Ta mina, która zrobił, jak taki pięciolatek, sprawiła, że na moment ścisnęło jej się serce, ale dzielnie wytrzymała jego spojrzenie. To była taka chwila ciszy, w której, sądząc po jego zachowaniu, Sauriel zastanawiał się co ma zrobić, bo był zupełnie nieprzygotowany na walkę na „głuptaski”, a z kolei ona lustrowała go spojrzeniem i analizowała to, co ma przed oczami. Nie było niezręcznie, tylko po prostu… to było pewne przesuwanie granic i badanie gdzie w ogóle się znajdują. I kto wygra tę potyczkę, która nie była w wykonaniu Victorii żadną walką, ale dla Sauriela chyba trochę była… I oddał jej pole. Mogli sobie podyskutować, gdyby czarnowłosy podjął rzucił jej rękawicę, o tym, że według niej wcale nie był „takim nikim” i że był wart jej zdrowia czy nocy spędzonej w fotelu. Może i w duchu cieszyła się, że nie wychodzi za Rosiera, może nie rozpaczała z powodu straty narzeczonego, ale to było co innego – bo byłoby jej na pewno smutno i przykro, gdyby coś stało się Rookwoodowi. Polubiła go, tak po prostu. I… Wcale nie chciała poznawać trzeciego kandydata na swojego męża.
– Że naćpany leżysz w jakimś zaułku? – upewniła się. W nocy mówił jej, że nie ćpa, więc chyba zaszedł tutaj jakiś błąd w komunikacji. – Czy że leżysz gdzieś skatowany? – on się uśmiechał, a mina Victorii wskazywała, że nie jest zdziwiona oraz że mimo wszystko jest tym zmartwiona. – Powiedzmy, że uspokaja – czy zawsze musiał radzić sobie sam? Czy nikt mu w takich momentach nie pomagał? Naprawdę z ulgą przyjmowała, że to ona go wczoraj znalazła, bo kto wie jakby to się mogło skoczyć… – Tak. Zwykle mi się śnią bzdury jak już mi się uda zasnąć – teraz ona uśmiechnęła się pod nosem. - Wódką? Niemożliwe. Nie pijam wódki – jasne, nie o to chodziło. Chodziło o to, że czuł od niej jakieś tam resztki alkoholu, ale Lestrange musiała się przyczepić i to wyjaśnić. W tej chwili odgarnęła z siebie koc i złapała za swoją różdżkę, by wskazać na siebie i użyć tego samego zaklęcia co w nocy na Saurielau, by nie śmierdzieć. - Co? A, no tak. Mówiłeś, że mogę ci naprawić ciuchy i że śmierdzisz – mógł nie pamiętać, to była dla niego trudna noc, nawet jeśli im więcej czasu mijało, to wydawał się być bardziej świadomy. - Twoje życzenie było dla mnie rozkazem – znowu się uśmiechnęła pod nosem, bo trochę się z Saurielem droczyła. Oboje byli wczorajsi, on w tych swoich skórach, a ona w małej czarnej i pończochach. Odruchowo założyła nogę na nogę.
- I co wtedy? – jej mina w moment wyraziła… zaniepokojenie. To było właśnie to, czego się obawiała. I co, obiekt zostaje w ranie, ta się go i co? - Nie trzeba tego wtedy… wyciągnąć? Nie przeszkadza ci? – to jest właśnie to, czego chciała uniknąć… Jego słowa w tym wypadku wcale jej nie uspokoiły. – Na pewno? Jeju… To dobrze – dobrze, że się zagoiło i miała nadzieję, ze bez obiektu obcego w środku. Po jej twarzy nadal było widać w niej niepewność. - Powiedziałabym, że daj spokój, ale pewnie jest za co dziękować… - standardowo w takich chwilach ludzie mówili, że „nie ma za co”. Ale było za co. Tylko, że Victoria nie spodziewała się żadnych podziękowań i była zwyczajnie zmieszana, bo nie robiła tego dla podziękowań i wdzięczności, a po prostu… Bo chciała mu pomóc. - Po prostu… Uważaj na siebie, dobrze? Naprawdę mnie wystraszyłeś – a jej nocna panika nie była ani trochę udawana. - W takim razie chyba dobrze, że na ciebie trafiłam – czemu powrót byłby koszmarem? Sama podróż do domu? Czy to co na niego miało tam czekać, że wraca w takim stanie? - A przynajmniej ja się z tego cieszę.