Uwielbiałem towarzystwo Danielle i ucieszyłem się, że do mnie napisała. Z tą dziewczyną łączyła mnie przyjaźń najbardziej szczera i najbardziej pełna. Nigdy nie pomyślałem o niej inaczej niż jak o siostrze, bo właściwie nią dla mnie była. Nie raz zwracałem się do niej siostrzyczko – zwłaszcza jak byliśmy w szkole. Pomagała mi odnajdywać się w nauce i w korytarzach Hogwartu, a jej pechowość była dla mnie czymś normalnym, a czasami zabawnym. Lubiłem jej dystans do siebie i to, że była tak bardzo dobra i urocza. Była też jedyną osobą, której nigdy nie próbowałem podrywać, ponieważ czułbym się jakbym podrywał rodzinę.
Banalna klątwa nie była dla mnie powodem do złości, a wręcz przeciwnie – cieszyłem się, że mogłem gdzieś wyciągnąć mojego brata, że mógł poznać Danielle i się zaprzyjaźnić z moją najlepszą przyjaciółką. Ba! Wcześniej nawet opowiadałem mu o niej, że Longbottom jest cudownym człowiekiem i wartym poznania, więc byłem w stu procentach pewien, że on również nie będzie miał za złe tej podróży.
— Dani, nie przejmuj się! – odpowiedziałem z uśmiechem na ustach. – Ważne, że twój wuj ma teraz spokój, a my nie zmarnowaliśmy czasu. Jak Mell powiedział, dzień udany. – powtórzyłem mając nadzieję, że Danielle się trochę uspokoi i lepiej poczuje. Nie chciałem, aby miała wyrzuty sumienia, bo nie było dla nich miejsca. W dobrym towarzystwie wszystko jest dobre. Nawet jeśli ten wuj chciałby, abyśmy kupili mu bułki w sklepie to myślę, że też byłoby fajnie.
Zadane pytanie przez Danielle spowodowało, że zamilkłem i również słuchałem słów brata. Lubiłem, gdy opowiadał o swoich podróżach. Ja niewiele w swoim życiu widziałem i niewiele zobaczę, więc pozostały mi słowa, którymi dzielili się ze mną inni ludzie. Nie odezwałem się w tej kwestii, ponieważ nie miałem swojego zdania, które mógłbym wygłosić. Tak, Mellvyn miał rację, że te rody podające się za czystokrwiste i lepsze były pełne paskudztwa w swoich głowach oraz domach, w których mieszkali, ale nic nie mogliśmy na to poradzić. Przynajmniej ja niewiele bym zdziałał, gdybym chciał jakoś pomóc światu. Bolało mnie to, że jeden człowiek tak bardzo podzielił społeczność i rozdzielił ludzi, których tak naprawdę niewiele różniło, ponieważ każdy z nas był do siebie odrobinę podobny.
Z zamyślenia wyrwał mnie gwałtowny ruch powodu, który nagle zatrzymał się. Huk, który towarzyszył tej gwałtowności brzmiał tak jakby co najmniej koło nam odpadło.
— Co się stało? – zapytałem prostując się jak struna.