21.04.2023, 12:21 ✶
Mężczyzna w żaden sposób nie zaprotestował, gdy Lyssa wyciągnęła dłoń po karty i zaczęła wyciągać jedną po drugiej. Nie patrzył na rozkład, który powoli tworzyła, pozwalając jej najpierw dopełnić wróżbę. W międzyczasie skupił się na jej pytaniach i uwagach dotyczących działalności Dolohova.
— Nie, sam wyjazd nie dodał zbyt wielu obowiązków. Powiedziałbym, że wprost przeciwnie. Odczujemy oboje skutki tego zniknięcia dopiero po jego powrocie — odparł rzeczowo. Nie miał do pracodawcy z tego powodu żadnego żalu. Nie przeszkadzała mu wizja natłoku pracy. Bardziej odczuwał to, jak mimo wszystko wyczerpujące mentalnie było odwoływanie wcześniej poczynionych planów i znoszenie gniewu interesantów. Nie na tyle jednak, aby nie mógł sobie z tym poradzić. — Na przykład od dłuższego czasu jedna z mniejszych rozgłośni radiowych wytrwale zabiegała o wywiad. Niedawno w końcu Vakel się zgodził. — Odwrócił się na chwilę, aby zerknąć na kalendarz wiszący na ścianie. — Miał być wczoraj. Oczywiście, odwołałem go, ale to ich wcale nie zniechęciło. Wysłali już… całkiem pokaźny stosik listów. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby posunęli się i do osobistej wizyty.
Kolejny temat — temat niepokojących przeczuć nękających czarownicę — stopniowo wyprowadzał go ze swobodnego nastroju, w którym ją powitał. Jeśli jednego nauczył się przez wszystkie lata swojego życia, to że nie poznali jako czarodzieje w pełni magii i jej ograniczeń, więc nierozsądnym było ignorować choćby najdrobniejsze sygnały. Nawet jeśli wyglądały niewinnie i nie przypominały niczego, z czym się do tej pory spotkali.
Spuścił wzrok na układ tarota, który powstał z wyborów Lyssy. Cieszył się, że nie dostrzegł w nim na pierwszy rzut oka katastrofy. Choć niewątpliwie działo się coś niepokojącego, karty nie wskazywały na ten moment na większe problemy. Były raczej powściągliwe. Sunął wzrokiem od jednej do drugiej, krążąc po labiryncie nakładających się na siebie znaczeń, poszukiwał prawd, które wybijały się ponad splątane nici losu.
Wyciągnął rękę nad pierwszą kartę — szóstkę kielichów — nie odrywając od układu wzroku.
— Cokolwiek to jest, pochodzi z twojej przeszłości. Prawdopodobnie przybyło do Londynu wraz z tobą — zaczął, po czym jego palce powędrowały nad kolejną kartę, pazia pucharów. Jednocześnie uniósł wzrok tak, aby spojrzeć młodej czarownicy w oczy, obserwować jej reakcje. — Będzie cię przez jakiś czas ograniczało. Nie pozwoli iść do przodu, rozwijać się. — Przeszedł do ostatniej. — Twój niepokój jest uzasadniony. To nie pochodzi z dobrych czarów, naszych czarów. Zrodziło się z pogwałcenia naszych zasad, po stronie czarnej magii.
Umilkł na chwilę; bynajmniej nie aby dumać dłużej nad układem, lecz schwytany przez refleksję, która zawitała niespodziewanie do jego umysłu, gdy wypowiadał wróżbę. Uświadomił sobie, że nie czuł się komfortowo, gdy mówił Lyssie o tym, że w jej otoczeniu czai się coś czarnomagicznego. Dlaczego więc z taką swobodą sam zaczynał krążyć powoli wokół czarnej magii? Czuł, że ta myśl nie opuści tak łatwo jego głowy, lecz nie miał czasu rozebrać jej w tamtej chwili na czynniki pierwsze i wyciągnąć wniosków.
Otrząsnął się i kontynuował przerwany temat:
— Nie jestem w stanie z całą pewnością powiedzieć ci, co to może być. Czy to drobna klątwa, która przykleiła się do ciebie z jakiegoś błahego powodu i wkrótce sama zblaknie, czy to coś większego — rzekł zgodnie z prawdą. Nie zajmował się nigdy badaniem klątw dotykających czarodziejów, a na pewno nie takich. O ile w ogóle była to klątwa. — Wygląda na to, że na razie sprawa nie jest bardzo poważna, ale nie ignorowałbym tego. W każdej chwili może się rozwinąć. Możesz pomyśleć nad sprawieniem sobie jakiegoś drobnego przedmiotu ochronnego — zasugerował.
— Nie, sam wyjazd nie dodał zbyt wielu obowiązków. Powiedziałbym, że wprost przeciwnie. Odczujemy oboje skutki tego zniknięcia dopiero po jego powrocie — odparł rzeczowo. Nie miał do pracodawcy z tego powodu żadnego żalu. Nie przeszkadzała mu wizja natłoku pracy. Bardziej odczuwał to, jak mimo wszystko wyczerpujące mentalnie było odwoływanie wcześniej poczynionych planów i znoszenie gniewu interesantów. Nie na tyle jednak, aby nie mógł sobie z tym poradzić. — Na przykład od dłuższego czasu jedna z mniejszych rozgłośni radiowych wytrwale zabiegała o wywiad. Niedawno w końcu Vakel się zgodził. — Odwrócił się na chwilę, aby zerknąć na kalendarz wiszący na ścianie. — Miał być wczoraj. Oczywiście, odwołałem go, ale to ich wcale nie zniechęciło. Wysłali już… całkiem pokaźny stosik listów. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby posunęli się i do osobistej wizyty.
Kolejny temat — temat niepokojących przeczuć nękających czarownicę — stopniowo wyprowadzał go ze swobodnego nastroju, w którym ją powitał. Jeśli jednego nauczył się przez wszystkie lata swojego życia, to że nie poznali jako czarodzieje w pełni magii i jej ograniczeń, więc nierozsądnym było ignorować choćby najdrobniejsze sygnały. Nawet jeśli wyglądały niewinnie i nie przypominały niczego, z czym się do tej pory spotkali.
Spuścił wzrok na układ tarota, który powstał z wyborów Lyssy. Cieszył się, że nie dostrzegł w nim na pierwszy rzut oka katastrofy. Choć niewątpliwie działo się coś niepokojącego, karty nie wskazywały na ten moment na większe problemy. Były raczej powściągliwe. Sunął wzrokiem od jednej do drugiej, krążąc po labiryncie nakładających się na siebie znaczeń, poszukiwał prawd, które wybijały się ponad splątane nici losu.
Wyciągnął rękę nad pierwszą kartę — szóstkę kielichów — nie odrywając od układu wzroku.
— Cokolwiek to jest, pochodzi z twojej przeszłości. Prawdopodobnie przybyło do Londynu wraz z tobą — zaczął, po czym jego palce powędrowały nad kolejną kartę, pazia pucharów. Jednocześnie uniósł wzrok tak, aby spojrzeć młodej czarownicy w oczy, obserwować jej reakcje. — Będzie cię przez jakiś czas ograniczało. Nie pozwoli iść do przodu, rozwijać się. — Przeszedł do ostatniej. — Twój niepokój jest uzasadniony. To nie pochodzi z dobrych czarów, naszych czarów. Zrodziło się z pogwałcenia naszych zasad, po stronie czarnej magii.
Umilkł na chwilę; bynajmniej nie aby dumać dłużej nad układem, lecz schwytany przez refleksję, która zawitała niespodziewanie do jego umysłu, gdy wypowiadał wróżbę. Uświadomił sobie, że nie czuł się komfortowo, gdy mówił Lyssie o tym, że w jej otoczeniu czai się coś czarnomagicznego. Dlaczego więc z taką swobodą sam zaczynał krążyć powoli wokół czarnej magii? Czuł, że ta myśl nie opuści tak łatwo jego głowy, lecz nie miał czasu rozebrać jej w tamtej chwili na czynniki pierwsze i wyciągnąć wniosków.
Otrząsnął się i kontynuował przerwany temat:
— Nie jestem w stanie z całą pewnością powiedzieć ci, co to może być. Czy to drobna klątwa, która przykleiła się do ciebie z jakiegoś błahego powodu i wkrótce sama zblaknie, czy to coś większego — rzekł zgodnie z prawdą. Nie zajmował się nigdy badaniem klątw dotykających czarodziejów, a na pewno nie takich. O ile w ogóle była to klątwa. — Wygląda na to, że na razie sprawa nie jest bardzo poważna, ale nie ignorowałbym tego. W każdej chwili może się rozwinąć. Możesz pomyśleć nad sprawieniem sobie jakiegoś drobnego przedmiotu ochronnego — zasugerował.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie