Uśmiechnąłem się na słowa o widoczności jego miłości. Nie potrzebowałem takich deklaracji, bo wiedziałem, że rodziny nie da się usunąć ze swojego życia, bo wiedziałem, że zawsze będę walczyć o każdego członka mojej rodziny. Zależało mi na tym, aby mieć brata, ponieważ nie chciałem być sam. Miałem wrażenie, że jeśli będę kurczowo trzymać się rodziny to nigdy nie zostanę opuszczony, to już nigdy nikt mi nie umrze, nikt mnie nie zostawi jak każdy kogo pokochałem.
— Wiem. – odpowiedziałem krótko z uśmiechem.
Byłem dobry we wprowadzaniu niezręcznych sytuacji i chyba mi właśnie znowu się to udało, ale raczej nie będę tego w ten sposób osądzać, ponieważ mój osąd był dosłownie upośledzony. Wypiłem ostatni łyk trunku i cicho westchnąłem. Rzadko upijałem się i rzadko sięgałem po alkohol, ponieważ byłem wtedy jeszcze bardziej nieporadny, ale myślę, że w towarzystwie Mellvyna raczej nie miałem się czego bać.— Nie wiem, czy to jest do końca cel, ale tak sobie o tym mówię. Ludzie często mówią, że jestem naiwny i chyba coś w tym jest. A polega na tym, że po prostu spotykam jakąś osobę i nie jest ważne jaka jest, po prostu otrzyma ode mnie pomoc, miłość, rzecz w tych czasach naturalna, ale mało znana, praktykowana. – pochyliłem się znowu do niego i szepnąłem konspiracyjnie. – Miłość wbrew pozorom potężna jest. – uśmiech nie schodził mi z ust. Wiedziałem, że byłem dziwny, ale tylko dziwacy są coś warci.