14.04.2023, 00:59 ✶
Nie dało się chyba jasno określić czasu, który kobieta spędziła jako kamień. W ciągu dnia można by spróbować odnaleźć w lesie jakieś ślady, ale przy Brytyjskiej pogodzie było to niczym szukanie igły w stogu siana. Dodatkowo słowa towarzyszącego jej mężczyzny na tej płaszczyźnie brała poniekąd za pewnik, bo przecież się na tym znał, jako Archeolog.
Czy rozbicie jej naprawdę byłoby takie złe?
Na jego słowa nie mogła powstrzymać rozbawionego prychnięcia. Ministerstwo było burdelem, mieli za mało stanowisk dla ludzi potrzebnych, a zbyt dużo dla tła i recepcji. I zamiast coś spróbować z tym zrobić, zasypywali cały jej departament taką ilością pracy, że czasem nie wracała na noc do domu, bo ciał i raportów było tak wiele. Niezbyt to Cynthii przeszkadzało, bo lubiła pożytkować czas dobrze. - Nie powinno, zrobienie zdjęcia i sprawdzenie akt jest znacznie prostsze, niż polowanie na wyznawców Czarnoksiężnika.
Zgodziła się, a w głowie przemknął jej obraz Brenny, Victorii czy Stanleya, do których mogłaby się z tym zwrócić. Nie sądziła jednak, że przyjdzie ratunek dla uciekinierki z koszmaru — chyba tak będzie ją nazywała.
- A więc każdą zabierasz do grobowców lub lasu? Ewentualnie planujesz wyrzucać ludzi balkonem? - zapytała z udawaną powagą i odrobiną smutku w głosie, jakby czar wyjątkowości prysł. Biło od niego przyjemne ciepło, a gdy poczuła jego palce na swoich, przeszedł ją przyjemny dreszcz. Zawsze miała lodowate ręce, jakby dopiero co wynurzyła je z zimnej wody, czasem wręcz nabierały odrobinę sinego koloru, zupełnie jak jej trupy. Nie uciekała wzrokiem, jej lica nie pokrył rumieniec, chociaż nie mogła narzekać. Cathal był przecież inteligentny i interesujący, ale przede wszystkim ciągle rzucał jej wyzwania. Nie nudziła się w jego towarzystwie, co było miłą odmianą od przewidywalności i pociągania sznurkami. - Odrobina nieśmiałości dodałaby Ci jeszcze więcej uroku.
Dodała z delikatnym wzruszeniem ramion, nie komentując jednak wzmianki o byciu dżentelmenem, bo tego nie mogła mu odmówić — nieco nowocześniejszym od tego, co oferowały bankiety, ale wciąż nim był.
Jej spojrzenie chwilę wędrowało po młodej twarzy, jak odwróciła się od żywszego towarzystwa. Nie miała pomysłu, skoro rozbicie jej i przeniesienie nie było możliwe. Odczarowanie na kilka sekund niczego nie zmieniało, poza przerwaniem ciszy w lesie i zmianą pozycji, przesunięciem kilka metrów w stronę, którą niosły ją te przez chwilę żywe nogi. Smutny los.
Wróciła uwagą do Cathala, przytakując. Społeczeństwo dzieliło się coraz bardziej, trudno było pozostać neutralnym, zwłaszcza jeśli członkowie najbliższej rodziny już wybrali. Czy z drugiej strony nie wybrała dobrego momentu na to, aby tkwić jako posąg? Może za pięćdziesiąt lat ktoś ją odczaruje, znajdzie się w zupełnie innym świecie.
- Nie mogę się doczekać, wezmę nam kawę.
Oczywiście grała w jego grę, jak mogłaby inaczej? Na wzmiankę o butach, zerknęła na swoje gumowe kalosze, zupełnie odstające od wieczorowej, krótkiej sukienki — srebrne, zupełnie jak światło księżyca. Złapała go pod ramię już z przyzwyczajenia i wygody. - Nie musisz się martwić, mój ojciec wróci za trzy dni najprędzej, a mój brat bliźniak przeżywa swoje przygody. Poza tym naprawdę myślisz, że dałabym Cię zamordować, skoro jesteśmy umówieni do tego grobowca?
Uniosła w górę brew, zerkając w jego stronę, gdy ruszyli przed siebie, kierując się do wyjścia z lasu. Posąg zniknął w ciemności, a Cynthia schowała skalpel w kieszeni płaszcza.
Czy rozbicie jej naprawdę byłoby takie złe?
Na jego słowa nie mogła powstrzymać rozbawionego prychnięcia. Ministerstwo było burdelem, mieli za mało stanowisk dla ludzi potrzebnych, a zbyt dużo dla tła i recepcji. I zamiast coś spróbować z tym zrobić, zasypywali cały jej departament taką ilością pracy, że czasem nie wracała na noc do domu, bo ciał i raportów było tak wiele. Niezbyt to Cynthii przeszkadzało, bo lubiła pożytkować czas dobrze. - Nie powinno, zrobienie zdjęcia i sprawdzenie akt jest znacznie prostsze, niż polowanie na wyznawców Czarnoksiężnika.
Zgodziła się, a w głowie przemknął jej obraz Brenny, Victorii czy Stanleya, do których mogłaby się z tym zwrócić. Nie sądziła jednak, że przyjdzie ratunek dla uciekinierki z koszmaru — chyba tak będzie ją nazywała.
- A więc każdą zabierasz do grobowców lub lasu? Ewentualnie planujesz wyrzucać ludzi balkonem? - zapytała z udawaną powagą i odrobiną smutku w głosie, jakby czar wyjątkowości prysł. Biło od niego przyjemne ciepło, a gdy poczuła jego palce na swoich, przeszedł ją przyjemny dreszcz. Zawsze miała lodowate ręce, jakby dopiero co wynurzyła je z zimnej wody, czasem wręcz nabierały odrobinę sinego koloru, zupełnie jak jej trupy. Nie uciekała wzrokiem, jej lica nie pokrył rumieniec, chociaż nie mogła narzekać. Cathal był przecież inteligentny i interesujący, ale przede wszystkim ciągle rzucał jej wyzwania. Nie nudziła się w jego towarzystwie, co było miłą odmianą od przewidywalności i pociągania sznurkami. - Odrobina nieśmiałości dodałaby Ci jeszcze więcej uroku.
Dodała z delikatnym wzruszeniem ramion, nie komentując jednak wzmianki o byciu dżentelmenem, bo tego nie mogła mu odmówić — nieco nowocześniejszym od tego, co oferowały bankiety, ale wciąż nim był.
Jej spojrzenie chwilę wędrowało po młodej twarzy, jak odwróciła się od żywszego towarzystwa. Nie miała pomysłu, skoro rozbicie jej i przeniesienie nie było możliwe. Odczarowanie na kilka sekund niczego nie zmieniało, poza przerwaniem ciszy w lesie i zmianą pozycji, przesunięciem kilka metrów w stronę, którą niosły ją te przez chwilę żywe nogi. Smutny los.
Wróciła uwagą do Cathala, przytakując. Społeczeństwo dzieliło się coraz bardziej, trudno było pozostać neutralnym, zwłaszcza jeśli członkowie najbliższej rodziny już wybrali. Czy z drugiej strony nie wybrała dobrego momentu na to, aby tkwić jako posąg? Może za pięćdziesiąt lat ktoś ją odczaruje, znajdzie się w zupełnie innym świecie.
- Nie mogę się doczekać, wezmę nam kawę.
Oczywiście grała w jego grę, jak mogłaby inaczej? Na wzmiankę o butach, zerknęła na swoje gumowe kalosze, zupełnie odstające od wieczorowej, krótkiej sukienki — srebrne, zupełnie jak światło księżyca. Złapała go pod ramię już z przyzwyczajenia i wygody. - Nie musisz się martwić, mój ojciec wróci za trzy dni najprędzej, a mój brat bliźniak przeżywa swoje przygody. Poza tym naprawdę myślisz, że dałabym Cię zamordować, skoro jesteśmy umówieni do tego grobowca?
Uniosła w górę brew, zerkając w jego stronę, gdy ruszyli przed siebie, kierując się do wyjścia z lasu. Posąg zniknął w ciemności, a Cynthia schowała skalpel w kieszeni płaszcza.
Koniec sesji