30.04.2023, 02:25 ✶
- Chyba nie na darmo, skoro tak łatwo przyszło ci podać mi dłoń – bo to „tęskniłam” rozbrzmiało w jego głowie o wiele zbyt słodko, żeby tak po prostu zapomniał o tym, że to ona była inicjatorką ich rozmowy po latach. Nawet jeżeli to było naiwne, to nie mógł tak po prostu przestać o tym myśleć – żył tą chwilą tak intensywnie, jak dalece pozwalały mu na to wypowiedziane w ciągu ostatnich minut słowa i utkwione w sobie spojrzenia, inne sporo mówiące miny wplecione gdzieś pomiędzy wierszami tego tańca. – To co prawda nie jest bardzo w twoim stylu, ale dostajesz dodatkowe punkty za urok.
Jego papierosy śmierdziały. To nie były dobrej jakości cygaretki palone przez panów z wyższych sfer – to były najbardziej łajdackie, cuchnące papierosy, którymi kiedyś poczęstowano go w mugolskiej fabryce i które przylgnęły do jego osoby już na dobre. Jemu to najwyraźniej zupełnie nie przeszkadzało. Siedział tak rozkraczony, w okowach dymu, zaciągał się raz za razem i wpatrywał w nią z tym swoim głupawym uśmiechem – zdecydowanie nie eleganckim, ale takim niesamowicie, boleśnie wręcz szczerym, od razu zdradzającym to, że dobrze się przy niej bawi. Kiedy się do niego odwróciła, Moody uciekł spojrzeniem w bok i dopiero po chwili wrócił do wpatrywania się w jej oczy. Musiał zadrzeć do tego głowę, wydając się tym samym, że wzrok utkwił mu wcześniej na jej tyłku. Nieco zażenowany zaciągnął się dymem jeszcze raz.
- Dopiero co zacząłem cię podrywać, a ty już myślisz o ślubie? – Zaśmiał się, ale głos miał miękki i przyjemny, nie wtórował jej paskudnym tonem, chociaż ta zachowywała się wobec niego bardzo zaczepnie. Zamilkł na moment, mierząc ją spojrzeniem. Czuł to dziwne uczucie, które sprawiało, że od razu wiedział – ta scena zapadnie w jego myślach i sercu na długo. Ona stojąca na tle tego księżyca, w pozie godnej tego, żeby ująć ją w jakiejś ramie. To chłodne powietrze obijające się o jego policzki. Gryzący smak dymu. Dźwięki muzyki dobiegającej z sali balowej, stłumione przez grube ściany, ledwo słyszalne – o wiele mniej niż otaczające ich dźwięki budzącej się ze snu zimowego natury. I ten szum – ale nie szum liści, tylko szum alkoholu i emocji, który słyszał w swojej głowie, dudniący w rytmie bicia jego serca. Takich chwil się nie zapominało, one już zawsze tkwiły w środku tak, żeby przeżywać je na nowo. – Może po prostu próbuję skusić los. – Usłyszał głośny śmiech dochodzący z wnętrza posiadłości Longbottomów, ale nawet nie drgnął, bo nie obchodziło go nic, co działo się w środku. Chciał być teraz tutaj, karmić się tą chwilą – wpatrując się w nią na tle tarczy księżyca i zastanawiając się, co doprowadziło do tego, że to właśnie przy niej wydawało mu się, że pełnia będzie już jutro.
Jego papierosy śmierdziały. To nie były dobrej jakości cygaretki palone przez panów z wyższych sfer – to były najbardziej łajdackie, cuchnące papierosy, którymi kiedyś poczęstowano go w mugolskiej fabryce i które przylgnęły do jego osoby już na dobre. Jemu to najwyraźniej zupełnie nie przeszkadzało. Siedział tak rozkraczony, w okowach dymu, zaciągał się raz za razem i wpatrywał w nią z tym swoim głupawym uśmiechem – zdecydowanie nie eleganckim, ale takim niesamowicie, boleśnie wręcz szczerym, od razu zdradzającym to, że dobrze się przy niej bawi. Kiedy się do niego odwróciła, Moody uciekł spojrzeniem w bok i dopiero po chwili wrócił do wpatrywania się w jej oczy. Musiał zadrzeć do tego głowę, wydając się tym samym, że wzrok utkwił mu wcześniej na jej tyłku. Nieco zażenowany zaciągnął się dymem jeszcze raz.
- Dopiero co zacząłem cię podrywać, a ty już myślisz o ślubie? – Zaśmiał się, ale głos miał miękki i przyjemny, nie wtórował jej paskudnym tonem, chociaż ta zachowywała się wobec niego bardzo zaczepnie. Zamilkł na moment, mierząc ją spojrzeniem. Czuł to dziwne uczucie, które sprawiało, że od razu wiedział – ta scena zapadnie w jego myślach i sercu na długo. Ona stojąca na tle tego księżyca, w pozie godnej tego, żeby ująć ją w jakiejś ramie. To chłodne powietrze obijające się o jego policzki. Gryzący smak dymu. Dźwięki muzyki dobiegającej z sali balowej, stłumione przez grube ściany, ledwo słyszalne – o wiele mniej niż otaczające ich dźwięki budzącej się ze snu zimowego natury. I ten szum – ale nie szum liści, tylko szum alkoholu i emocji, który słyszał w swojej głowie, dudniący w rytmie bicia jego serca. Takich chwil się nie zapominało, one już zawsze tkwiły w środku tak, żeby przeżywać je na nowo. – Może po prostu próbuję skusić los. – Usłyszał głośny śmiech dochodzący z wnętrza posiadłości Longbottomów, ale nawet nie drgnął, bo nie obchodziło go nic, co działo się w środku. Chciał być teraz tutaj, karmić się tą chwilą – wpatrując się w nią na tle tarczy księżyca i zastanawiając się, co doprowadziło do tego, że to właśnie przy niej wydawało mu się, że pełnia będzie już jutro.
fear is the mind-killer.