Prawda, mogła zrobić z nim cokolwiek, wykorzystać dane jej zaufanie, sprzedać go, pozbyć się – a zamiast tego zabrała go po prostu do siebie, by w bezpiecznym miejscu mógł dojść do siebie. Victoria starała się jak najdelikatniej pomóc Saurielowi usiąść na kanapie, nie brudnej i zakurzonej, bo zaklęcie w mig wszystko wyczyściło. Lestrange przyglądała się chwilę twarzy wampira, a dopiero potem uważnie zjechała ciemnymi oczyma na jego sylwetkę i dopiero teraz w tym świetle i spokoju mogła zobaczyć, że jego ubranie jest podziurawione. Nie że celowo takie kupił, tylko materiał był poszarpany i… Chyba pierwszy raz widziała, żeby mu dłoń drżała.
To w połączeniu ze słowami Rookwooda sprawiło, że zaschło jej w gardle, bo połączyła kropki. Był ranny. Został zaatakowany. Czekali aż będzie w kiepskim stanie bo się naćpał, czy po prostu wdał się wtedy w bójkę? A może powód był jeszcze inny?
- Na pewno? Kiepsko wyglądasz – odpowiedziała, spoglądając na Sauriela badawczo, ale tak naprawdę za mało znała się jednak na wampirach by mu nie wierzyć. Westchnęła więc tylko i odwróciła się by przejść odrobinę przez salon i ściągnąć szpilki. Nie zamierzała w nich dłużej siedzieć. Ściągnęła też zresztą płaszcz i wróciła akurat by zobaczyć jak pierścionki Sauriela turlają się po podłodze, a on położył się na kanapie, wręcz zwinął, wciąż trzymając się za brzuch.
Znowu machnęła różdżką, tym razem po to, by pozbierać jego biżuterię i odłożyć ją do pudełeczka, które położyła na jednym z pustych regałów, a potem podeszła znowu do kanapy, którą mu użyczyła i usiadła obok niego na podłodze, opierając się o mebel plecami.
- No, tak. Jesteśmy u mnie – odpowiedziała mu i zapatrzyła się w puste pomieszczenie. W którym tak bardzo brakowało ducha kogoś, do kogo należało. - To moje mieszkanie, moje prywatne. Nie mieszkam tu jak widzisz, ale czasami tu wpadam, jak za dużo wypiję jak jestem w Londynie, że nie dam rady wrócić kominkiem, nie mówiąc już o teleportacji – odwróciła głowę w bok, by mieć widok na czarnowłosego. - Kupiłam je… na wszelki wypadek. Jakby kiedyś było potrzebne – bo brała pod uwagę różne możliwości. Póki co mieszkała w rodzinnej rezydencji, tak po prostu było wygodniej, zresztą Isabelle chciała ją mieć przy sobie, ALE Victoria jakiś czas temu, po coraz gorszych akcjach matki, postanowiła zadbać o swoją przyszłość. To miało być zabezpieczenie, jakby coś poszło mocno nie tak. Ale to mieszkanie bywało przydatne, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego lokalizację. Tori spojrzała współczująco na Sauriela i chwilę później trzymała na kolanach wyczarowaną właśnie poduszkę, tym razem nie różową. Zaraz zresztą była na kolanach i chciała pomóc mu podnieść głowę, jeśli sam nie był w stanie, by podsunąć mu ją, mięciutką. - To dla ciebie – powiedziała i uśmiechnęła się blado. - Na pewno ci nie pomóc? Co prawda jestem trochę wstawiona, ale to mały problem.