To mogła być każda osoba. Każda. Każdy człowieczek, który tutaj wchodził czując się bezpiecznie i myśląc, że dobrze będzie wypić piwo kremowe czy może szklaneczkę whiskey. Tak delikatnie, tak dla smaku albo zdrowej wątroby. Nikt przecież się nie przyzna, że codzienne picie to już alkoholizm. Marskość wątroby Sauriela nie obowiązywała, więc też uważał, że on problemów z alkoholem nie ma. Chyba że alkoholu akurat nie było, wtedy miał z nim problem. Każda osoba, która tu wchodziła i ten alkohol zamawiała. Każda osoba, która przyszła tutaj i potem się do kogoś dosiadła. Czarnowłosy nie był paranoikiem i nie miał też wetkniętego nadmiaru pesymizmu w geny, ale teraz to naprawdę już uważał, że paranoję ma. Bo co jak ktoś sobie naprawdę jaja robi? Przyszedł, siedzi ze znajomkiem i mordę cieszą z debilnego Rookwooda? Ktoś, ha... ktoś, kto był czarnym kotem. Jeśli przez tyle lat nie stało się nic wielkiego ni nieszczęśliwego to chyba jego powiernik, nieświadomie stworzony, a raczej - powierniczka - naprawdę trzymała zęby na kłódkę. To akurat jej uniknięcie nieszczęścia. Sauriel nie musiał przechodzić do etapu wybijania zębów. A te były przecież bardzo cenne. Nikt nie chciał zdjęć bez białego uśmiechu.
Z początku nie rozpoznał Aveliny. Ludzie się zmieniają, tak pozmieniali się oni przez ten czas. Sauriel najmniej - w końcu utknął w młodocianym wieku przez swoją nieplanowaną (przez siebie samego) śmierć. Ale ona nie szukała wzrokiem kogoś innego. Nie szła od razu do baru. Kiedy tylko go zobaczyła - wiedział, że znalazła to, czego szukała. Jego. I on też ją odnalazł - w swoich wspomnieniach. Kiedy ta cicha i spokojna woda krążyła wokół Fergusa jak planeta po orbicie. Statycznie. Czy miał jakieś o niej zdanie? Była blada. Wyblakła na tle barw, intensywnych odcieni i kiedy światło wkradało się do wnętrza to kryła się w cieniach. Półcieniach. Nie głębokich, które by przerażały, a tych, które naturalnie wpasowywały się w otoczenie. Czy był zły? Czy czuł do niej niechęć? W perspektywie tego, że się rozluźnił - to jednak nie był durny żart - wszystko inne uleciało. Tanie i bez znaczenia jak dym z papierosa.
Sauriel leniwym ruchem rozłożył ręce na boki.
- No hej. - Przywitał się leniwie, a na jego ustach zagościł nieco kpiący uśmieszek. Arogancki na pewno. Wskazał gestem na krzesło po przeciwnej stronie stołu. Nie miał pojęcia jak spoglądać na tę kobietę. Nie była mu bliska, nie znał jej, a jednocześnie była osobą, której powierzył tyle słów. Podarował je jej zapakowane w bombonierce jak czekoladki. Gorzkie. Ostre. - No... jakoś nie jestem zaskoczony. - W pierwszym momencie był. Ale to wydawało się teraz takie naturalne. Takie na miejscu. Że to właśnie tę znajomą twarz zobaczył tam, gdzie dotąd był tylko czarny kot i kartki papieru, które przyjmowały wszystko. - Jak tam twoje umartwianie się? Pokuta odbyta? - Cynizm był zawsze towarzyszem Sauriela. Bycie niekoniecznie miłym dupkiem również.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.