Dom w którym się znajdowali był raczej skromny, choć niezwykle przytulny. W innych okolicznościach aż chciałoby się wziąć do rąk kubek z gorącym winem lub herbatą, rozsiąść się wygodnie na kanapie i przy akompaniamencie trzaskającego w kominku ognia, co jakiś czas spoglądając za okno, gdzie delikatnie prószył śnieg. Niestety, Danielle tym razem nie była w nastroju do takich przyjemności. Tym bardziej Anna, która na pierwszy rzut oka wydawała się być zaniepokojona i zestresowana. Sugerował to nie tylko sposób, w jaki ich przywitała, ale i sposób wypowiedzi, jej ton, chaotyczne ruchy.
Usiadła ciężko na fotelu, w którym zapadła się bardziej, niż się spodziewała. Pytanie, jakie zadała im kobieta było zrozumiałe i spodziewała się, że takowe padnie, prędzej niż później. Nie zdążyła ułożyć w głowie wypowiedzi, naiwnie zakładając, że Giovanni, jako ten bardziej charyzmatyczny mówca, postanowi ją zastąpić. Pytanie padło, powinna paść i odpowiedź. Ale zapadła cisza. Bardzo ciężka, niezręczna cisza, przerywana trzaskającym w kominku drewnem.
Posłała spojrzenie Urquartowi, jakby bezgłośnie chciała dać mu sygnał, że to już czas, powinien zacząć mówić już teraz. Jej wzrok nie był zbyt przekonujący, niestety. Westchnęła głośniej, niż chciała.
- To znaczy, byliśmy akurat w okolicy. I postanowiliśmy Cię odwiedzić. Przepraszam, faktycznie powinnam dać Ci znać, że wpadniemy - zaczęła. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy?- Nie, nie, bynajmniej. Po prostu nie spodziewałam się... was - odpowiedziała Anna, w dalszym ciągu nie odwracając się. Jej głowa była opuszczona.
- A jest ktoś... kogo się spodziewałaś?- zapytała powoli, stopniowo kierując rozmowę na odpowiednie tory. W odpowiedzi usłyszała westchnięcie, a szatynka gwałtownie odwróciła się, spoglądając w stronę siedzącej w salonie dwójki.
- Jak myślisz? Ten idiota z Mungo nie daje mi spokoju. Byłam pewna, że skończy się na czczych groźbach, ale potem zaczęły się listy wysyłane do szpitala i teraz tutaj... - urwała. Jej głos załamał się na chwilę. - Dani, on wie, gdzie mieszkam. Nie wiem skąd ma mój adres, ale...
- Dlaczego zatem nie chcesz sobie pomóc? - Longbottom poderwała się z siedzenia. Nie mogła patrzeć na koleżankę w takim stanie. - Ann, ile można żyć w strachu, tylko dlatego, że jakiś idiota upatrzył sobie ciebie na ofiarę? A Theo? Myślisz, że dasz radę przed nim ukryć, że coś jest nie tak? Ann, przecież on widzi jaka jesteś przerażona!
- I gdzie miałabym pójść?! Do Ciebie do domu? I ściągnąć na Ciebie całe niebezpieczeństwo? Oszalałaś! - wyrzuciła z siebie.
Danielle wzięła głębszy wdech. Na jej twarzy malowała czysta, szczera troska.
- Wiem, że nie chcesz być dla nikogo kłopotem. Wiem, że nie chcesz, by ktokolwiek był w niebezpieczeństwie. Wiem też, że gdybym to ja lub ktokolwiek inny był w takiej sytuacji, zrobiłabyś dokładnie to, co ja - zaczęła. Posłała krótkie spojrzenie w stronę Gio. - Ja... wydaje mi się, że mój znajomy, może być w stanie Ci pomóc. Tylko musisz dać sobie pomóc, Ann.
beauty and terror
just keep going
no feeling is final