18.04.2023, 20:37 ✶
Ciężko było nazwać Pandorę kobietą religijną i oddaną przykazaniom, miała swój własny pogląd na świat. Wierzyła w matkę naturę oraz magię, czytanie z gwiazd, zwierzęta totemiczne i wędrówkę dusz. Łatwiej żyło się z przeświadczeniem o należeniu do kręgu życia niż z wiarą w proroka czy innego przywódcę wyklętego narodu. Zwykle po poznaniu człowieka, a później jego imienia, tworzyły się jej jakieś powiązania, a on pasował zarówno na duszę niedźwiedzią, jak i wilka. Miała jednak zbyt mało informacji poza oczywistym kontrastem pomiędzy nimi, aby stwierdzić, co było bardziej odpowiednie.
Na wzmiankę o tym, że starego właściciela pensjonatu nie warto obdarzać zaufaniem, jedynie westchnęła krótko. Była przesadnie ufna, zawsze dawała innym szanse, a skoro z takim miłym uśmiechem zapewniał ją, że dotrze do punktu szybciej i w lepszych okolicznościach przyrody. Z drugiej jednak strony, czy Mara nie stwierdziła od razu, że dziadyga coś łże? Jej koń mocniej stąpał po ziemi niż Dora, nawet jeśli to on miał skrzydła. Była też czasem upierdliwie nadopiekuńcza. Mimowolnie brązowe ślepia kobiety powędrowały ku górze — czuła, że zwierzę było niedaleko, posłusznie i lojalnie, chociaż z niezadowoleniem, spełniając jej prośbę.
- Teraz już będę wiedziała. Wyglądał naprawdę miło i ciekawie opowiadał o tutejszych atrakcjach, tylko nie mam aż tyle czasu, aby skorzystać ze wszystkich. Na pewno nie chciał źle. - odpowiedziała z delikatnym wzruszeniem ramion, bo chociaż zdawała sobie sprawę z istnienia złośliwych i okropnych ludzi, zawsze szukała jakichś wymówek dla nich, za nich. Nikt przecież nie rodził się taki, chyba że był przeklętą duszą, a te według ksiąg i opowieści nie zdarzały się zbyt często.
Czuła, że mówi za dużo, ale często nie umiała przestać. Nie była świadoma tego, że mówiła więcej, gdy czuła się niepewnie lub nie radziła sobie z przewagą któreś z emocji. Często wpadała w kłopoty przez swoją niezdarność, ale nie zdawała sobie sprawy, że jej gadulstwo mogło przyciągnąć tutejsze zwierzęta, a nie je odstraszyć. Magiczne stworzenia reagowały ucieczką na dźwięk podniesionego głosu człowieka, chyba że były smokiem lub inną mantykorą, ale z tego, co kojarzyła — takowe nie występowały w tych rejonach. Mógł czasem jakiś przelatywać na Islandią, ale nie były to chyba warunki odpowiednie dla tych gadów. Obserwowała w zastanowieniu parę ze swoich chust, czując rozchodzący się po ciele dreszcz od zbyt długiego stania w miejscu. Plus był jednak taki, że w lesie i wśród drzew wiało mniej, niż na otwartych pastwiskach czy wzniesieniach, które tu wcześniej widziała. Na jego zaskoczenie kiwnęła głową, mógł z łatwością po jej minie wywnioskować, że nie kłamała. Twarz Prewettówny była bardzo łatwa do odczytania, na niewiele tematów w ogóle umiała wymyślić odpowiednią bujdę, prędzej zwyczajnie zmieniając temat lub dając okrężną odpowiedź. Wbijała w niego zaintrygowane spojrzenie, zupełnie nieświadoma zrządzenia lasu, które ich spotkało. - Jak mogłam mówić do Ciebie, jak nie mam pojęcia, jak masz na imię i nie mam żadnego prawa, aby kazać Ci postać w miejscu? - zapytała tylko, przekręcając głowę w bok, bo przecież była przekonana, że mówiła do swojego pegaza. Mara już dawno tkwiłaby z nimi, gdyby nie usłyszała jej słów. -Mówiłam do Mary. To moja przyjaciółka, ale nie jest fanką Twojego toporka, nie chciałam jej denerwować.
Wyjaśniła z delikatnym wzruszeniem ramion, zupełnie nie rozumiejąc jego zirytowania w tej sprawie, bo skąd mogła wiedzieć, że jest Mar i Mara? Obydwa nocne! Pandora pokręciła głową, sugerując mu, że nic więcej do poniesienia ze śniegu już nie miała. Jej palce zacisnęły się mocniej na różdżce, tonąc w miękkim wnętrzu rękawiczki.
- Oh, na punkt? Dziękuje, to miłe. Tak, wiem. Mogę przestać. Nie będziesz wtedy się tak złościł? -odpowiedziała, unosząc brew delikatnie, zanim przeniosła wzrok gdzieś na bok. Jego zdenerwowanie się jej udzielało, a ostatnie, czego brakowało w tym nieszczęsnym lesie, to kolejne przygody. Dla pewności złapała większy wdech, wciąż chcąc mu jednak podziękować. Wysłuchała jego słów o wilkach, nieco prychając pod nosem na futro i mięso, bo jak można było zabić tak piękne i majestatyczne stworzenia, a co dopiero je zjeść i robić z nich ubrania? Uznała jednak, że bezpieczniej będzie tego nie komentować, nie wchodzić w dyskusję na temat jego zwyczajów, gdy byli na jego terenie i poniekąd była na jego łasce, bo sama na pewno nie znajdzie wyjścia z tego cholernego lasu. - Zapamiętam. - obiecała krótko, mając w głowie to, że przeszkadzało mu jej gadanie. Zacisnęła usta, wyciągając dłoń w jego stronę. I znów nie wyglądał na zadowolonego, więc cofnęła ją równie szybko, wsuwając w kieszeń, obejmując kompas mocno.
- Oh. Nic Ci się nie stało? - tego nie mogła powstrzymać, uciekło samo spomiędzy warg, które zaraz szybko przysłoniła dłonią, odwracając wzrok na bok. Oczywiście ukradkiem zamierzała się mu przyjrzeć, czy aby się nie połamał, nie spadł na ten swój oraz czy inne rzeczy, które mógł chować pod futrem. Drzewa w tym lesie były cholernie gęste i wysokie, nawet jeśli śnieg amortyzował upadek, pewnie nabił sobie siniaków. - Wiem, to dotyczyło niedźwiedzia. Nieważne, przepraszam. Nie chciałam Cię obrazić, czy zdenerwować. Jeśli chcesz, możesz wracać do domu, nie będę obrażona czy zła. - odpowiedziała tylko, wysuwając z kurtki rękę, aby otworzyć swój stary kompas. Przedmiot był zdarty, tkwił na łańcuszku i miał zniszczone grawer w tureckim języku, a także błyszczący, czerwony kamyk na środku. Nie chciała go przecież zezłościć. Poruszyła niespokojnie ustami, otwierając wieczko i przyglądając się kręcącej igle. I znów rozległo się huk sowy, trzepot skrzydeł, a nawet pojedyncze wycie gdzieś z oddali. A może ryk? Mimowolnie zrobiła krok w jego stronę, jakby była zupełnie pewna, że nie poradzi sobie sama ze zwierzęciem, bo nie będzie umiała go skrzywdzić. Chciała oczywiście się odezwać, ale przygryzła tylko dolną wargę, wzdychając bezgłośnie i zatrzymała wzrok na strzałce, która w końcu wskazała północ po swoim szaleńczym tańcu — oczywiście tam, gdzie były największe krzaki i gdzie było najbardziej ponuro.
Na wzmiankę o tym, że starego właściciela pensjonatu nie warto obdarzać zaufaniem, jedynie westchnęła krótko. Była przesadnie ufna, zawsze dawała innym szanse, a skoro z takim miłym uśmiechem zapewniał ją, że dotrze do punktu szybciej i w lepszych okolicznościach przyrody. Z drugiej jednak strony, czy Mara nie stwierdziła od razu, że dziadyga coś łże? Jej koń mocniej stąpał po ziemi niż Dora, nawet jeśli to on miał skrzydła. Była też czasem upierdliwie nadopiekuńcza. Mimowolnie brązowe ślepia kobiety powędrowały ku górze — czuła, że zwierzę było niedaleko, posłusznie i lojalnie, chociaż z niezadowoleniem, spełniając jej prośbę.
- Teraz już będę wiedziała. Wyglądał naprawdę miło i ciekawie opowiadał o tutejszych atrakcjach, tylko nie mam aż tyle czasu, aby skorzystać ze wszystkich. Na pewno nie chciał źle. - odpowiedziała z delikatnym wzruszeniem ramion, bo chociaż zdawała sobie sprawę z istnienia złośliwych i okropnych ludzi, zawsze szukała jakichś wymówek dla nich, za nich. Nikt przecież nie rodził się taki, chyba że był przeklętą duszą, a te według ksiąg i opowieści nie zdarzały się zbyt często.
Czuła, że mówi za dużo, ale często nie umiała przestać. Nie była świadoma tego, że mówiła więcej, gdy czuła się niepewnie lub nie radziła sobie z przewagą któreś z emocji. Często wpadała w kłopoty przez swoją niezdarność, ale nie zdawała sobie sprawy, że jej gadulstwo mogło przyciągnąć tutejsze zwierzęta, a nie je odstraszyć. Magiczne stworzenia reagowały ucieczką na dźwięk podniesionego głosu człowieka, chyba że były smokiem lub inną mantykorą, ale z tego, co kojarzyła — takowe nie występowały w tych rejonach. Mógł czasem jakiś przelatywać na Islandią, ale nie były to chyba warunki odpowiednie dla tych gadów. Obserwowała w zastanowieniu parę ze swoich chust, czując rozchodzący się po ciele dreszcz od zbyt długiego stania w miejscu. Plus był jednak taki, że w lesie i wśród drzew wiało mniej, niż na otwartych pastwiskach czy wzniesieniach, które tu wcześniej widziała. Na jego zaskoczenie kiwnęła głową, mógł z łatwością po jej minie wywnioskować, że nie kłamała. Twarz Prewettówny była bardzo łatwa do odczytania, na niewiele tematów w ogóle umiała wymyślić odpowiednią bujdę, prędzej zwyczajnie zmieniając temat lub dając okrężną odpowiedź. Wbijała w niego zaintrygowane spojrzenie, zupełnie nieświadoma zrządzenia lasu, które ich spotkało. - Jak mogłam mówić do Ciebie, jak nie mam pojęcia, jak masz na imię i nie mam żadnego prawa, aby kazać Ci postać w miejscu? - zapytała tylko, przekręcając głowę w bok, bo przecież była przekonana, że mówiła do swojego pegaza. Mara już dawno tkwiłaby z nimi, gdyby nie usłyszała jej słów. -Mówiłam do Mary. To moja przyjaciółka, ale nie jest fanką Twojego toporka, nie chciałam jej denerwować.
Wyjaśniła z delikatnym wzruszeniem ramion, zupełnie nie rozumiejąc jego zirytowania w tej sprawie, bo skąd mogła wiedzieć, że jest Mar i Mara? Obydwa nocne! Pandora pokręciła głową, sugerując mu, że nic więcej do poniesienia ze śniegu już nie miała. Jej palce zacisnęły się mocniej na różdżce, tonąc w miękkim wnętrzu rękawiczki.
- Oh, na punkt? Dziękuje, to miłe. Tak, wiem. Mogę przestać. Nie będziesz wtedy się tak złościł? -odpowiedziała, unosząc brew delikatnie, zanim przeniosła wzrok gdzieś na bok. Jego zdenerwowanie się jej udzielało, a ostatnie, czego brakowało w tym nieszczęsnym lesie, to kolejne przygody. Dla pewności złapała większy wdech, wciąż chcąc mu jednak podziękować. Wysłuchała jego słów o wilkach, nieco prychając pod nosem na futro i mięso, bo jak można było zabić tak piękne i majestatyczne stworzenia, a co dopiero je zjeść i robić z nich ubrania? Uznała jednak, że bezpieczniej będzie tego nie komentować, nie wchodzić w dyskusję na temat jego zwyczajów, gdy byli na jego terenie i poniekąd była na jego łasce, bo sama na pewno nie znajdzie wyjścia z tego cholernego lasu. - Zapamiętam. - obiecała krótko, mając w głowie to, że przeszkadzało mu jej gadanie. Zacisnęła usta, wyciągając dłoń w jego stronę. I znów nie wyglądał na zadowolonego, więc cofnęła ją równie szybko, wsuwając w kieszeń, obejmując kompas mocno.
- Oh. Nic Ci się nie stało? - tego nie mogła powstrzymać, uciekło samo spomiędzy warg, które zaraz szybko przysłoniła dłonią, odwracając wzrok na bok. Oczywiście ukradkiem zamierzała się mu przyjrzeć, czy aby się nie połamał, nie spadł na ten swój oraz czy inne rzeczy, które mógł chować pod futrem. Drzewa w tym lesie były cholernie gęste i wysokie, nawet jeśli śnieg amortyzował upadek, pewnie nabił sobie siniaków. - Wiem, to dotyczyło niedźwiedzia. Nieważne, przepraszam. Nie chciałam Cię obrazić, czy zdenerwować. Jeśli chcesz, możesz wracać do domu, nie będę obrażona czy zła. - odpowiedziała tylko, wysuwając z kurtki rękę, aby otworzyć swój stary kompas. Przedmiot był zdarty, tkwił na łańcuszku i miał zniszczone grawer w tureckim języku, a także błyszczący, czerwony kamyk na środku. Nie chciała go przecież zezłościć. Poruszyła niespokojnie ustami, otwierając wieczko i przyglądając się kręcącej igle. I znów rozległo się huk sowy, trzepot skrzydeł, a nawet pojedyncze wycie gdzieś z oddali. A może ryk? Mimowolnie zrobiła krok w jego stronę, jakby była zupełnie pewna, że nie poradzi sobie sama ze zwierzęciem, bo nie będzie umiała go skrzywdzić. Chciała oczywiście się odezwać, ale przygryzła tylko dolną wargę, wzdychając bezgłośnie i zatrzymała wzrok na strzałce, która w końcu wskazała północ po swoim szaleńczym tańcu — oczywiście tam, gdzie były największe krzaki i gdzie było najbardziej ponuro.