18.04.2023, 22:50 ✶
Skrzyżowała ręce na piersiach, wcale nie kurczyła się pod kolejnymi wyrzutami ze strony mężczyzny, ba, stała wyprostowana i z uniesioną brodą, wlepiając w niego brązowe ślepia, błyszczące chyba dla odmiany od gniewu, a nie rozbawienia. Pandorę było bardzo trudno wyprowadzić z równowagi, sprawić, aby podniosła głos i jemu również się to nie uda.
- Nie mam pojęcia, jak się nazywasz i nie patrz na mnie, jak na wariatkę. - rzuciła głosem przepełnionym pewnością swoich słów, wkradła się nawet odrobina akcentu, co mogło świadczyć o tym, że pół Turczynka podchodziła do tego emocjonalnie. Nic o niej nie wiedział, nie miał absolutnie żadnego prawa oskarżać ją o tak okropne rzeczy, gbur paskudny. Wcale nie bredziła, a każde kolejne słowa — które przerywały cisze i mogły przywołać tu wygłodniałe wilki czy inne drapieżniki, o których wspominał, sprawiały, że miała coraz większą ochotę udowodnić mu, że się mylił. I jeszcze te spojrzenia, gesty, jakby mówiła o choince. I kto tu był wariatem? Prychnęła, gdy skończył mówić, a właściwie ryknął. Zbliżyła się do niego, stając na palcach i patrząc mu w oczy, uśmiechnęła się jedynie. - No to patrz niedźwiadku.
A potem zagwizdała — głośno i wyraźnie, co rozniosło się echem między drzewami. Cofnęła się pół kroku, nie musiała nawet patrzeć w niebo, bo więź, którą miała ze swoim abraksanem, była nierozerwalna. Zajmowała się Marą, gdy ta była jeszcze źrebakiem, dokarmiała ją z butelki, bo matka miała problemy z pokarmem. Ufały sobie, opiekowały się sobą, były dla siebie najbliższe. Nigdy jednak nie oczekiwała, że ktokolwiek będzie w stanie to zrozumieć, a co dopiero docenić, bo przecież była tylko zwierzęciem, pegazem o przerażających, czerwonych i mądrych ślepiach. Świst w powietrzu był coraz głośniejszy, a potem rozległo się zirytowane rżenie i odgłos kopyt, które uderzyły o ziemię, rozpryskując dookoła biały śmiech. Złoty pegaz trzepnął skrzydłami, wypuszczając głośno parę z nozdrzy, gdy zatrzymał się obok Pandory i łypnął wzrokiem na pogrążonego w ślepej furii mężczyznę. Była na tyle bezczelna, że zadarła łeb i spojrzała nawet z góry, znów wydając z siebie nieprzyjemny dźwięk, a potem kilkukrotnie uderzając kopytem o ziemie. Miała długą grzywę, pomiędzy którą były coś wplecione, ale ciężko było zauważyć w półmroku. Kobieta uniosła dłoń, zsuwając rękawiczkę i przesunęła po chłodnej, wilgotnej szyi zwierzęcia, starając się ją uspokoić. Oczywiście ta nie zamierzała mówić ludzkim głosem, dopóki Pandora by jej nie pozwoliła. Uśmiechnęła się do mężczyzny, nie komentując jednak niczego, zdradzając mu jedynie imię swojej przyjaciółki, która nie była choinką. - To Mara.
Mógł sobie iść, nie trzymała go tu na siłę i może nawet lepiej, gdyby sobie poszedł. Zawsze radziły sobie we dwie, więc i w Islandzkiej głuszy sobie poradzą. Klacz zdawała się czytać jej w myślach, bo trąciła ją łbem na znak, że być może nie był to najlepszy moment na samodzielność i niezależność, skoro krążyły po tym nieszczęsnym lesie ostatnie dwie godziny. Latanie we mgle i w tej ciemności było męczące, również przez niskie temperatury, które panowały wysoko. Prewettówna zdawała sobie sprawę ze swojej przypadłości, nie miała pojęcia, jak zachowałaby się, gdyby unosiły się wysoko nad lasem, gdzie krople deszczu zmieniałyby się w lód, niczym zaczarowane.
Nie odpowiadała na większość jego pytań, skoro to było niegrzeczne i sam tego nie chciał, mając dość jej paplaniny. Poprawiła plecak, na jego stan zdrowia zareagowała kiwnięciem głowy z jakąś ulgą, bo nawet, jak był gburem i wariatem, wciąż jej pomagał i nie umiała tak po prostu nie martwić się o kogoś, kto spadł z dwumetrowej choinki. Nie była też uzdrowicielem, znała podstawowe zaklęcia leczące, które pomagały jej w pracy, zwłaszcza gdy raniła sobie dłonie. Jego monolog sprawił, że wbiła w niego spojrzenie z odrobiną urazy i być może zaskoczenia, ale wciąż mu nie przerywała, przygryzając coraz mocniej wewnętrzne strony policzków czy wargi. Jej dłoń rozluźniała i zaciskała palce. Nie chodziło przecież o to, że się bała — nie chciała po prostu nikogo krzywdzić, niezależnie czy ludzi, czy zwierząt. Do drugich miała olbrzymi talent, dobrą aurę i rękę — jak mogłaby w obronie własnej chcieć śmiertelnie zdradzić coś, co mogłoby jej zaufać? To byłoby okropne. Mara prychnęła głośno, rozprostowując skrzydła i sprawiając, że dostał końcem jednego w okolicach ramienia, być może kilka piór przesunęło mu po policzku. Wpatrywała się w mężczyznę tak, jakby rozumiała, co mówił do Pandory i wcale się jej to nie podobało. I chyba też to, że brunetka sama była cicho. Zwierzę musiało czuć się niepewnie, gdy jej nie słyszało.
Już nie wspominając, że obraził Anglię i nazwał ją nieludzką, zrobił z niej trupa i zasugerował, że zachowałaby się w taki, a nie inny sposób. Posłała mu jeszcze krótkie, pytające spojrzenie, czy już może skończył i kiwnęła głową raz jeszcze, dając mu tym samym znać, że nie będzie dyskutowała i postara się go słuchać — w miarę swoich możliwości, chociaż chyba lepiej byłoby, gdyby sobie poszedł. Rozluźniła dłonie, przenosząc spojrzenie na konia, który trącił pyskiem jej rękę, otulając ją ciepłym oddechem. Miała racje, dłoń jej zmarzła i nabrała niepokojąco różowego koloru, więc wsunęła ją znów w materiał rękawiczki. - Bądź blisko, tu nie jest dla Ciebie wygodnie i bezpiecznie, Mar. - mruknęła cicho, aby przypadkiem nie doprowadzić go do kolejnego ataku niedźwiedziego ryczenia swoim głosem. - Poradzę sobie, naprawdę. - dodała jeszcze, gdy pegaz przygryzł jej pompon od czapki. Nie było jej wygodnie maszerować w tych krzewach, na które wskazywał kompas, trzymany teraz razem z różdżką w dłoni. Była dużym zwierzęciem, wysokim. Nim klacz odleciała, zbliżyła się do Hjalmara i trąciła jego ramię pyskiem po tym, jak przez chwilę wpatrywała mu się w oczy, a potem ruszyła przed siebie, rozpędzając się i znikając między drzewami. Pandora odprowadziła ją wzrokiem z westchnięciem, ruszając powoli w stronę, którą wskazał. Gdy pomyślała o tym, co zwierzę miało na myśli, wywróciła oczyma, raz jeszcze spoglądając na kompas. Skoro on był przewodnikiem, w porządku — przedmiot wrócił do kieszeni. Odpięła jednak termos z ciepłym naparem, zaciskając na nim palce, jednak zanim się napiła, wysunęła dłoń w jego kierunku, "pytając" tym samym, czy chciał się może napić czegoś ciepłego. Ważne było utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała, a stali tu dość długo. Może i nie umiała przetrwać w takich warunkach, ale nie chciała też, żeby niedźwiedź się przez nią rozchorował.
- Nie mam pojęcia, jak się nazywasz i nie patrz na mnie, jak na wariatkę. - rzuciła głosem przepełnionym pewnością swoich słów, wkradła się nawet odrobina akcentu, co mogło świadczyć o tym, że pół Turczynka podchodziła do tego emocjonalnie. Nic o niej nie wiedział, nie miał absolutnie żadnego prawa oskarżać ją o tak okropne rzeczy, gbur paskudny. Wcale nie bredziła, a każde kolejne słowa — które przerywały cisze i mogły przywołać tu wygłodniałe wilki czy inne drapieżniki, o których wspominał, sprawiały, że miała coraz większą ochotę udowodnić mu, że się mylił. I jeszcze te spojrzenia, gesty, jakby mówiła o choince. I kto tu był wariatem? Prychnęła, gdy skończył mówić, a właściwie ryknął. Zbliżyła się do niego, stając na palcach i patrząc mu w oczy, uśmiechnęła się jedynie. - No to patrz niedźwiadku.
A potem zagwizdała — głośno i wyraźnie, co rozniosło się echem między drzewami. Cofnęła się pół kroku, nie musiała nawet patrzeć w niebo, bo więź, którą miała ze swoim abraksanem, była nierozerwalna. Zajmowała się Marą, gdy ta była jeszcze źrebakiem, dokarmiała ją z butelki, bo matka miała problemy z pokarmem. Ufały sobie, opiekowały się sobą, były dla siebie najbliższe. Nigdy jednak nie oczekiwała, że ktokolwiek będzie w stanie to zrozumieć, a co dopiero docenić, bo przecież była tylko zwierzęciem, pegazem o przerażających, czerwonych i mądrych ślepiach. Świst w powietrzu był coraz głośniejszy, a potem rozległo się zirytowane rżenie i odgłos kopyt, które uderzyły o ziemię, rozpryskując dookoła biały śmiech. Złoty pegaz trzepnął skrzydłami, wypuszczając głośno parę z nozdrzy, gdy zatrzymał się obok Pandory i łypnął wzrokiem na pogrążonego w ślepej furii mężczyznę. Była na tyle bezczelna, że zadarła łeb i spojrzała nawet z góry, znów wydając z siebie nieprzyjemny dźwięk, a potem kilkukrotnie uderzając kopytem o ziemie. Miała długą grzywę, pomiędzy którą były coś wplecione, ale ciężko było zauważyć w półmroku. Kobieta uniosła dłoń, zsuwając rękawiczkę i przesunęła po chłodnej, wilgotnej szyi zwierzęcia, starając się ją uspokoić. Oczywiście ta nie zamierzała mówić ludzkim głosem, dopóki Pandora by jej nie pozwoliła. Uśmiechnęła się do mężczyzny, nie komentując jednak niczego, zdradzając mu jedynie imię swojej przyjaciółki, która nie była choinką. - To Mara.
Mógł sobie iść, nie trzymała go tu na siłę i może nawet lepiej, gdyby sobie poszedł. Zawsze radziły sobie we dwie, więc i w Islandzkiej głuszy sobie poradzą. Klacz zdawała się czytać jej w myślach, bo trąciła ją łbem na znak, że być może nie był to najlepszy moment na samodzielność i niezależność, skoro krążyły po tym nieszczęsnym lesie ostatnie dwie godziny. Latanie we mgle i w tej ciemności było męczące, również przez niskie temperatury, które panowały wysoko. Prewettówna zdawała sobie sprawę ze swojej przypadłości, nie miała pojęcia, jak zachowałaby się, gdyby unosiły się wysoko nad lasem, gdzie krople deszczu zmieniałyby się w lód, niczym zaczarowane.
Nie odpowiadała na większość jego pytań, skoro to było niegrzeczne i sam tego nie chciał, mając dość jej paplaniny. Poprawiła plecak, na jego stan zdrowia zareagowała kiwnięciem głowy z jakąś ulgą, bo nawet, jak był gburem i wariatem, wciąż jej pomagał i nie umiała tak po prostu nie martwić się o kogoś, kto spadł z dwumetrowej choinki. Nie była też uzdrowicielem, znała podstawowe zaklęcia leczące, które pomagały jej w pracy, zwłaszcza gdy raniła sobie dłonie. Jego monolog sprawił, że wbiła w niego spojrzenie z odrobiną urazy i być może zaskoczenia, ale wciąż mu nie przerywała, przygryzając coraz mocniej wewnętrzne strony policzków czy wargi. Jej dłoń rozluźniała i zaciskała palce. Nie chodziło przecież o to, że się bała — nie chciała po prostu nikogo krzywdzić, niezależnie czy ludzi, czy zwierząt. Do drugich miała olbrzymi talent, dobrą aurę i rękę — jak mogłaby w obronie własnej chcieć śmiertelnie zdradzić coś, co mogłoby jej zaufać? To byłoby okropne. Mara prychnęła głośno, rozprostowując skrzydła i sprawiając, że dostał końcem jednego w okolicach ramienia, być może kilka piór przesunęło mu po policzku. Wpatrywała się w mężczyznę tak, jakby rozumiała, co mówił do Pandory i wcale się jej to nie podobało. I chyba też to, że brunetka sama była cicho. Zwierzę musiało czuć się niepewnie, gdy jej nie słyszało.
Już nie wspominając, że obraził Anglię i nazwał ją nieludzką, zrobił z niej trupa i zasugerował, że zachowałaby się w taki, a nie inny sposób. Posłała mu jeszcze krótkie, pytające spojrzenie, czy już może skończył i kiwnęła głową raz jeszcze, dając mu tym samym znać, że nie będzie dyskutowała i postara się go słuchać — w miarę swoich możliwości, chociaż chyba lepiej byłoby, gdyby sobie poszedł. Rozluźniła dłonie, przenosząc spojrzenie na konia, który trącił pyskiem jej rękę, otulając ją ciepłym oddechem. Miała racje, dłoń jej zmarzła i nabrała niepokojąco różowego koloru, więc wsunęła ją znów w materiał rękawiczki. - Bądź blisko, tu nie jest dla Ciebie wygodnie i bezpiecznie, Mar. - mruknęła cicho, aby przypadkiem nie doprowadzić go do kolejnego ataku niedźwiedziego ryczenia swoim głosem. - Poradzę sobie, naprawdę. - dodała jeszcze, gdy pegaz przygryzł jej pompon od czapki. Nie było jej wygodnie maszerować w tych krzewach, na które wskazywał kompas, trzymany teraz razem z różdżką w dłoni. Była dużym zwierzęciem, wysokim. Nim klacz odleciała, zbliżyła się do Hjalmara i trąciła jego ramię pyskiem po tym, jak przez chwilę wpatrywała mu się w oczy, a potem ruszyła przed siebie, rozpędzając się i znikając między drzewami. Pandora odprowadziła ją wzrokiem z westchnięciem, ruszając powoli w stronę, którą wskazał. Gdy pomyślała o tym, co zwierzę miało na myśli, wywróciła oczyma, raz jeszcze spoglądając na kompas. Skoro on był przewodnikiem, w porządku — przedmiot wrócił do kieszeni. Odpięła jednak termos z ciepłym naparem, zaciskając na nim palce, jednak zanim się napiła, wysunęła dłoń w jego kierunku, "pytając" tym samym, czy chciał się może napić czegoś ciepłego. Ważne było utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała, a stali tu dość długo. Może i nie umiała przetrwać w takich warunkach, ale nie chciała też, żeby niedźwiedź się przez nią rozchorował.