27.04.2023, 00:05 ✶
Żądza mordu pozostawała wciąż żywa.
Trudno, żeby było inaczej, wszak minęło w zasadzie niewiele czasu od chwili, gdy jej własne życie okazało się być zagrożone – i to wtedy, gdy sobie (nie)smacznie spała (trudno nazwać „smacznym spaniem” sytuację, w której sny zamieniały się w najprawdziwsze koszmary, wykraczające poza jawę) – a co za tym idzie, oczekiwanie, iż w tak krótkim czasie Leta przestanie dyszeć żądzą zemsty było całkowicie, absolutnie bezcelowe.
Niestety na pierwszy plan wysuwał się wybitnie oczywisty problem: kim był mężczyzna ze snu? Dlaczego usiłował ją zamordować? Była losową ofiarą czy wręcz przeciwnie – starannie wybraną? Jeśli to drugie – znów, dlaczego…? Pytań mnóstwo, a odpowiedzi… cóż.
Z całą pewnością nie miały przyjść tak szybko, jak by sobie tego życzyła.
Co nie znaczyło, że nie miała – mieli - próbować ich wydrzeć, choć wytropienie delikwenta zdawało się być kapkę niemożliwe. W końcu jak ścigać kogoś, kogo widziało się jedynie w snach? Znaleźć udanego rysownika i nakłonić do sporządzenia portretu pamięciowego? Biegać z nim potem po całym Londynie w nadziei, iż tego typa ktoś zna i nawet będzie skłonny wskazać go palcem? Nie, raczej nie, Crouch jakoś tego nie widziała.
Niezależnie od wszystkich wątpliwości i przemyśleń wszelkiej maści, stawiła się na miejsce spotkania. Cokolwiek jej się stało w snach – stanowiło już jedynie wspomnienie, przynajmniej mogło to tak wyglądać w oczach postronnych. Eliksiry potrafiły zdziałać – i działały – cuda, choć oczywiście magomedycyna nie znała remedium na każdy możliwy przypadek. Z takimi pospolitymi obrażeniami, na szczęście, radziły sobie całkiem dobrze. Przyzwoicie. No, bardziej niż przyzwoicie.
Zazwyczaj nie wpraszała się sama do wnętrz cudzych domostw i nawet niekoniecznie chodziło tu o twardą literę prawa, które dość jasno wyrażało się na ten temat (a jak ktoś uważał, że niejasno – to powinien sobie zafundować mocniejsze okulary. Ewentualnie poszukać miejsca, w którym mogliby nalać mu olej do łepetyny); w tej sytuacji jednak… cóż, okazywało się, że mogła sobie pozwolić na niefatygowanie Cathala do drzwi.
Stąd też nacisnęła klamkę, nieomal natychmiast po aportowaniu się przed drzwi domostwa, i wśliznęła się do środka.
- Cal, Ulysses – rzuciła, witając się z mężczyznami. Jednocześnie wygrzebała z jednej z kieszeni lizak i nie omieszkała zaraz wsadzić go sobie do ust. Ot, odrobina słodkiego na lepsze myślenie, choć właściwie lepiej sprawdziłaby się kawa… hmmm – Mam nadzieję, że nie czekaliście długo?
Nie dało się zaraz potem nie spojrzeć na stos gazet, notatek, nie mówiąc już o książkach. Dokładny i metodyczny jak zawsze.
- Trafiłeś jakiś trop? – spytała, przekrzywiając nieco głowę – chyba próbowała rozczytać tytuły książek na ich grzbietach.
Trudno, żeby było inaczej, wszak minęło w zasadzie niewiele czasu od chwili, gdy jej własne życie okazało się być zagrożone – i to wtedy, gdy sobie (nie)smacznie spała (trudno nazwać „smacznym spaniem” sytuację, w której sny zamieniały się w najprawdziwsze koszmary, wykraczające poza jawę) – a co za tym idzie, oczekiwanie, iż w tak krótkim czasie Leta przestanie dyszeć żądzą zemsty było całkowicie, absolutnie bezcelowe.
Niestety na pierwszy plan wysuwał się wybitnie oczywisty problem: kim był mężczyzna ze snu? Dlaczego usiłował ją zamordować? Była losową ofiarą czy wręcz przeciwnie – starannie wybraną? Jeśli to drugie – znów, dlaczego…? Pytań mnóstwo, a odpowiedzi… cóż.
Z całą pewnością nie miały przyjść tak szybko, jak by sobie tego życzyła.
Co nie znaczyło, że nie miała – mieli - próbować ich wydrzeć, choć wytropienie delikwenta zdawało się być kapkę niemożliwe. W końcu jak ścigać kogoś, kogo widziało się jedynie w snach? Znaleźć udanego rysownika i nakłonić do sporządzenia portretu pamięciowego? Biegać z nim potem po całym Londynie w nadziei, iż tego typa ktoś zna i nawet będzie skłonny wskazać go palcem? Nie, raczej nie, Crouch jakoś tego nie widziała.
Niezależnie od wszystkich wątpliwości i przemyśleń wszelkiej maści, stawiła się na miejsce spotkania. Cokolwiek jej się stało w snach – stanowiło już jedynie wspomnienie, przynajmniej mogło to tak wyglądać w oczach postronnych. Eliksiry potrafiły zdziałać – i działały – cuda, choć oczywiście magomedycyna nie znała remedium na każdy możliwy przypadek. Z takimi pospolitymi obrażeniami, na szczęście, radziły sobie całkiem dobrze. Przyzwoicie. No, bardziej niż przyzwoicie.
Zazwyczaj nie wpraszała się sama do wnętrz cudzych domostw i nawet niekoniecznie chodziło tu o twardą literę prawa, które dość jasno wyrażało się na ten temat (a jak ktoś uważał, że niejasno – to powinien sobie zafundować mocniejsze okulary. Ewentualnie poszukać miejsca, w którym mogliby nalać mu olej do łepetyny); w tej sytuacji jednak… cóż, okazywało się, że mogła sobie pozwolić na niefatygowanie Cathala do drzwi.
Stąd też nacisnęła klamkę, nieomal natychmiast po aportowaniu się przed drzwi domostwa, i wśliznęła się do środka.
- Cal, Ulysses – rzuciła, witając się z mężczyznami. Jednocześnie wygrzebała z jednej z kieszeni lizak i nie omieszkała zaraz wsadzić go sobie do ust. Ot, odrobina słodkiego na lepsze myślenie, choć właściwie lepiej sprawdziłaby się kawa… hmmm – Mam nadzieję, że nie czekaliście długo?
Nie dało się zaraz potem nie spojrzeć na stos gazet, notatek, nie mówiąc już o książkach. Dokładny i metodyczny jak zawsze.
- Trafiłeś jakiś trop? – spytała, przekrzywiając nieco głowę – chyba próbowała rozczytać tytuły książek na ich grzbietach.