To nie był spokojny świat, ani spokojne życie. Gdyby tak było – nie byłoby takiego zawodu jak auror, który naraża swoje życie, by polować na niebezpiecznych czarnoksiężników… Życie i śmierć, ten krąg był ze sobą spleciony, zresztą wystarczyło spojrzeć na Sauriela: był (hehe) żywym dowodem, że można żyć po śmierci. Ale jakim kosztem? Kosztem sumienia, kosztem… człowieczeństwa? Choć tak pomiędzy bogiem a prawdą, nie trzeba było być wampirem, by się go pozbawić. Victoria też była typem osoby, który jeśli sytuacja tego będzie wymagać – nie zawaha się i skrzywdzi drugą stronę; czy to w obronie własnej, czy bliskich… tych zaś wielu nie miała. Może więc dlatego, pomimo sporej ilości alkoholu kręcącej się w żyłach, nie zamierzała zostawić Sauriela samego sobie?
– Zawsze czyli jak? – nie do końca go zrozumiała. Czy to ze względu na alkohol, czy jego niezrozumiałe gadanie… Lestrange starała się wytrzeźwieć jak najszybciej, ale niestety to nigdy nie działało na życzenie. Naprawdę powinnam wynaleźć coś na kaca – miała taką myśl po kacu tysiąclecia jakieś dziewięć lat temu, ale ciągle nie było okazji… Teraz znowu pomyślała, że powinna. Bardzo powinna się temu oddać w wolnej chwili. Adrenalina ze spotkania Rookwooda w zaułku jednak zrobiła swoje i myślała… w miarę trzeźwo. W miarę.
– Przeciwbólowego… - powiedziała do siebie w zamyśleniu. Rzadko tu bywała, miała też mało rzeczy, ale takie najpotrzebniejsze ze sobą przyniosła, skoro mieszkanie miało być punktem awaryjnym (i ewidentnie nim było). W pierwszej kolejności sięgnęła jednak po swoją torebkę, przeszukując jej zawartość. Nosiła ze sobą jedną fiolkę eliksiru do uśmierzenia bólu tak na wszelki wypadek, jak to baba targając ze sobą tonę rzeczy bo „a może się przyda”. Wyciągnęła ją więc i podsunęła wampirowi. – Mam to, pomóc ci? Poszukam jeszcze, może mam tu coś więcej – przy czym pytanie „pomóc ci” miało być po to, by dowiedzieć się, czy mu pomóc ten eliksir podać, bo był w takim stanie, że Victoria wcale nie była pewna, czy Sauriel jest w stanie sam to wypić i na przykład… nie upuścić fiolki. – Albo wytrzymasz jeszcze? To poszukam, czy mam tego więcej i weźmiesz na raz… - wstała i rozejrzała się bez sensu po salonie, próbując jakoś uporządkować myśli. – Ja też się z tego cieszę. Wolę nie myśleć co by było jakbyś tam został dłużej... - westchnęła. - Dobra, poczekaj, zaraz wróce. Jak co to… krzycz? Albo… nie wiem. Zaraz wrócę! – i szybko wyszła z pokoju. Sauriel mógł usłyszeć jej ciche, bo bose, kroki na schodach i chwilę później gdzieś nad nim, gdzie Victoria otwierała szuflady i szafki, tak to przynajmniej brzmiało.
Zaklęła pod nosem, kiedy wyciągnęła z szuflady dwa eliksiry przeciwbólowe – to nie było dużo, ale było coś. Znalazła tez jeden eliksir wiggenowy i zaraz zbiegła po schodach, o mało nie łamiąc sobie nóg, kiedy się potknęła (znacie to uczucie, kiedy myślisz, ze masz pod nogami stałe podłoże, ale źle spojrzysz i wyliczysz, a tu nagle stopień…). Nie, zdecydowanie nie była jeszcze trzeźwa. Teraz jednak serce mocno jej biło, kiedy tak podskoczyło jej do gardła, a chwilę później znalazła się przy Saurielu.
– Mam jeszcze to… Dwa dodatkowe na ból. I wiggenowy na rany. Możesz to w ogóle brać? – oto była jej znajomość wampirów. Wiedziała sporo, bo od lutego, od kiedy wiedziała, że jej chłop to wampir, to naprawdę poczytała o nich kilka książek, by wiedzieć to i owo i się nie zdziwić bez sensu, ale to nie było wszystko. A Victoria naprawdę nie chciała mu zaszkodzić.