01.05.2023, 00:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2023, 00:36 przez Sarah Macmillan.)
Macmillan pokręciła głową, chociaż ograniczały ją tutaj oczywiste rzeczy, takie jak ból rozchodzący się przy niektórych ruchach. Nie chciała jednak, żeby Menodora miała sobie cokolwiek za złe. W oczach Sary była bohaterką, największą bohaterką, większą nawet niż ta Aurorka ryzykująca gdzieś tam życiem, bo... dzięki niej mogła teraz oddychać. I chociaż to wszystko wciąż mogło skończyć się koszmarnie źle, to przyniosła jej nadzieję i przynajmniej chwilowe bezpieczeństwo.
- Za cóż ty mnie pszeplaszasz Dolciu, pszeciesz ja ci będę za to wszystko dziękować do końca życia – a może i dłużej, bo przecież nie tutaj kończyła się ich egzystencja, czego jej dorobek zawodowym był namacalnym dowodem. Nawet jeżeli dla umysłu nie było dalszej drogi, to zapis tych wspomnień potrafił trwać w tym świecie jeszcze wiele pokoleń.
Była jej bohaterką.
Chciała trzymać tę drobną dłoń Menodory tak długo, jak tylko pozwolą jej na to okoliczności. Chciała wpleść swoje palce w jej, zacisnąć je na sobie mocniej i powiedzieć w ten sposób: „dziękuję”, ale swoim językiem – językiem dotyku, którego się nie bała i który nie zawodził jej tak bardzo jak żałosne próby dobierania słów, skoro i tak nie potrafiła ich poprawnie wymówić. Menodora, Sarah – nawet ich imiona były czymś, co w jej ustach brzmiało jak łkanie małego dziecka. Tylko czy ona potrafiła to odczytać? Tak niewiele osób potrafiło ją zrozumieć, zauważyć emocje tlące się w srebrnych oczach. Ale teraz i tak dało się spostrzec w nich głównie dziecięcą ciekawość. Czego mogłaby chcieć spróbować w takim momencie?
- Co t-to? – Wyszeptała, czując coś, co nazwałaby niespodziewanym orzeźwieniem. To było tak, jakby nagle przybyło jej energii, jakby ściskająca ją senność ustąpiła szybciej niż po filiżance mocnej kawy. I chociaż powinno ją to podbudować, dodać nawet więcej nadziei, Macmillan to przeraziło. – Czy ty mi–? – Urwała, w gruncie rzeczy nie wiedziała, jak dokończyć to zdanie. Nie odnazlała w głowie ani prostych, ani trudnych epitetów, nie odszukała odpowiedniego wyrażenia w żadnym znanym archaizmie, a znała ich bardzo wiele, nie potrafiła też stworzyć nowego słowa, mogącego oddać narastające przerażenie. – Powiedz mi, że nie – stęknęła, podnosząc głowę – że nie jesteś jedną z tych osób, któle... – Nie, nie mogła być kimś, kto się parał czymś niegodziwym, nie ktoś o tak szczerych oczach, nie ktoś taki jak Menodora, chociaż dlaczego właściwie dawała sobie prawdo do znania jej tak dobrze? – Ja... to po plostu tak ciemna ścieżka. Czy powinnam panikować? – Chyba nie. Może to po prostu były majaki, które przychodzą przed utratą przytomności.
Macmillan spróbowała się uspokoić. Wzięła głęboki wdech, o wiele głębszy od tych, które brała wcześniej. Nie wykrzywiła się z bólu, po prostu wyglądała dosyć niespokojnie.
- Widziałam wiele osób, któle zatlaciły się w tej magii tak głęboko, że pszestałam je poznawać... Ten ciągnący się za nimi zapach popiołu, co glyzie mnie nawet we wspomnieniach – to byłoby tak pszykre pszesiąknąć nim tehaz, skoho nolmalnie pachniesz jak dom. – Głośno przełknęła ślinę, zacisnęła oczy, ale tylko na moment. Po tym momencie otworzyła je by posłać Crawley spojrzenie stanowcze, nie pasujące aparycji eterycznej kapłanki, kojarzonej z uśmiechem i delikatnością. – Spędziłam w kowenie ponad dwadzieścia lat i skolo mnie do jakichś wniosków zaplowadził dotyk boskości, jakiego zaznazłam, skolo nie zginęłam tu na miejscu, to może stało się to dla ciebie, żebym ci mogła tu i telaz powiedzieć, że to nie jest ścieszka walta oblania.
Odwróciła głowę, czując nagłe speszenie.
- N-nie mówiłam tak o nim, on ma na imię Fabian.
To chyba nie był najlepszy pomysł na pseudonim?
- Tęskniłam za tobą, ale – to było tak niekomfortowe, być tu teraz, oddychać tym samym powietrzem, nie wiedzieć jak się wygląda, ale mogąc założyć w tej kwestii najgorsze, nie wiedząc, co przyniesie bliska przyszłość, plotąc komuś kazania godne jej ojca w chwili, kiedy ten ktoś zdecydowanie ich nie potrzebował – wolałabym spotkać się w innych okolicznościach.
Na przykład w takich, w których jej słowa były przynajmniej odrobinę warte wysłuchania.
Nie pamiętała z tych scen wiele więcej – ciężkie buty pracowników Ministerstwa, które mogła obejrzeć z bardzo bliska, bo jeszcze długo leżała na podłodze, głosy nieznanych jej osób i silną potrzebę, żeby powiedzieć Menodorze, że się za nią pomodli, ale nigdy jej tego nie powiedziała. Zachowała to dla siebie – fakt, że pierwsze wiosenne słońce tego roku, świetlista łuna, która przebiła się przez chmury i uderzyła swoim ciepłem w Dolinę Godryka, były efektem tańca ku czci tego, że dzięki niej uchowała coś tak kruchego jak ludzkie życie.
- Za cóż ty mnie pszeplaszasz Dolciu, pszeciesz ja ci będę za to wszystko dziękować do końca życia – a może i dłużej, bo przecież nie tutaj kończyła się ich egzystencja, czego jej dorobek zawodowym był namacalnym dowodem. Nawet jeżeli dla umysłu nie było dalszej drogi, to zapis tych wspomnień potrafił trwać w tym świecie jeszcze wiele pokoleń.
Była jej bohaterką.
Chciała trzymać tę drobną dłoń Menodory tak długo, jak tylko pozwolą jej na to okoliczności. Chciała wpleść swoje palce w jej, zacisnąć je na sobie mocniej i powiedzieć w ten sposób: „dziękuję”, ale swoim językiem – językiem dotyku, którego się nie bała i który nie zawodził jej tak bardzo jak żałosne próby dobierania słów, skoro i tak nie potrafiła ich poprawnie wymówić. Menodora, Sarah – nawet ich imiona były czymś, co w jej ustach brzmiało jak łkanie małego dziecka. Tylko czy ona potrafiła to odczytać? Tak niewiele osób potrafiło ją zrozumieć, zauważyć emocje tlące się w srebrnych oczach. Ale teraz i tak dało się spostrzec w nich głównie dziecięcą ciekawość. Czego mogłaby chcieć spróbować w takim momencie?
- Co t-to? – Wyszeptała, czując coś, co nazwałaby niespodziewanym orzeźwieniem. To było tak, jakby nagle przybyło jej energii, jakby ściskająca ją senność ustąpiła szybciej niż po filiżance mocnej kawy. I chociaż powinno ją to podbudować, dodać nawet więcej nadziei, Macmillan to przeraziło. – Czy ty mi–? – Urwała, w gruncie rzeczy nie wiedziała, jak dokończyć to zdanie. Nie odnazlała w głowie ani prostych, ani trudnych epitetów, nie odszukała odpowiedniego wyrażenia w żadnym znanym archaizmie, a znała ich bardzo wiele, nie potrafiła też stworzyć nowego słowa, mogącego oddać narastające przerażenie. – Powiedz mi, że nie – stęknęła, podnosząc głowę – że nie jesteś jedną z tych osób, któle... – Nie, nie mogła być kimś, kto się parał czymś niegodziwym, nie ktoś o tak szczerych oczach, nie ktoś taki jak Menodora, chociaż dlaczego właściwie dawała sobie prawdo do znania jej tak dobrze? – Ja... to po plostu tak ciemna ścieżka. Czy powinnam panikować? – Chyba nie. Może to po prostu były majaki, które przychodzą przed utratą przytomności.
Macmillan spróbowała się uspokoić. Wzięła głęboki wdech, o wiele głębszy od tych, które brała wcześniej. Nie wykrzywiła się z bólu, po prostu wyglądała dosyć niespokojnie.
- Widziałam wiele osób, któle zatlaciły się w tej magii tak głęboko, że pszestałam je poznawać... Ten ciągnący się za nimi zapach popiołu, co glyzie mnie nawet we wspomnieniach – to byłoby tak pszykre pszesiąknąć nim tehaz, skoho nolmalnie pachniesz jak dom. – Głośno przełknęła ślinę, zacisnęła oczy, ale tylko na moment. Po tym momencie otworzyła je by posłać Crawley spojrzenie stanowcze, nie pasujące aparycji eterycznej kapłanki, kojarzonej z uśmiechem i delikatnością. – Spędziłam w kowenie ponad dwadzieścia lat i skolo mnie do jakichś wniosków zaplowadził dotyk boskości, jakiego zaznazłam, skolo nie zginęłam tu na miejscu, to może stało się to dla ciebie, żebym ci mogła tu i telaz powiedzieć, że to nie jest ścieszka walta oblania.
Odwróciła głowę, czując nagłe speszenie.
- N-nie mówiłam tak o nim, on ma na imię Fabian.
To chyba nie był najlepszy pomysł na pseudonim?
- Tęskniłam za tobą, ale – to było tak niekomfortowe, być tu teraz, oddychać tym samym powietrzem, nie wiedzieć jak się wygląda, ale mogąc założyć w tej kwestii najgorsze, nie wiedząc, co przyniesie bliska przyszłość, plotąc komuś kazania godne jej ojca w chwili, kiedy ten ktoś zdecydowanie ich nie potrzebował – wolałabym spotkać się w innych okolicznościach.
Na przykład w takich, w których jej słowa były przynajmniej odrobinę warte wysłuchania.
Nie pamiętała z tych scen wiele więcej – ciężkie buty pracowników Ministerstwa, które mogła obejrzeć z bardzo bliska, bo jeszcze długo leżała na podłodze, głosy nieznanych jej osób i silną potrzebę, żeby powiedzieć Menodorze, że się za nią pomodli, ale nigdy jej tego nie powiedziała. Zachowała to dla siebie – fakt, że pierwsze wiosenne słońce tego roku, świetlista łuna, która przebiła się przez chmury i uderzyła swoim ciepłem w Dolinę Godryka, były efektem tańca ku czci tego, że dzięki niej uchowała coś tak kruchego jak ludzkie życie.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.