Rzecz z Victorią była taka, że i tak wyciągała do niego dłoń i się interesowała, i… tak, pewne było, że pociągnie ją na drugą stronę medalu, ale zrobiłby to nawet, gdyby Lestrange nie obdarzała go swoją atencją. Rzecz jasna nie wiedziała o żadnej drugiej stronie medalu i Saurielu, pomagała mu bo chciała, ale w przypadku ich relacji – było to po prostu takie: pewne i nieodwołalne, czy Rookwood przyjąłby jej pomóc, dłoń i uwagę, czy nie.
Pewnie gdyby w okolicy był jego dom, to chciałaby go zabrać tam, ale byli w samym centrum Londynu, do domu jej rodziny, jak i jego, było w cholerę daleko, Victoria nie potrafiła wykonywać teleportacji łączonej, a kominki odpadały, skoro Sauriel tak naprawdę ledwo co mówił. Tak czy siak Victoria dała mu czas na odpowiedź, a potem na to by pomalutku podniósł się z ziemi, gotowa go łapać, albo złapać i pociągnąć, żeby postawić go na nogi. W końcu jednak wstał. Nie wyprostowany, co to to nie, ale stał. I wtedy Victoria zbliżyła się do niego, żeby bardzo delikatnie objąć go ręką w pasie. Przy jego wzroście była na tyle niska, że spokojnie mogła robić za Saurielową podpórkę i to nawet mając na nogach wysokie szpilki.
- Oprzyj rękę na moim barku, będzie ci wygodniej – i dla pewności, by jej się nie wyślizgnął, złapała go za przedramię tej ręki, by go utrzymać w pozycji. Był ciężki, nawet nie mając w swoim ciele krwi. Może bardziej by jej ciążył, gdyby nie to, że Viki była po alkoholu i nie zwracała aż tak uwagi na niektóre rzeczy – pewnie poczuje to jutro, ale teraz mieli kawałeczek do przejścia wzdłuż Pokątnej.
Ciemnowłosa nie skarżyła się ani razu, ani też nie rzuciła żadnego komentarza na temat, że co on ze sobą robi, że czemu go musiała zbierać. Pogadają o tym jak już Sauriel będzie w jakikolwiek stanie, a teraz… teraz szli, pomału, bo Victoria robiła małe kroczki, mając na uwadze swoje buty i to w jakim stanie był wampir, którego ciągle trzymała i obejmowała, żeby nie fiknął na bruk. W końcu poprowadziła go do wejścia do jednej z kamienic, które otworzyła różdżką, a potem do środka. Światła same zapłonęły.
Było tam… pusto. Były meble, ale nie było to jakoś bardzo urządzone. Bardziej wyglądało jakby nikt tam nie mieszkał – bo większość mebli była przykryta płachtą by się nie kurzyła. Kobieta poprowadziła go do salonu, nie chcąc go narażać na wędrówkę po schodach, gdzie znowu machnęła różdżką, a wszelki nieporządek uprzątnął się sam i Victoria pomogła Saurielowi usadzić się na kanapie. Jasnym było, że rzadko kiedy ktokolwiek tu przebywał.
- Potrzebujesz czegoś, mogę ci jakoś pomóc? – Tori schyliła się odrobinę, by zrównać się poziomem wzroku z Saurielem, przyjrzeć mu się uważnie, by w świetle pomieszczenia zobaczyć jak wygląda i w jakim jest stanie.