18.04.2023, 02:05 ✶
I on nie był czempionem ekstrawersji, jeśli zdjąć mu te wszystkie maski i przybrane tożsamości. Bo kiedy w końcu natrafiała mu się okazja, taka jak choćby dzisiaj, do zaprezentowania swojego własnego ja to lawirował między żartami, a prawdą. Chował się za swoimi tekścikami, wciąż nie potrafiąc, lub celowo unikając trafienia w sedno. Kiedy chodziło o Czarnego Pana i nadchodzącą rewolucję to potrafił rozwiązać sobie język, ale kiedy temat rozmowy zbaczał zbyt blisko jego własnej substancji to ścinał krótko temat, zmieniając jego tory na te które aktualnie bardziej mu pasowały. Kiedy zapytał o źródło jej intencji które spływały na niego od Cynthii to chyba spodziewał się, że spuentuje go w swoim stylu. Jednak tak, sam sprowokował ją do tej odpowiedzi, której chyba nie do końca chciał słyszeć, albo czuł coś na kształt skrępowania, kiedy tak lekko opisywała to w jakiej perspektywie go widziała. Najwidoczniej instynktownie uciekał przed "światłem reflektorów" kiedy na scenie miał stanąć ten Nieudawany-Louvain. No bo w końcu stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Dlatego, choć pociągał go ten stan, wycofywał się kiedy zaczynało robić się zbyt intymnie, z tej emocjonalnej strony. Nie chciał być oswojony, ani z przepraszaniem za cokolwiek, ani za szczerymi, oczyszczającymi rozmowami. Z jednej strony czuł narastające napięcie, ale z drugiej coś kojącego, coś wynikającego z obecności Cynthii, jej aury.
- Yhym - zamruczał zadowolony z bycia niereformowalnym, szczerząc przy tym zęby. W szkole też to często słyszał, ale wtedy nijak brzmiało to jak komplement w przeciwieństwie od obecnej sytuacji. Z bycia swobodnym najłatwiej jednak przychodziła mu bycie nieznośnym, przekornym, a najczęściej po prostu swawolnym. - Yhyymmm - powtórzył, przeciągając moment dłużej przyznając jej szczerą rację, co do spojrzenia. Tym razem to jednak musiała być jej wina, bo to ona polewała im alkoholu, od którego tracił maniery. Uśmiech, choć powściągliwy, mimowolnie rozciągnął mu się na całe usta. Potem kiwnął głowo twierdząco, bo doskonale wnioskowała z jego ubioru co powinna włożyć by wpisać się w drescode miejsca w które chciał ich zabrać. - To nie zaproszenie, nic formalnego. Nie musisz się czuć zobowiązana w żaden sposób - odparł na jej zarzut, nie oszczędzając ironii i nabijając się z etykiety. Do końca nie był przekonany, czy sugerując Cynthii wspólne wyjście do jego miejsca, był to dobry pomysł. Na pewno nie był racjonalny i wynikający z chłodnych obliczeń, jednak coś w środku podpowiadało mu, że jest na to miejsce. Nie było to raczej miejsce do którego mogła wybrać się bez jego zachęty, przynajmniej o to jej nie posądzał. Miał jednak tego wieczoru ochotę na odrobinę ryzyka, ale i przy tym zabawy i rozrywki. W czasie kiedy panna Flint przygotowywała się do wyjścia, on odesłał swoją miotłę do swojego mieszkania w Londynie, wiedząc, że z Cynthią u boku, nie skorzystają z niej. Oprócz tego rozejrzał się leniwym wzrokiem po wystroju rezydencji Flintów, zwracając uwagę na pamiątki rodowe i portrety przodków rodziny Flint. Z alkoholem czas ogólnie upływał szybciej, więc nie czuł, że czeka zbyt długo, wręcz przeciwnie. Nie zdarzyło mu się jeszcze widzieć srebrnowłosej w takiej odsłonie, więc wrażenie które na nim wywarła samo malowało się na jego twarzy. Nie mówił nic, bo reakcja sama mówiła za niego, cieszył się jedynie widokiem tych kilku centymetrów jej skóry, których wcześniej nie pokazywała, a szkoda. Kiedy schodząc po schodach była już blisko, podał jej rękę, by mogła bezpiecznie zejść do niego, pochylając się w powściągliwym geście ukłonu. Sekundę potem został po nich tylko wysoki dźwięk odgłosu aportacji i podmuch powietrza.
- Yhym - zamruczał zadowolony z bycia niereformowalnym, szczerząc przy tym zęby. W szkole też to często słyszał, ale wtedy nijak brzmiało to jak komplement w przeciwieństwie od obecnej sytuacji. Z bycia swobodnym najłatwiej jednak przychodziła mu bycie nieznośnym, przekornym, a najczęściej po prostu swawolnym. - Yhyymmm - powtórzył, przeciągając moment dłużej przyznając jej szczerą rację, co do spojrzenia. Tym razem to jednak musiała być jej wina, bo to ona polewała im alkoholu, od którego tracił maniery. Uśmiech, choć powściągliwy, mimowolnie rozciągnął mu się na całe usta. Potem kiwnął głowo twierdząco, bo doskonale wnioskowała z jego ubioru co powinna włożyć by wpisać się w drescode miejsca w które chciał ich zabrać. - To nie zaproszenie, nic formalnego. Nie musisz się czuć zobowiązana w żaden sposób - odparł na jej zarzut, nie oszczędzając ironii i nabijając się z etykiety. Do końca nie był przekonany, czy sugerując Cynthii wspólne wyjście do jego miejsca, był to dobry pomysł. Na pewno nie był racjonalny i wynikający z chłodnych obliczeń, jednak coś w środku podpowiadało mu, że jest na to miejsce. Nie było to raczej miejsce do którego mogła wybrać się bez jego zachęty, przynajmniej o to jej nie posądzał. Miał jednak tego wieczoru ochotę na odrobinę ryzyka, ale i przy tym zabawy i rozrywki. W czasie kiedy panna Flint przygotowywała się do wyjścia, on odesłał swoją miotłę do swojego mieszkania w Londynie, wiedząc, że z Cynthią u boku, nie skorzystają z niej. Oprócz tego rozejrzał się leniwym wzrokiem po wystroju rezydencji Flintów, zwracając uwagę na pamiątki rodowe i portrety przodków rodziny Flint. Z alkoholem czas ogólnie upływał szybciej, więc nie czuł, że czeka zbyt długo, wręcz przeciwnie. Nie zdarzyło mu się jeszcze widzieć srebrnowłosej w takiej odsłonie, więc wrażenie które na nim wywarła samo malowało się na jego twarzy. Nie mówił nic, bo reakcja sama mówiła za niego, cieszył się jedynie widokiem tych kilku centymetrów jej skóry, których wcześniej nie pokazywała, a szkoda. Kiedy schodząc po schodach była już blisko, podał jej rękę, by mogła bezpiecznie zejść do niego, pochylając się w powściągliwym geście ukłonu. Sekundę potem został po nich tylko wysoki dźwięk odgłosu aportacji i podmuch powietrza.
Koniec sesji