała magia, bez czarnej magii. Nie istniałaby sztuka uzdrawiania bez tej, która pozbawia życia. - odpowiedziała jedynie, nieco bardziej naturalnym dla siebie głosem. Nie tak niewinnym, nie tak miłym, przepełnionym chłodnym spokojem. Miał rację, mieli takie same poglądy i to chyba zaskoczyło ją najbardziej, bo nie spodziewała się tego i pociągu do grzybów i grzybobrania u pracownika jednostki uderzeniowej. Nowy horyzont sprawiał, że mogła zmienić perspektywę. Kilka słów mogło zmienić wszystko. Pokręciła głową, że nie było o czym mówić, odwzajemniając posłane jej spojrzenie. - Za dużo przepraszasz, za dużo dziękujesz. - zaczęła, unosząc na chwilę brwi, sugerując mu może odrobinę, że nie musi się tak starać, nie musi nosić masek, jeśli ów grzeczność takową byłą — zwłaszcza że chwilę wcześniej zastanawiał się nad wyciągnięciem różdżki w obronie atlasu. - Nie daj się złapać. Niewielu zostało znawców grzybów.
Dodała, wygładzając dłońmi ubranie. Gdy wspomniał, że się napije, kiwnęła głową — zarówno przyjmując to do wiadomości, jak i udzielając mu zgody na palenie, bo na szafce a kanciapie stała magiczna świeca, która pochłaniała cały dym. Słuchała go, kręcąc się po pomieszczeniu, jednak nie wyjęła filiżanek i nie nastawiła wody, zamiast tego sięgając z szuflady dwie kryształowe szklanki, do których wlała bursztynowego trunku, wciąż schłodzonego po nocy w odpowiednim miejscu. Gdy znalazła się przed nim, wręczając mu szklankę i znów napotkała intensywne spojrzenie jego oczu, padło właściwie pytanie. Zaśmiała się, kręcąc głową i wolną dłonią, wciąż chłodnymi od kryształu palcami, złapała jego podbródek delikatnie. Jasny warkocz zakołysał się leniwie w powietrzu.
- Nie interesuje mnie pójście na łatwiznę Stanley. Słodkie sekrety są więcej warte niż taki sposób na awans. Gdy przyjdzie odpowiednia pora, to mi się odwdzięczysz, będziesz, gdy tego będę potrzebowała. To proste. - mówiła nieco ciszej, na wypadek, gdyby ktoś miał wejść do środka. Uśmiechnęła się niewinnie raz jeszcze, po czym usiadła obok niego, zaciskając palce na szkle. Poranek przekształcił się w naprawdę interesujący dzień. Upiła odrobinę alkoholu, czując cierpki smak na wargach. - Od dawna jesteś amatorem grzybobrania?
Nie mogła odpuścić sobie tego pytania, bo temat ten nie był tak popularny w Wielkiej Brytanii, jak w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza w okolicach Nowego Orleanu. Podręcznik, który miała okazję pobieżnie przejrzeć był dziełem poszukiwanym na rynku, dokładnym i dobrym, nawet przez tą krótką chwilę wertowania stronnic była w stanie coś z niego wynieść. Nie był z pewnością amatorem, nawet jeśli użyła takiego określenia odnośnie do grzybobrania chwilę wcześniej.