Człowiek nie był przedmiotem, żeby mówić o nim jak o własności. A jednak Sauriel miał całkiem mocne pojęcie przynależenia. Kto do kogo i co do czego. Lecz nie, na pewno nie powiedziałby tak dosadnie, że jest Fergusa, ale świńsko by to brzmiało. Raczej Fergus był jego. Ludzi, których lubił, uważał za 'swoich', choć przy tym wcale ich nie uprzedmiatawiał w tym emocjonalnym sensie. Chyba. Przynajmniej lubił mówić, że tego nie robi. Kiedy do kogoś przynależysz łatwo o zazdrość, czy nie tak? I zwykłego "koleżeństwa" nie nazywa się tam, gdzie myśli się o związkach głębszych, które związują czerwone nici przeznaczenia na nadgarstkach i paluszkach, jak w tych chińskich zaślubinach. Wierzyło się tam, że ta maleńka, czerwona nitka ma złączyć dwie dusze po wieki wieków. Jednocześnie kiedy mówimy o ludziach to posługujemy się tym jednym słowem kluczem: "mój". Mój przyjaciel, moja znajoma, mój chłopak, moja babcia. Moje. To słowo potrafiło poruszać królów i doprowadzać królestwa do upadku. Moje... Mój pamiętniczek, w którym były moje myśli. Avelina Paxton - kobieta, która pewnego dnia znalazła się po prostu w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze. I postanowiła zagrać na tej nitce przeznaczenia, która związała ze sobą dwa losy. Nawet jeśli tę nitkę bardzo łatwo było przerwać.
- Właśnie. Czemu ten zjebaniec. - Uśmiechnął się pod nosem. Przesunął nogą krzesło przy sobie, co wywołało dość głośne skrzypnięcie nóg krzesła o drewnianą podłogę. - Tsk... to był tylko taki mały żarcik. - Skrzywił się lekko na moment przez ten uśmiech. - Odkąd z nim odnowiłem kontakt natrafiam ciągle na naszych wspólnych znajomych. - Stąd to "wrażenie", lecz bogowie uchowajcie, żeby naprawdę Sauriel ponownie tak mocno związał swój los z Fergusem. Nie potrzebował tego, nie chciał tego, albo bał się tego. Mogło być też wszystko na raz. Kiedy zaglądał do pudełka przyczyn i skutków rozumiał, co to za odczucia i co się dzieje. Tym bardziej wolał pozostawić Puszkę Pandory zamkniętą. - Ludzie są upierdliwi. Jestem pierdoloną kometą niezależną od jakichkolwiek orbit. - Sauriel był i jest nadal samotnikiem, ale jednocześnie nie aż takim, żeby skrywać się w pustelni i nie mieć kontaktu z kimkolwiek. Spróbował - nie służyło mu to jednak.
- Ay. Ale nawet kot jak ma wystarczającego pecha to jest rządzony przez innego kota. - I musi się dopasować i podporządkować jako słabsza jednostka. I chociaż Sauriel nie nazwałby Eryka, swojego ojca, kotem, to Sauriel chcąc nie chcąc był od niego w pełni zależny. I poczucie władania tym światem było jak nieskończoność wisząca na niebieskim niebie - niby w zasięgu dłoni, ale wiecznie ulatywała.
- Wpuszczanie mnie do jakiegokolwiek świata jest bardzo niewygodne. - Spojrzał na nią z ukosa, ewidentnie miał w spojrzeniu jakąś przyganę, jak starszy brat, który spogląda na młodszą siostrę i tylko spojrzeniem wytyka jej błąd. Nic nie mówi jednak. Bo co mógłby powiedzieć, skoro wybór nigdy nie należał do niego? - I niebezpieczne. - Dodał przekrzywiając na moment głowę, jakby sam właśnie odkrył tę genialną myśl, jakby dopiero nawiedziła jego głowę. - Uch... wyobraź sobie, jaki byłem, szukam dobrego słowa... ZAWSTYDZONY kiedy dostałem od ciebie tamten list. Wiesz, co uważam? Uważam, że zrobiłaś to tylko po to, żeby samej poczuć się lepiej. Żeby cię trochę odpuściło poczucie winy. Bo prawda jest taka, że mi bez tej wiedzy żyłoby się lepiej. - Mówił to całkowicie lekkim tonem, bez żadnego wyrzutu. Jego spojrzenie też było spokojne. - Co myślisz o mojej teorii?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.