Na końcu języka miała słowa, że przecież ona się przejmuje, ale tego nie powiedziała, po prostu patrząc uważnie na Sauriela. Ostatecznie słowa mogły tracić na znaczeniu, ważniejsze w tym wypadku były czyny, które mówiły same za siebie: że nawet po tych kilku drinkach Victoria niemalże stawała na rzęsach, żeby mu jakoś pomóc. Lubiła sobie czasem wypić, ale nie do stanu, w którym przestawała nad sobą panować, jeden raz jej wystarczy pewnie na całe życie, więc choć wypiła na tyle, by poczuć alkohol, to nie tyle, żeby być całkiem bezużyteczna, albo żeby rano obudzić się z kacem – tak moralnym jak i tym najzwyklejszym. Czuła za to pewną lekkość, przez co nie do końca była pewna wszystkich swoich ruchów.
– Rany na żywych też się same goją, a i tak latają do uzdrowicieli. Złamania też się same zrastają, a nikt normalny na to nie czeka – odpowiedziała za to, nie przyjmując do wiadomości takiej rzeczywistości, w której należy wampira zostawić samemu sobie, bo i tak się samo zagoi. Znaczy przyjmowała, że tak jest, akceptowała to, tylko się z tym nie zgadzała. Po prostu nie zamierzała go traktować inaczej, ani zostawić samemu sobie, bo był wampirem, raz umarł, więc jakaś rana mu nie zaszkodzi. Bolało – to jej kiedyś już powiedział. Że może i się goił lepiej niż żywy człowiek, ale ból nadal istniał. A Victoria wcale nie chciała, żeby go bolało, albo żeby bolało go długo.
Wręczyła mu tę fiolkę, ale przyglądała mu się, na te jego drżące dłonie, czy ta mu zaraz nie wyleci – nie wyleciała. I kiedy wróciła z trzema następnymi, gotowa go była asekurować, nawet będąc po alkoholu (całe szczęście była zdolna czarować… znaczy i bez tego była, przecież Brenna po pijaku sama nie wlazła na wysoką, znajdującą się nad klasą belkę w Hogwarcie…), dlatego trzymała swoją różdżkę w pogotowiu. Nie była tylko pewna szybkości swojej reakcji. Natomiast usiadła, tak jak ją Sauriel poprosił, póki co obok niego, bo chciała w razie czego móc mu pomóc.
- Jak mam nie panikować – może i nie umrze, to fakt, ale i tak się bała. Nie jego, a o niego, bo widziała go w tak opłakanym stanie tam w tej alejce… Wyglądał już co prawda lepiej – no może nie wyglądał, ale na pewno brzmiał lepiej, a już na pewno bardziej składnie, niż wcześniej, kiedy ledwo co w ogóle mówił. Chciał jednak od niej niemożliwego: nie panikowania. – Martwię się, to chyba normalne, że panikuję – odpowiedziała, jednak nie była urażona. Wyciągnęła za to do niego ręce po puste fiolki po eliksirach, które chciała odłożyć na bok.